Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

Wpisy otagowane : motywacja

Virtus in Arduis, czyli jak zostać milionerem ze swojej własnej pracy?

pfornalski

Tak. To będzie kolejny tekst o tym, jak zostać milionerem. Tylko tym razem nic nie musisz płacić, nigdzie jechać. Ten tekst nie będzie o tym, jak zostać milionerem z pracy innych ludzi, spekulacji, bogatego ożenku i innych sposobach od jakich kipi Internet i które to zarabianie określa się „pasywnym dochodem”. Ten tekst będzie o czymś, co kieruje moją własną pracą i rozwojem, czymś co określam filozofią „Virtus in Arduis”.

Dawno temu przeczytałem po raz pierwszy „Bogaty ojciec, biedny ojciec” R. Kiyosakiego. Jeszcze jako niezbyt zamożny młody człowiek, stwierdziłem że książka ma spor racji, ale nie zgadzam się z jej podejściem do zarabiania i wydawania. Zgadzam się z tym i tak postępuję, jak robi „Bogaty ojciec”: nie wydaję więcej niż zarabiam, nie mam kredytów i rat i kupuję za gotówkę, starając się część dochodu oszczędzić. Nie mam nawet karty kredytowej. Nie zgadzam się jednak z interpretacją tej książki, która mówi, że należy inwestować wszytko czego nie „musisz wydawać”. Dla mnie to oszczędzanie na szczęściu, na zdrowiu, rodzinie, wolnym czasie, pasjach itp. w myśl maksymalizacji wartości inwestycji. Zazwyczaj książki z tego trendu mówią o tym, że jak maksymalnie dużo odłożysz, zainwestujesz, to będziesz bogatszy. Ale przyjrzyj się równaniu:

100 000zł * 30% = 50 000zł * 60% = 33 333zł * 90%

To samo równanie pokazuje, że zarabiając 100 tys. złotych rocznie i odkładając tylko 30%, odłożysz / zainwestujesz dokładnie tyle samo co zarabiając 50 tys. złotych rocznie i inwestując aż 60%. Te 60% oznacza, że Twoja córka nie dostanie lalki o której marzy od dawna, Twoja żona nie kupi sobie torebki o której marzy, a Ty sam zrezygnujesz ze wszystkich pasji oprócz biegania, które będzie najtańsze. Jak obserwuję początkujących, aspirujących do klasy średniej czy wyższej, to zbyt często mówią o inwestowaniu, a zbyt mało o zarabianiu.

Z domu nie wyniosłem pieniędzy (żadnych). Ale wyniosłem coś cenniejszego: bardzo mądre nauki. Jedna z nich mówi, że prościej jest zarobić więcej, niż oszczędzić. Tak! To nie pomyłka. Zapamiętaj; Łatwiej jest zarobić więcej, niż oszczędzić więcej. Ile bowiem możesz zaoszczędzić zarabiając 33333zł rocznie? 80%, może 90% jak przyswoisz sobie książkę w rodzaju „Jak przeżyć za dolara dziennie”. Tylko ile tak pożyjesz? Jak długo zachowasz 100% motywacji do pracy i zdrowie? Może przez to, że przez cały dotychczasowy czas skupiałem się na tym, jak efektywniej i mądrzej pracować, jestem tu gdzie jestem. Nie jestem miliarderem, nie posiadam 3 kamienic. Przede wszystkim nie posiadam ich, bo ich nie potrzebuję a ich posiadanie ani trochę nie uczyni mnie szczęśliwszym. W żaden sposób nie przełoży się na to, że będę lepiej wykonywał moje powołanie, moją pracę.

Dzięki temu, że nie oszczędzam na zdrowiu, pasjach i tym wszystkim co czyni życie fajnym, mam 100% energii każdego tygodnia do pracy. Czuję też, że to droga jest nagrodą, a nie cel do którego zmierzam. Jak mam ochotę iść do kina, to idę i wydaję 100zł na bilety, bez bólu poniżej pleców, bo mógłbym kupić za to 1 jednostkę uczestnictwa funduszu inwestycyjnego. I to mi się cholernie opłacało, bo tylko moje udziały w IAI S.A. są dziś warte ponad 80 milionów złotych. Nie wspomnę przy tym, że nie czuję, abym przez to "zmarnował dotychczasowe 18 lat życia" i gdybym miał jutro przemieścić się w czasie, to samemu sobie nie doradziłbym niczego innego. Jestem szczęśliwy i zamierzam pracować i żyć tak dalej. A jak będę dalej dobrze pracował, to pewnego dnia będą warte 200 i może 500 milionów. A jak nie i będzie to wszystko warte połowę mniej, to też mi to nie popsuje humoru. Przy okazji zapraszam do przeczytania „Moja filozofia sukcesu”.

Zwyczajny ja jaki jestem w niedzielę, z moją córką, Oliwią. Spędzając po prostu czas na luzie w niedzielne popołudnie. Nie spędzam go w klubie krasomówczym, czy "jedząc wystawne kolacje z wysoko postawionymi biznesmenami".

Jak zatem doszedłem do tego, do czego doszedłem?

Przede wszystkim uświadomiłem sobie odpowiednio wcześnie, że jedynym zasobem jakim dysponuję, nie rodząc się szejkiem lub dziedzicem kopalni złota, jest nasz czas. To ten czas mogę inwestować w naukę, a nauczone umiejętności w podnoszenie albo zaawansowania (za czym idzie wyższe wynagrodzenie) albo efektywności (za czym idzie możliwość generowania większej ilości przychodu). Po drodze czas mija, bezpowrotnie. Moęg go spędzać na „głupotach” jak mówią książki motywacyjne, albo mogę go zainwestować w siebie. Czym jest to owe mityczne inwestowanie w siebie? Guru od motywacji i sprzedawania Ci kursów, przekonują, że to kwestia wykupowania drogich kursów i inwestowania w siebie „milionów”. Ja temu zaprzeczę. Żaden kurs nie uczynił mnie multimilionerem. Uczyniły to:

  1. Wychowanie i wartości wyniesione z domu
  2. Dobra nauka w szkole, odpowiednio dobrany kierunek studiów (informatyka)
  3. Nauka samodzielna
  4. Mądrze wykonywana praca

Niektórym wydaje się, że inwestują w siebie. Jeżdżą na drogie sympozja z ulubionymi mówcami motywacyjnymi, chodzą na StartupWeekend mimo iż nie mają startupu, Aulę, Czwartki Social Media, TeDx. Są wręcz przeedukowani i przemotywowani, w złym tego znaczeniu. Uczą się rzeczy, jakie są potrzebne na dużo późniejszym etapie rozwoju, gdy masz średnią lub dużą firmę. A tak naprawdę gdy ją masz, to ta wiedza jest oczywista. Bardzo często uczycie się od ludzi, którzy sami nic nie osiągnęli, a uczą innych aby dopiero zarobić. Na początku drogi naucz się jak być dobrą księgową, programistą, spawaczem lub kafelkarzem. To ma większe znaczenie. Co więcej, robiąc coś pożytecznego dla ludzi, będziesz miał to fajne poczucie, że Twoja praca nie jest pasożytowaniem na pracy innych i nie będziesz myślał o tym jak piątkowy wieczór zapić drogą whisky, tylko spokojnie weźmiesz go na trzeźwo.

Jak zaczynałem, moim marzeniem było zarabiać 5000zł na miesiąc. Przemyślałem się co zamierzam zrobić i plan był następujący. Jeżeli chcę zarabiać 5000zł i jestem gotowy pracować do 50 godzin tygoniowo (210 godzin miesięcznie) to prosta kalkulacja pokazała mi, że muszę zarabiać na każdej godzinie 25zł (dokładniej 23,81zł). Wyeliminowałem pracę za mniej, mimo, że „coś” mi dawała. Robiąc to konsekwentnie i a pozostałym czasie ucząc się aby być najlepszym w tym co chciałem robić, szybko ten czas się wypełnił i zarabiałem 5000zł na miesiąc. Co zrobiłem wtedy? Stwierdziłem, że chcę zarabiać 10000zł na miesiąc, czyli wyeliminowałem wszystko co generowało mniej niż 50zł przychodu.

Dzisiaj jestem trochę dalej, mam udziały w spółce akcyjnej i pensję, która wynosi 40000zł brutto. Nie jest to ani dużo, ani mało jak na stanowisko o takim stopniu odpowiedzialności. Mam przekonanie, że to odpowiednia kwota, a resztę powinienem jak inni akcjonariusze czerpać z dywidendy (o tym napiszę kiedyś osobny post). Kwota jednak nie tak mała, sprawia, że stale muszę pamiętać, że każdy mój dzień jest warty dzisiaj 2000zł. Tyle płacą mi akcjonariusze (w tym ja sam) aby firma rosła, aby klienci byli zadowoleni i co miesiąc na jej konto płynęły gładko pieniądze. Nie oznacza, to że nie idę z moją córką na plac zabaw, spacerczy nie popracuję w weekend, wynajmując kogoś do zrobienia tego za mnie. Oddzielam czas prywatny od czasu biznesowego. Czas prywatny spędzam jak chcę, nie przeliczając go na zarobki, z czystym sumieniem gapiąc się z dzieckiem w bajkę czy ulubiony serial. Robię to tak długo, jak długo czyni mnie to szczęśliwym. Pamiętam jednak, że czas pracy, te 40 godzin tygodniowo, mam być wypoczęty, zdrowy i pełen energii do tego aby wykonywać swoją pracę, wartą 2000zł na dzień. Kiedy przychodzę o 9:15 do biura, ten czas jest tylko dla firmy, klientów i wyciskam z niego 100%. Robię to tak, aby na koniec dnia sam, przed sobą mógł pokazać, że wygenerowałem efekty warte 2000zł. A jak idę na „czwartek social media” to idę tam w moim czasie rozrywki i nie nazywam tego pracą. Bo lubię geek-klimat, ale udział w tej imprezie nigdy nie przełoży się na moje zarobki. A jeżeli przychodzi mi do głowy, że może powinienem to zakwalifikować do „czasu biznesowego” wtedy zastanawiam się czy na serio, 4 godziny spędzone na nim przełożą się na dodatkowe 1000zł przychodu dla IAI?

Paweł Fornalski - biuro w IAI 2017

Moje biurko w IAI w poniedziałek rano, kolejnego dnia po poprzednim zdjęciu. Tu już nie ma miejsce na bałagan i dres.

Możesz na koniec pomyśleć sobie: „udało mu się, cedzi kacapoły, ja muszę robić takie rzeczy aby się przebić”. Masz wybór: posłuchać mojej rady, albo nie. Ale jeżeli będziesz tak zarządzał swoim czasem, że na koniec czasu, który poświęcasz nie będzie z tego pieniędzy, czyli nie będziesz wykonywał pracy, za którą Ci ktoś zapłaci, czyli ta praca będzie dla niego coś warta, to wszystko co robisz; to uświadom sobie, że nigdy nie spełnisz swoich marzeń. Akcja-reakcja, pamiętaj.

Przykład na jakim tłumaczę te zasady moim własnym pracownikom

W IAI S.A. obowiązuje zasada stawki godzinowej. W zależności od stanowiska i rangi, płacimy za każdą przepracowaną godzinę określoną stawkę. Do tego dochodzą premie, ale główne wynagrodzenie stanowi stawka godzinowa razy ilość przepracowanych godzin. Rangę zmienia się, nie bezpośrednio przez doświadczenie, co rozwój.

Czasami nowi pracownicy biorą np. urlop 2 tygodniowy, aby np. „wyremontować mieszkanie”. Bardzo często robię im taką kalkulację. Załóżmy, że jesteś początkującym programistą i zarabiasz średnio 9000zł (60zł * 150h). Wtedy te 2 tygodnie (80 godzin) są warte 4800zł. W tym czasie będziesz uczył się malować (czego nie lubisz), tapetować (nie oszukujmy się, wytapetujesz krzywo), kłaść kafelki (z których część spadnie) i na koniec coś powstanie co najwyżej przeciętnego. Tę pracę wykona ktoś kto zrobi to szybciej, efektywniej i lepiej za powiedzmy 3000zł. Przy okazji tej kalkulacji tłumaczę im, że warto wykonywać im tylko tę pracę, która jest warta jest więcej niż te 60zł/h. Każda inna praca, która pozornie oszczędza im pieniędzy:

  1. Zmniejsza ich roczne wynagrodzenie
  2. Opóźnia ich rozwój i awans

Punkt 2 to właśnie inwestycja w siebie. Czasami to właśnie praca nad tym, co nas interesuje i w czym chcemy być najlepsi, jest najlepszą inwestycją. Bowiem jako programista np. w randze Regular, dzięki pracy o 20h miesięcznie więcej, opanujesz o rok wcześniej rzeczy, które opanuje ktoś kto będzie pracował o 20h mniej (zakładając że część dnia to np. Daily Scrum, planowanie pracy, obsługa komunikacji itp.). Dzięki awansowi Twoje wynagrodzenie skoczy z 60zł/h na 75zł/h i tylko w pierwszym roku zarobisz więcej o 45000zł ((75-60)zł*150h*12 miesięcy + 75zł*20h*12miesięcy). Jeżeli tylko te pieniądze odłożysz i zainwestujesz, będziesz po 10 latach znacznie bogatszy, niż ktoś kto brał urlop na malowanie mieszkania.

Jak znaleźć swoją niszę? Nie naśladuj idola

pfornalski

Często słyszę komplement, że dla kogoś jestem inspiracją i planuje zrobić coś podobnego, tylko w innej branży. Potem słyszę typowe pytanie, co o tym sądzę. I jakież zdziwienie widzę, gdy odpowiadam, że gdybym wierzył, że to dobry pomysł to już bym to robił. Zanim trafiłem na swoje powołanie i kawałek biznesowego uniwersum szukałem tak samo odpowiedzi na pytanie „co zacząć robić”. Czytałem jak wszyscy biografie znanych ludzi. Nie szukałem w nich odpowiedzi pt. „O! Muszę być giga-dupkiem jak Steve Jobs aby odnieść sukces” albo „muszę kupić sobie grube okulary jak Bill Gates”. Przeciwnie, starałem się zrozumieć jak oni podejmowali decyzje aby zrozumieć ich „source code”. Bo okoliczności w których moi idole zakładali swoje firmy były zupełnie inne. I zupełnie inne są teraz. Gdy zacząłem zatrudniać pierwszych programistów, można było im płacić 700zł na miesiąc. Ale też inna była ilość użytkowników internetu. Generalnie w roku 2000 czy 2003 gdy otworzyliśmy pierwsze biuro, wszystko było inne. Więc jeżeli chcesz ponieść fiasko, posłuchaj mojej historii jak ja zbudowałem IAI i zrób dokładnie to samo. Czemu fiasko? Bo czasy są inne i przede wszystkim będziesz miał już starszego i bardziej dojrzałego konkurenta jakim jest IAI. Tę samą prawdę można zastosować dla każdej innej branży.

Jak znaleźć więc swoją niszę? Ja bym Ci proponował próbować czegokolwiek i słuchać ludzi, którzy odnieśli sukces w jakiejś dziedzinie. Tacy ludzie nie mają ochoty otwierać 100 spółek, ale mają duże doświadczenie aby ocenić co ma sens i potencjał, a co nie. Więc słuchaj takich ludzi i zbieraj ich pomysły-odpadki, po czym wdrażaj je w życie. Oczywiście taki odpadek może przy odpowiedniej determinacji, predyspozycjach i szczęściu stać się większym sukcesem niż Twojego mentora, co mi się udało i czego Tobie życzę. Fakt jest bowiem taki, że sklepy internetowe jako zajęcie też nie były moim olśnieniem (patrz post „Startup.com - cz. 4 - czyli jak to się stało, że zacząłem robić sklepy internetowe”). To ktoś doświadczony w sprzedaży odzieży powiedział mi „nie ma do sprzedaży odzieży odpowiedniego systemu sklepu internetowego” i to na podstawie tej rekomendacji zacząłem tworzyć podwaliny pod IAI. Moim zdaniem to najprostszy sposób na znalezienie niszy dla siebie.

Warto też zastanowić się, czy otoczenie startupów jest odpowiednim do szukania takich inspiracji? W świetle tej rady, ludzie, którzy dopiero szukają swojego kawałka uniwersum, nie wyrzucą takiego dobrego pomysłu. Więc przesiadując z ludźmi, którzy są fajni, zdeterminowani, płodni i głodni, zwyczajnie możesz nigdy nie wpaść na dobry pomysł. Stąd czasami lepszym wyjściem aby znaleźć swoją niszę będzie poznanie kogoś sytego, leniwego i z dużym sukcesem na koncie, kto Ci od niechcenia odda pomysł warty miliony dolarów. Jeżeli nikogo takiego nie znasz, planem B może być po prostu zatrudnienie się w firmie takiego człowieka.

Jak odkryć, że faktycznie robisz to co kochasz?

pfornalski

Mówi się, że dobra praca powinna być przyjemnością. Ale przecież tak nie jest. Praca jest jak trening. Nie trenujesz, bo to jest dla Ciebie przyjemność. Spacerujesz po plaży w słońcu, sącząc drinka z kokosa i to jest przyjemność. A bieganie sprintem czy ostry trening kardio aż „do pożygu” jest treningiem, nie przyjemnością. Przyjemny trening, to zły trening. Nieprzyjemny trening, po którym słaniasz się idąc do domu to dobry trening. Podobnie postrzegam pracę. Dobra praca, to taka w której dajesz z siebie wszystko i mimo iż nie jest do końca przyjemna, wracasz po jeszcze. Chcesz się rozwijać i mimo trudów chcesz więcej i więcej.

Więc może trafniejszym określeniem, jest to że dobra praca to taka praca, którą jesteś gotowy wykonywać nawet gdy Ci nie będą za to płaci? Czy faktycznie to będzie dobra praca? Nie uważam tak, trzymając się definicji, że każda praca musi dawać pieniądze, a każda firma zysk. Zysk czy dobra zapłata, jest miernikiem użyteczności, przydatności dla innych ludzi, czyli klientów. Klienci płacą Ci pieniędzmi, za które kupujesz coś czego potrzebujesz. A jeżeli nie potrzebujesz tego bezpośrednio od swojego klienta, to on musi coś sprzedać lub zrobić dla kogoś trzeciego, czy czwartego kto zapłaci mu pieniądze.

Jak więc odkryć czy to co robisz, jest tym co kochasz? Skoro dobra praca to taka w której dostajesz wycisk i pracujesz dla pieniędzy? Jak rozpoznać taki rodzaj pracy od po prostu pracy, w której też dostajesz wycisk i Ci płacą pieniędzmi? Trochę zajęło odkrycie mojej własnej definicji, a przyszła niespodziewanie niedawno, nieubłaganie wraz z rozwojem firmy.

W ostatnim czasie miałem parę interesujących ofert sprzedania moich udziałów w IAI S.A. Kwoty, które mi oferowano umożliwiłyby mi dostanie życie, bez stresu i trudu, niekoniecznie na taniej wyspie i sączenie drinka z kokosa. I w chwili gdy dostajesz dobrą ofertę, możesz odejść z programu Milionerzy z gwarantowaną wygraną spotykasz się właśnie z absolutem – odpowiedzią na pytanie, czy kochasz to robisz?

Ja kocham, dlatego wszystkie te oferty odrzuciłem. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że kocham to co robię, nie dlatego, że moja praca jest lekka. I nie dlatego że jestem gotowy ją robić nawet gdyby mi nikt za nią nie płacił. Ale właśnie dlatego, że ją kocham za to że czyni życie każdego dnia bardziej skomplikowanym, zmusza mnie do rozwoju i czuję, że każdego dnia poprawiam życie kogoś tam na końcu światłowodu.

Garść osobistych przemyśleń po otrzymaniu osobistego, eKomersa za szczególny wkład w rozwój polskiego rynku e-commerce

pfornalski

9 października minęło 16 lat i 6 dni od wieczoru, podczas którego napisałem pierwszą wersję IAI-Shop.com (patrz „Startup.com - cz. 4 - czyli jak to się stało, że zacząłem robić sklepy internetowe”). Rok temu, IAI-Shop.com zdobyło pierwszego eKomersa w kategorii „Najlepsza platforma sklepowa”. Od rana trwały Targi eHandlu. Ekipa IAI-Shop.com przyjechała już dzień wcześniej. Ja przyleciałem rano samolotem, a po drodze na targi odbyłem jeszcze jedno spotkanie. Przybyłem na 12:30, po krótkim rekonesansie i o 13:20 miałem występ na sali prezentacji z przygotowaną prezentacją na temat „One Page Shop”, tego jak je budować, czym się różnią od typowych sklepów i w czym są lepsze od landing pages (landingów). Stresowałem się, bo prezentacje były szybkie, na każdą 15 minut. Chciałem dużo pokazać, w fajnej, bardzo dynamicznej i animowanej formie, czego nigdy nie robię. Postanowiłem, że to będzie ostatnia moja publiczna prezentacja w temacie sklepów internetowych na najbliższe kilka miesięcy. Chciałem, aby mnie dobrze zapamiętano. I chyba się udało, bo wiele osób mi mówiło, że to jedna z lepszych prezentacji jakie widzieli. Jak będzie gdzieś w sieci, ocenisz sam.

XI_Targi_eHandlu_prezentacja_201611091

Kadr z filmu reklamowego XI Targów eHandlu i ja na scenie.

Podpiąłem mojego Macbooka, bo defaultowy był za słaby i próbowałem nim sterować z telefonu z Keynote. Wybiła godzina zero, na sali z 300 osób albo więcej. Poszło super, stres minął. Potem tylko z 10 dłuższych rozmów i szybki transport do hotelu. W hotelu szybki prysznic, przedarcie się przez kilkadziesiąt emaili i ticketów i w drogę na Stadion Narodowy. Na miejscu jeszcze jedno spotkanie przed Galą eKomersów i zaczyna się. Kolejne kategorie, kolejni nominowani i zwycięzcy. Wreszcie doszła kategoria w której startowaliśmy „Najlepsza platforma sklepowa”. Nominowani ... i jest, IAI-Shop.com po raz drugi najlepszą platformą sklepową. Jest moc, bo uważam, że nasi konkurenci są naprawdę mocni i trzeba pamiętać, że to nie jest konkurs w którym wygrywa największy, tylko najlepszy, co oceniają klienci i ludzie z branży. Siadam wniebowzięty, smsuje zdjęcie do ekipy wracającej samochodem, wysyłam zdjęcie do żony, Sebastiana.

Nagle ... słyszę „... otrzymuje Paweł  Fornalski. Brawo!”. Podnoszę głowę i ludzie którzy siedzieli koło mnie składają mi gratulacje, odruchowo wstaję, idę w stronę sceny. Pytam się po drodze znajomego o co chodzi, wyjaśnia mi. Docieram na scenę i dostaję złotą statuetkę eKomersa 2016 w kategorii osobistość roku, nagroda specjalna za szczególny wkład w rozwój polskiego e-commerce. Takiej kategorii nie było w konkursie, nie spodziewałem się więc ani pewnie nikt inny. Dosłownie mnie zatkało. Na scenie powiedziałem coś w rodzaju „O kurde! Nie wierzę”. Na serio, to było coś co mnie ruszyło. Zatkało mnie.

Specjalny_eKomers_dla_Pawa_Fornalskiego_statuetka

Mój złoty super ekomers.

Rozmowy i spotkania tego dnia trwały jeszcze do późna w nocy. Następnego dnia miałem już umówione spotkanie na 10:00 i na 11:00, potem na 12:30 i popołudniu lot do kolejnego miasta.

Ta nagroda jest dla mnie szczególnie ważna. Ekomersy to moim zdaniem najsprawiedliwsza a więc i najbardziej motywująca impreza branżowa i nagrody branżowe. Dla mnie to jak nagroda Akademii Filmowej. Otrzymanie Oscara specjalnego, tylko dla mnie, nie dla firmy jest świetną motywacją do tego, aby iść dalej. Że to nie jest tak, że tylko ja widzę co udało się osiągnąć. Staram się oddziaływać na rynek, starając się sprawić, że to w co wierzę, czyli że ecommerce jest jedną z największych innowacji 21 wieku i że to od ludzi z branży zależy czy będzie się rozwijał, czy stał w miejscu. Teraz wiem, że 16 lat, konsekwentnej pracy nad tym aby konsumenci mieli dużo zaufania do tego co w sklepie internetowym kupują i że to do nich dojdzie, zostało przez kogoś zauważone, docenione. Dla polskiego ecommerce poświęciłem pewnie najlepsze lata mojego życia. Fajnie, że ktoś to docenił.

Ktoś z boku może sobie pomyśleć, że co mi z tego eKomersa. Po co tak przeżywam Deloitte Technology Fast50, kiedyś IAI, teraz Traffic Trends, co mi po nagrodzie Prezydenta Miasta, Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, Perłach biznesu i kilku innych nagrodach? Otóż, jak jesteś przedsiębiorcą, to poświęcasz dla innych bardzo wiele. W tym roku 1,5 miesiąca byłem poza domem, co jest i tak skromną ilością dni w porównaniu do Rafała Brzoski czy Michała Sadowskiego. Ja jednak pracuję bardzo intensywnie produktowo i staram się jak najmniej podróżować, aby nie tracić czasu (patrz „Videokonferencje”). Urlopu miałem przy tym kilka dni roboczych. W przeszłości dla pracy poświęciłem praktycznie wszystko, nie wliczając zdrowia. Na koniec masz coś co na papierze jest warte X złotych. Zarabiam więcej niż większość moich znajomych, ale mniej od tych, którzy swoje pieniądze i biznesy odziedziczyli czy wyjechali do pracy w największych korporacjach informatycznych w USA. Ja zostałem w Polsce, staram się coś tu zbudować, starając się nie słuchać polityków, dla których każdy kto ma więcej niż 7000zł na miesiąc, jest oszustem i złodziejem. Pocieszam się, że w kontaktach osobistych wchodzą w tyłek bez wazeliny. Staram się nie myśleć też np. o tym, że od 4 dni pod rząd siedzę po pracy, od 20:30 do 23 przed laptopem mimo iż pracowałem rano przed pójściem do biura i w biurze 8 godzin, i kradnę 1,5 godziny swojego czasu i resztki energii do tego, aby Oliwia nie czuła, że miałem cholernie ciężki dzień. Więc po przeczytaniu bajki na dobranoc, wyciągam laptopa i pracuję, by na koniec paść na łóżko. Jak trzeba, tak się pracuje. Własna firma to nie etat, dlatego ktoś kto pracuje całe życie na etacie nawet nie ma szans zrozumieć kogoś kto buduje własną firmę od lat.

Przez lata przyzwyczaiłem się, że nikt poza mną i paru najbliższych osób w firmie nie ogarnia co mnie kręci. Moja żona nie ma pojęcia większego nad czym pracuję, ma swoje zmartwienia. Rodzice już dawno nie ogarniają tego co nawet im tłumaczę. Może pies? Pies chyba rozumie najwięcej, bo jak mu tłumaczę to robi bardzo mądrą minę i wszystkiego cierpliwie wysłucha. I chyba na tym to polega, że jak jesteś facetem, to sukcesem jest to, że bliscy w naszym otoczeniu, po prostu na nas polegają i nie traktują tego że coś jest, jako stan z którego się cieszą, bo jak dobrze to ogarniasz to nie ma, że nie ma.

A nie zawsze wszystko się udaje. O porażkach nie wypada opowiadać, takie mamy czasy. Jak zacznę się żalić, to ludzie pomyślą że coś idzie nie tak, kurs akcji spadnie. Jak się pochwalę za wcześnie i nie wyjdzie, to też mi się oberwie za to, że czegoś nie zrobiłem. Staram się więc nie mówić za wiele o tym co robię i nad czym pracuję. Jak wyjdzie to wyjdzie. Wie to tylko kilka osób z mojego otoczenia i już jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że wolę spędzać czas z tymi z którymi pracuję, pracownicy IAI, partnerzy, klienci niż z tzw. „przyjaciółmi”, tymi klasycznymi od wina. Zresztą od kiedy wina nie piję, to jak by ich mniej już było. Więc, gdy dostaję „jakąś tam durną nagrodę”, to wiem że coś w zamian mam, ktoś to docenił, ktoś na kim mi zależy. Bo jak już wychodzi, to taka nagroda jest docenieniem tego, czymś co każdy przedsiębiorca musi mieć w zamian za swoją niestandardowo ciężką pracę. To coś innego, niż tylko pieniądze na koncie, których i tak pewnie nigdy nie wydam, bo jak już zacząłem budować firmę, to nigdy nie skończę. Chcę aby IAI na koniec roku urosło mniej więcej do 160 osobowej firmy, generującej przynajmniej 30 milionów netto przychodu. Za 15 kolejnych lat chciałbym dojść do jednego z moich celów, czyli firmy wartej miliard dolarów. Tego jednak nikt nie doceni i nie zauważy. Bo po drodze przejdę etap 100 mln, 500mln i ludzie po drodze przyzwyczają się do tego, że „temu to się udaje, był przecież bogaty jak zaczynał”. A przecież nikt poza mną i Sebastianem nie wie, czego nie mieliśmy, albo właściwie szybciej wymieniłbym co mieliśmy (patrz „Startup.com - cz.1 - nie musisz mieć nic poza wolą”).

Gdybyś się zapytał co chciałbym wygrać, to są to np. nagrody E&Y Enterpreneur of The Year (polska edycja „EY Przedsiębiorca Roku”). Póki co w ubiegłym roku otarłem się o nominację i do finału nie wszedłem. Chciałbym aby IAI ponownie zdobyło Deloitte Technology Fast50, co byłoby wydarzeniem bez precedensu, bo uwzględniając 5-letni okres mierzenia obrotów, jak ktoś raz wypadnie z 50-tki, nie wraca już nigdy. Ja wierzę, że IAI się uda, bo to rynek z ogromnym potencjałem i świetny zespół, o czym dalej w wywiadzie. Czas pokaże i fajnie będzie przytoczyć ten post wtedy, pokazując że to zaplanowałem, a nie że wyszło samo. Jak to zrobię? To proste, IAI będzie obsługiwało 50% transakcji ecommercowych w Polsce na rynku towarowym i rezerwacjach hotelowych.

Dodatek: Wywiad dla Magazynu eHandel z okazji otrzymania nagrody

Wreczenie_nagrody_eKomersa_dla_najlepszej_platformy_sklepowej_dla_IAIShop.com_20161109

Zdjęcie przedstawia wręczenie statuetki eKomersa 2016 w Kategorii Najlepsza platforma sklepowa dla IAI-Shop.com. Źródło: https://ehandelmag.com/wiem-co-chce-robic-i-robie-to-pawel-fornalski-o-statuetce-superekomersa,1754

Statuetkę EKOMERSA w kategorii Specjalny wkład w rozwój branży eCommerce odbierał niemal 16 lat po tym, kiedy napisał pierwszy fragment kodu, który stał się podstawą do stworzenia najpopularniejszego ecomersowego SaaS w Polsce. Paweł Fornalski - pasjonat kalisteniki i hokeja. W środowisku hiphopowym dawniej znany jako „Hex”, dziś jest prezesem notowanej na NewConnect spółki IAI S.A., ale to nie znaczy, że stał się nieosiągalny dla właścicieli ponad 3500 sklepów, które zdecydowały postawić swój biznes na napisanym przez niego SaaS`ie. Pojawia się na imprezach branżowych, regularnie pisze bloga i nie ukrywa swojego adresu mailowego.

FP20: Jesteś tegorocznym laureatem EKOMERSA w kategorii SPECJALNY WKŁAD W ROZWÓJ eCOMMERCE. Pytany o kamienie milowe swojej działalności, unikasz wyróżnienia jednego wydarzenia, a pamiętasz jak pomyślałeś, że eCommerce to jest TO czym chcesz się zajmować?

Paweł Fornalski: Faktycznie nie ma takiego jednego momentu, który byłby przełomowy. Wynika to z tego, że spełniam tzw. duży plan. Mam od ponad 15 lat ułożony cel i wizję, które realizuję. Nie pozwalam, by szczęście i przypadki rządziły osiągnięciami, urzeczywistniam to wszystko konsekwentnie, dostosowując do zmieniających się warunków. Osoby z zewnątrz widzą finalne osiągnięcie, ja widzę wiele drobnych wydarzeń, które na koniec ułożyły się w jedno dzieło. Jeżeli chodzi o odkrycie w sobie do tego powołania, to zaczęło się to w 1997 czy 1998 roku. Opanowałem świetnie HTML i JavaScript, byłem jednym z lepszych ekspertów w regionie w tym temacie. Pewnego dnia, rodzice pokazali mi sklep internetowy w USA. Pamiętam jak siadłem i próbowałem zrozumieć jak to jest zrobione przy pomocy HTML i JavaScript. Zrozumiałem, że część rzeczy musi dziać się na serwerze. Siadłem więc i zacząłem się uczyć jak napisać tzw. CGI, aby obsłużyć sesję i koszyk sklepu internetowego. Później dostałem się na dwa kierunki studiów. Hitem sezonu był wówczas marketing i zarządzanie, tym drugim kierunkiem była informatyka. Ostatecznie padło na Informatykę. Mało kto wie, że nawet na pierwszym roku informatyki, rozważałem powrót na marketing i zarządzanie. Niedługo później jednak ruszyliśmy z Sebastianem Mulińskim z projektem portalu społecznościowego Hip-Hop.pl, który współtworzyłem technicznie, dalej trafiliśmy na człowieka, z którym prowadziliśmy jeden z większych w tym czasie sklepów internetowych Skateshop.pl. Wtedy wszystko poskładało się dla mnie w jedną całość. Ecommerce jak to teraz nazywamy, łączył dla mnie marketing i informatykę, handel, którego nauczyłem się od rodziców, którzy mieli trzeci prywatny sklep spożywczy w Szczecinie. Wszystko w jednym. Od 16 lat wiem już co chcę robić i po prostu to robię :)

FP20: Na swoim blogu piszesz, że "za ciężką pracę nie należy ci się medal". Ty sam nie unikasz ciężkiej pracy, ale na pewno są rzeczy, z których jesteś szczególnie dumny (pytam oczywiście o Twoją pracę).

Paweł Fornalski: …bo nie chodzi o to, aby po prostu ciężko pracować, chodzi przede wszystkim o to, by mądrze pracować. Łatwo to wytłumaczyć na podstawie tego, że można zbudować drogę, potem ją rozwalić i budować rury. Chodzi o to, aby najpierw położyć kable, potem rury, potem zbudować drogę, tak by każda czynność przybliżała nas do celu. Oczywiście nie można wpaść w przesadę i perfekcjonizm, bo gdybym od razu budował to co ma być za 20 lat, pewnie nigdy by się to nie wydarzyło, chociażby dlatego, że po drodze trzeba zarabiać pieniądze. Jestem więc dumny przede wszystkim z tego, że udaje mi się godzić intensywną pracę z życiem prywatnym i byciem ojcem. Nie takim, którego dziecko może oglądać tylko w gazecie lub telewizji, ale takim, który jest wtedy, gdy go potrzeba i na co dzień, aby zaszczepić w dziecku swoje wartości. Zawodowo jestem dumny z tego, że udało mi się stworzyć bardzo fajny zespół, który składa się z najlepszych fachowców, skromny, kompetentny i pracowity. A do tego cieszy mnie to, że to wszystko po latach udało się opakować w fajne biuro i jeszcze generować zyski.

FP20: Dzięki serdeczne za rozmowę! :)

Dlaczego nie korzystam z pośredników przy zatrudnianiu, czyli programista jak pilot samolotu liniowego?

pfornalski

Temat pośredników w zatrudnianiu, w skrócie i dla uproszczeia headhunterów jest tak powszechny w rozwijających się firmach i zarazem wstydliwy jak rozmowy o urologu wśród facetów po czterdziestce. Najpierw budujesz firmę od zera, przyciągasz do zespołu jakiegoś kolegę, potem jego kolegę, firma się podwaja (patrz „Jak szybko może rosnąć firma?” z 2008r.). Brakuje czasu na intensywną rekrutację, rozwój zespołu. Potrzeba coraz więcej ludzi, których coraz trudniej znaleźć. Trudniej, bo potrzebujesz ich coraz więcej. A im lepszy masz produkt, tym więcej klientów chce skorzystać z Twoich usług. Myślisz więc, że gdybyś znalazł więcej takich jak Ty, to wszystko byłoby dobrze. Ale ich nie ma, bo jesteś founderem, unikalną tkanką, jakiej więcej nie będzie w Twojej firmie za wiele. Może parę osób na przestrzeni kilkunastu lat. Klienci cisną na terminy, jakość spada ... Myślisz sobie w tym momencie, że można szybko rozwiązać ten problem, wystarczy sięgnąć pod head huntera i zatrudnić kilka zdolnych osób. Wiem, o czym piszę. Byłem tam. (patrz „Wszystko ja = wąskie gardło” z 2007r.).

Równie złe są różnego rodzaju projekty uberyzujące tę branżę, np. takie, które potrafią płacić duże pieniądze za polecenie oferty pracy lub nawet chęć zmiany obecnej pracy np. Twojemu koledze z biurka obok. Są nawet takie, które płacą za to np. 10000zł (aby nie reklamować nie wymienię nazwy). 10000Zł to równowartość tego ile zarabia sprzątaczka na „śmieciówce” za pół roku pracy. Niektóre firmy z branży klaskają im jakoby niby mieli świetny pomysł, zupełnie nie widząc problemu.

Problem z head hunterami jest taki jak z dopingiem w sporcie. Gdyby wszyscy sportowcy go stosowali, nie daje się funkcjonować bez niego, a koszty wyniszczenia organizmu dopadły by wszystkich. Czyli nic by one nie dawały, oprócz niszczenia organizmu. Za patologią tą można skończyć, tylko przez edukację wszystkich. I taką dyskusję chcę otworzyć tym postem.

Od paru lat nie korzystam z usług żadnych pośredników jako pracodawca. Nie odpowiadam nawet na e-maile od firm, które próbują sprzedać tego typu usługi. W IAI nie brakuje zdolnych i fantastycznych ludzi. A nawet dzięki temu, że wyeliminowaliśmy patologię, mamy tylu chętnych do pracy, że możemy wybierać te osoby, które nam pasują. Ale po kolei.

Lekarstwo na krótko

Headhunter poszuka Ci człowieka, który tylko dzięki temu, że utrzymuje relację z headhunterem zwiększa swoje wynagrodzenie. Ta osoba, albo już wie, albo się nauczy, że nie trzeba grać w drużynie pracodawcy, ale w drużynie headhunterów. Warto chodzić bardziej na imprezy organizowane przez nich, słuchać ich rad i polerować CV bardziej niż projekt nad którym pracuje. Zatrudniając w przeszłości ludzi z headhuntingu, mieliśmy osoby, które pracowały u nas średnio 4-krotnie krócej niż z rekrutacji zwykłej. Ciekawiej się jeszcze robi, gdy firma zewnętrzna chce Ci sprzedać swoje usługi dbania o morale takich pracowników. Płacisz więc nie tylko za ich zatrudnienie, ale za próbę zatrzymania dłużej. Jeżeli korzystasz z profesjonalnego headhuntingu traktujesz usługę jak wypożyczalnię. Po pewnym czasie to zmienia całą firmę i Ciebie w myśl zasady akca-reakcja.

Umowa, którą podpisujesz jako pracodawca z headhunterami niby daje Ci zabezpieczenie. Jeżeli osoba, którą zatrudnisz zwolni się lub będziesz z niej skrajnie niezadowolony, firma „dostarczy” Ci kolejnego. Tylko, że w każdej umowie jaką widziałem, była mowa o 1 osobie, przez pół roku. Kiedy pierwszy raz poprosiłem o dopisanie do tej umoy, że osoby, które od nich zatrudnimy oraz inne pracujące w IAI nigdy więcej nie będą przez nich pozyskiwane i „sprzedawane” kolejnym pracodawcom, usłyszałem coś co mnie obudziło. „Możemy, ale musimy mieć 2 razy wyższą prowizję success fee”. W tym momencie zrozumiałem jedno: headhunter nie rozwiązuje Twojego problemu i nie jest tym zainteresowany, podobnie jak diler narkotykowy, nie jest zainteresowany tym, aby jego klienci nie ćpali.

Jeżeli więc pozyskał dla Ciebie dobrego pracownika, już go zna, nawiązał relację i przepracował on u Ciebie pół roku, dlaczego miałby zrezygnować z ponownego zarobku i „sprzedania go” komuś innemu, ponownie by zarobić jeszcze więcej. Każdy taki transfer to 1-2 wynagrodzenia osoby na tym stanowisku.

Wielokrotnie też gdy pracowałem z headhunterami, zauważyłem że bardzo im pasuje publikowanie różnego rodzaju raportów o wynagrodzeniach wśród specjalistów czy wyolbrzymianie potrzeb płacenia. Skoro mają 1-2 wynagrodzenia jako prowizję, czy im zależy na tym, aby zatrudnić Ci możliwie najtańszego specjalistę? Im na rękę jest to, aby wszyscy ich klienci oczekiwali 2 razy więcej i ich apetyty rosły. To dlatego np. firma taka jak Sedłak & Sedłak tak ochoczo rozpowszechnia swoje raporty o płacach i tym, jak wielu ludzi brakuje. Czy na pewno brakuje?

Pracownicy z headhuntingu

Mam nadzieję, że nikogo nie urażam. Gdy zatrudnialiśmy z headhuntingu widziałem olbrzymią różnicę pomiędzy kimś kto przyszedł pracować w IAI dlatego, że chciał pracować w IAI, a nie dlatego, że dostał wyższe wynagrodzenie. Zazwyczaj pozyskiwano dla nas ludzi, którzy mieli duże doświadczenie, czuli się niedocenieni. Wtedy zmieniali pracę. Rzecz jednak w tym, że bez przepracowania czegoś u siebie podczas takiej zmiany, zostaje podejście „mi się należy” przy jednoczesnym „nie chce mi się”. Zanim ktoś zmienił pracę w ten sposób, miał czas na rozleniwienie umysłu. Gdy zmieniasz pracę szukając jej aktywnie samemu, wykonujesz proces myślowy, wkładasz w to trud, rodzisz się na nowo. Jeżeli ktoś Cię teleportuje do innego miejsca, po prostu znajdujesz się przy ładniejszym biurku, na ładniejszym fotelu przed większym monitorem i wyższą cyfrą w umowie. Ale tak jak Ci się nie chciało, tak nie chce Ci się dalej. Więc robisz coś i czekasz na kolejną okazję. Bo może, skoro udało się raz, uda się kolejny.

Złe jest też to, że jest to zaraźliwe. Jeżeli jedna osoba w zespole wykazuje takie symptomy, inni zaczynają je przejmować lub obniżają ocenę jaką Ci podświadomie jako pracodawcy dają. Niektóre firmy rekrutacyjne działają tak, że przyznają premię werbunkową. Jeżeli osoba „przenoszona” pociągnie ze sobą kolegów, może zarobić na tym więcej niż pracując w ramach podstawowego wynagrodzenia. Może dojść do sytuacji, że Ty chcesz zbudować zespół, a ktoś kto dla Ciebie pracuje chce go rozwalić, tylko po to, aby dostać „prowizję” za sprzedanie kolegi. A jeżeli będzie to robił aktywnie, może zarobić więcej z takiej działalności niż np. jako słaby programista. Warto zdawać sobie z tego sprawę i zapisać to w kontrakcie czy umowie NDA z takim pracownikiem.

Już tak było w lotnictwie i się skończyło

Jeżeli korzystasz z pośredników przy zatrudnianiu, przestań to po prostu robić. To jak z rzuceniem palenia. Po prostu to zrób. Ilość osób pracujących w branży się nie zmieni. Będzie ich tyle samo. Pracownicy mają swoje rozumy i jeżeli nie są zadowoleni ze swojej pracy, to ją zmienią. Efektywniejsza praca wpłynie na to, że wszyscy łącznie stworzą więcej. Pieniądze z premii werbunkowych nie trafiają ani do kieszeni pracodawców, ani pracowników. Trafiają do firm pośredniczących, których interesem nie jest spokój i zadowolenie, podobnie jak handlarz bronią nie żyje dobrze w czasie pokoju.

 

Catch1

Świetnie opowiada o złotych latach pilotów film „Catch me if you can” z 2002r. z Leonardo DiCaprio. Polecam go obejrzeć go raz jeszcze i zastanowić się, czy ktoś w Twojej firmie nie zachowuje się jak Leo?

Aby Ci uświadomić, że to możliwe, opowiem historię o jakiej przeczytałem w książce „Leci z nami pilot”. Wywnioskowałem z niej, że rynek pracy IT jest bardzo podobny do rynku pracy w lotnictwie w latach 60tych i 70tych. Rosnąca ilość samolotów, przy dużych wymaganiach co do wiedzy, sprawiał, że linie podkradały sobie pilotów, oferując im różne opcje benefitów, premie werbunkowe itp. Wtedy piloci nocowali w świetnych hotelach i jedli kawior na śniadanie. To z tych czasów wziął się mit, że życie pilota jest klawe. Dzisiaj pilot w LOTcie, mając ekstremalnie trudną i wymagającą pracę, nie mając normalnego życia zaczyna od kilku tysięcy złotych brutto, najlepsi zarabiają kilkanaście. To tyle ile zarabia programista po 2 latach „nauki w jakiejś firmie”, niekoniecznie kończąc studia, pijąc firmową organiczną kawę i grając w godzinach pracy w pingponga. Nie twierdzę, że to coś złego. Po prostu warto złapać odpowiednią perspektywę. Dzisiejsi piloci nocują w średniej klasy hotelu i ich życie nie przypomina sielanki. Oczywiście żyją na tyle nieźle, że ciągle wielu ludzi chce być pilotami i ponieść trud nauki, ale ilość samolotów nie przyrasta tak gwałtownie, więc wszystko funkcjonuje w równowadze. A równowagę zapewniło to, że rosnące koszty pilotów w połączeniu z rosnącymi kosztami paliwa, sprawiły że ludzie po prostu przestali latać. A jak przestali latać, to nierentowne linie i połączenia kasowano, aż zapanowała równowaga. Na lotach, na których latało wielu pasażerów, wprowadzono większe samoloty, które mogły przemieścić więcej pasażerów, podczas gdy pilotów leciało tylu samo.

Dokładnie to samo zrobi się na rynku IT. Obserwuję go 16 rok. W mojej ocenie zbliżamy się mniej więcej do granicy hossy pilotów w latach 60tych i 70tych. W momencie gdy branża IT przestała walczyć o zlecenia stawką flat fee, mogąc wybierać klientów wprowadzając rozliczenia wzorem amerykańskich prawników, nazwane time&material, w połączeniu z wysokimi płacami stało się to mieszanką taką jak płace pilotów i wysokie koszty paliwa. Coraz częściej firmy będą korzystały z już napisanych rozwiązań, nadrabiając pracą „zwykłych ludzi”. Nie ma już teraz miejsca na postawę w stylu „po co mam się uczyć Twojego programu, jak możesz napisać program który robi to tak jak chcę”, co obserwowałem jeszcze parę lat temu. A rozwiązaniem niczym szeroko-kadłubowce w liniach lotniczych są wielkie projekty jak SaaS (patrz „Czy 13000zł za zaprojektowanie samej interakcji sklepu internetowego to dużo?” z 2014r.), które mogą poprzez skalę pozwolić sobie na zatrudnienie kosztownych specjalistów.

Ah, people only know what you tell them, Carl. (Cytat z „Catch me if you can).

Jeżeli ten artykuł dał Ci do myślenia, zaprzestań korzystania z pośredników przy zatrudnianiu. Opracuj system rozwoju pracowników, inwestuj w markę pracodawcy, poprawiaj relacje z pracownikami, postaraj się aby Twoje projekty były ciekawe. Płać ludziom godnie opracowując transparentny system wynagrodzeń. To wszystko co musisz zbudować, by przyszli.

Aktualizacja 2016-11-29 - Rzeczywisty email od firmy rekrutacyjnej

Niedawno otrzymałem zaproszenie do skorzystania z usług firmy rekrutacyjnej, specjalizującej się w zatrudnianiu specjalistów IT. Gdy odpowiedziałem, że nie jesteśmy zainteresowani współpracą z firmą, która jedynie podkupuje ludzi z innych firm, dostałem pozornie niewinną odpowiedź która stanowi doskonałe uzupełnienie do mojego artykułu:

Panie Pawle,
dziękuję za odpowiedź i szanuję decyzję. Jednak muszę sprostować - nie podkupujemy specjalistów z innych firm, owszem wyszukujemy ludzi, którzy wpisują się w profil Kandydata - poprzez narzędzia, którymi dysponujemy, a także naszą bazę Kandydatów, i Ci Kandydaci zazwyczaj mają pracę, w momencie gdy się z nimi kontaktujemy - wiadomo, że najlepsi specjaliści nie pozostają bezrobotni, ale nie podkupujemy ich - przedstawiamy im propozycję naszego klienta, jeśli po analizie CV takiego Kandydata uważamy, że to fajna oferta dla niego. Tworzymy relacje z Kandydatami, nie są dla nas tylko 'kolejnym CV', tak więc szczerze im doradzamy jeśli mają wątpliwości czy wziąć udział w procesie rekrutacyjnym naszego klienta czy nie. Decyzja o wzięciu udziału w rekrutacji czy zmianie pracy leży po stronie Kandydata - my tylko dostarczamy mu wachlarz możliwości ;) Jeśli Kandydat dostaje propozycje czasami lepiej płatnej pracy, a czasami po prostu lepszych możliwości na rozwój czy szansy na robienie czegoś, co zawsze chciał i w tej sytuacji decyduje się na zmianę pracy - to według mnie bardzo dobrze o nim świadczy, a dla firmy z której odchodzi to też wyjdzie na dobre - pracownik, który nie czuje się usatysfakcjonowany pracą w danej firmie - nie będzie spełniał tam swojego zadania na 100%.

Gdyby coś się zmieniło z Pana strony i mieliby Państwo potrzebę wsparcia w trudniejszych procesach - to zachęcam do kontaktu.

Pozdrawiam serdecznie | Kind regards,

Moja filozofia sukcesu

pfornalski
Fajna firma od szkoleń i doradztwa Planeta dla Biznesu, podeszła mnie umiejętnie i w odpowiednim czasie. W efekcie powstał zapis tego, co od w różnych skrawkach kołatało się we wszystkich moich materiałach, które publikowałem. A przy tym nie powstała książka, tylko tekst na jedną stronę. Jeżeli komuś się spodoba, mam nadzieję, że te zasady wdroży i uczyni Ziemię nieco lepszym ale i bardziej nastawionym na rywalizację miejscem w galaktyce.

Masz minutę na podjęcie decyzji, więc wyłącz emocje i pracuj proaktywnie

pfornalski

Od czasu gdy napisałem posta „Szlachetne zdrowie...” minęło 8,5 roku. Sporo, gdy uświadomi się, że to było raptem wczoraj. Jak po latach postrzegam temat dbania o zdrowie w kategoriach intensywnej pracy? Czy coś się zmieniło?

Na początku, w etapie budowania firmy, musiałem robić większość sam. Wszystkie sytuacje losowe, spadały na mnie ot np. padły serwery i pracowałem do 5 nad ranem, aby je postawić ponownie. Z każdym nowym klientem, pracowałem więc coraz więcej i coraz dłużej. Aby sobie z tym poradzić, musiałem wdrożyć program „proaktywność ponad wszystko”. Ci, którzy pracują lub pracowali w IAI, wiedzą, że w systemie wartości z którym zapoznaję każdą nową osobę, która zaczyna pracę, na pierwszym miejscu jest „proaktywność”. Postawienie na proaktywność było najlepszą decyzją jaką podjąłem, zasługującą na osobny temat. W skrócie proaktywność polega to na tym, aby inwestować czas i środki wtedy gdy można zrobić to tanio, a nie gdy sytuacja się do tego zmusza. Doskonałym przykładem jest backup laptopa. Gdy robisz go systematycznie, koszt jest śmiesznie niski. Jeżeli padnie Ci dysk, a każdy dysk kiedyś padnie, to odtworzenie danych i przestój będą kosztowały ogromną ilość pieniędzy. Proaktywne podejście to takie podejście, w którym inwestujesz stałą ilość godzin „na zapas”. Dzięki temu sytuacje losowe, mają coraz mniejszy wpływ na Twoje obciążenie, czy w skali firmy na koszty. Jeżeli realizujesz taką strategię konsekwentnie, możesz zajść bardzo daleko.

Aby zrealizować wizję proaktywności, należało zakupić możliwie najlepszy sprzęt, przenieść się do możliwie najlepszej serwerowni, napisać kupę narzędzi, które za mnie i inne osoby, wykonają większość czynności. To wymaga środków i czasu. Na to w zasadzie spędziłem minione 8,5 roku od czasu napisania tego posta. Aktualnie zatrudniam ponad 90 osób i bez nich nie byłoby możliwe wprowadzenie totalnej proaktywności. Sam bym nie znalazł tyle czasu, aby te wszystkie narzędzia stworzyć. Sam, biegałbym do tej pory z wiaderkiem i całodobowo gasił pożary (patrz post „Wszystko ja = wąskie gardło”). To się sprawdziło i zadziałało doskonale.

Jednym z problemów rozrastających się firm (patrz post „Jak szybko może rosnąć firma?”) jest to, że w pewnym momencie masz ochotę przestać się martwić drobnymi rzeczami. I większość ludzi ma wyobrażenie, że prowadzenie firmy z 90 pracownikami polega na tym, że już nic nie robisz. Co ciekawe, rady aby nie zajmować się "drobnymi kwestiami" dają mi ludzie, których firmy zatrudniają 4-10 osób. Mówią "Przecież masz ludzi od wszystkiego". To naturalna skłonność, do odpoczęcia, „odcinania kuponów”. Strategia "odcinania kuponów" jest fajna i kusząca, ale bardzo krótkowzroczna i każda firma, która zbyt szybko przejdzie na taką fazę rozwoju, znika po kilku kolejnych latach, albo w najlepszym przypadku jest cieniem samej siebie. Dlatego jako tzw. „Founder” muszę pilnować, aby każda kolejna osoba, myślała tym samym systemem wartości oraz wiosłowała w tym samym kierunku co pozostałe osoby. Tylko tak, mogę zbudować organizację, która przetrwa dziesiątki lat. Czy 90 osób, to dużo? Uwzględniając, że statystycznie 50% czasu zajmuje mi tzw. reprezentacja spółki (np. spotkania z klientami, partnerami itp., bynajmniej robocze i czasami mało przyjemne), to zakładając, że pracujesz 40h na tydzień, statystycznie na 1 osobę masz 2 minuty i 40 sekund czasu. Masakra co? Ale na tym nie koniec, bo aktualnie pracuję już nad tym, aby IAI zatrudniało do końca roku 120 osób, czyli czas spadnie do 2 minut. Jak zarządzam ludźmi to już temat na osobnego posta. Chciałem tylko podać jedną fascynującą statystykę.

Kiedyś policzyłem ile decyzji, opinii w różnych sprawach wydaję. Jest to nawet 200 takich spraw na dzień, rzadko poniżej 100, więc średnio minuta na każdą. Czy może powinienem skupić się na kilku, najważniejszych? Skupiam, o ile jest to niezbędne i optymalne w danym momencie. W pozostałych przypadkach lepiej zaglądać tam gdzie inni nie mają ochoty i pilnować jak największego obszaru firmy, tak aby upewnić się, że wszyscy wiosłują w tym samym kierunku. Prośba w tym miejscu, aby nie wypaczać moich słów i nie twierdzić, że zajmuję się wszystkim. Nie zatwierdzam np. ile kawy trzeba zamówić do biura (przykład pierwszy lepszy). Zdecydowałem o tym raz, kiedyś, że konkretna osoba, według ustalonej procedury u konkretnego dostawcy będzie tą kawę zamawiała. Ale od czasu do czasu, gdy zabraknie kawy, to moją odpowiedzialnością jest sprawdzić temat osobiście lub wskazać osobę, która to ustali, dlaczego tak się stało. To zawsze wymaga jednak podjęcia działania, poświęcenie chwili i podjęcia decyzji lub jej delegowania i sprawdzenie zaraportowania efektów.

Zacząłem jednak od przytoczenia posta „Szlachetne zdrowie...”. Co on ma wspólnego z omawianym tematem? Ostatnio komuś udzielałem rad, takiego mentoringu. I po kilku zdaniach tłumaczenia jak to w ogóle możliwe że robię tak wiele, dałem sobie sprawę, że po 10 latach życia w takim tempie, mój mózg dostosował się niejako ewolucyjnie do takiej pracy. Z jednej strony zawęził się czas koncentracji na jednym zadaniu, z drugiej wyłączyłem do tych spraw emocje. Nawet jeżeli to 200 spraw wagi życia lub śmierci, dla mnie to 200 spraw, szybkich decyzji, krótka piłka. Nie oznacza to też, że załatwiam równolegle 200 spraw. Każda z nich jest załatwiana od początku do końca i dopiero przechodzę do kolejnej. Jak potrzebuję przemyśleć temat, „wgrywam go do głowy” i w czasie poza biurem myślę nad nim, ale wtedy jestem już off-line.

Około 1,5 roku temu dostrzegłem problem braku koncentracji np. gdy jestem po pracy, w domu. Gdy uświadomiłem sobie, że mam problem z koncentracją wyrobiłem w sobie nawyk 2 stanów umysłu:

  1. Szybki w którym podejmuję decyzje bez emocji. Zazwyczaj to tryb biurowy, ale czasami w sytuacjach stresowych można go włączyć także w życiu prywatnym.
  2. Analityczny, w którym zastanawiam się i potrafię koncentrować np. przez 3 godziny tylko na jednej czynności. Zazwyczaj stosuję go w domu, ale czasami gdy mam np. do przeczytania jakieś umowy, wprowdzam się w taki stan w biurze.

Tak jak pracowałem nad przystosowaniem się do szybkiego myślenia, tak udało mi się po około pół roku treningu nauczyć ponownie koncentrować tylko na jednej czynności. Pomaga w tym nie pracowanie z domu. Przychodząc do biura, odruchowo wprowadzam się w tryb 1, a w domu w tryb 2. Dlatego odradzam pracę z domu, każdemu kto może sobie na to pozwolić. Drugi to przejście możliwie pełnie na pracę asynchronicznie-zadaniową (patrz np. post "Synu czemu piszesz do mnie e-mail?"). To działa i dlatego z góry przepraszam wszystkich telefonujących do mnie i zaczynających 5 minutowy wstęp "Cześć, co słychać, mamy ładną pogodę". Lubię pogadać, jak każdy, ale w trybie nr 2.

Posiadanie takich 2 trybów, jest niesamowitym narzędziem, pozwalającym pracować niczym maszyna, bez zmęczenia i stresu gdy jest wiele spraw, albo analitycznie gdy coś wymaga skupienia przez dłuższy czas. To fascynujące, jak praca i stres zmienia nasze ciało i umysł. Nie zawsze musi to być coś negatywnego i nie zawsze trzeba walczyć, zawalając sprawy, zamiast szukać trzeciego wyjścia, które pogodzi ilość spraw i zdrowie. Warto szukać swojego sposobu i nie ulegać zbyt szybko uczuciu zmęczenia, trenując swój umysł do tego, aby osiągał rzeczy do tej pory nieosiągalne. No i oczywiście niezmiennie twierdzę, że trzeba o swoje ciało i umysł dbać.

 

p.s. Posta dedykuję Szymonowi, który od jakiegoś czasu czyta bardzo wnikliwie mojego bloga i ma mnóstwo pytań. Mam nadzieję, że ten post jakoś Ci też pomoże się odnaleźć.

Próba błękitnego wazonu, czyli debiut IAI na NewConnect 5 lat temu

pfornalski

To było dokładnie 5 lat temu, 16 grudnia 2009r. gdy IAI, zadebiutowała na NewConnect. Ten dzień będzie mi się przede wszystkim kojarzył z tym oto zdjęciem:

Bagażnik VW Passata Sebastiana z jedzeniem na IPO IAI

Dlaczego z czymś takim możesz pomyśleć? I masz rację. IPO prędzej kojarzy się z szampanem i kawiorem, a nie wiezionym w bagażniku VW Passata zakupionym w Makro cateringiem. Ale tak to właśnie jest. Często za spektakularnymi wydarzeniami stoją zwykłe, ciekawe i inspirujące historie. Oto jednak z nich, którą przy okazji 5 rocznicy chcę się podzielić.

Cofnijmy się nieco wczśeniej. Nad IPO pracowaliśmy nieustannie przez 22 miesiące. To co miało zająć mniej niż rok, zajęło ponad 2. Pominę juz skutki jakie to wywołało w naszym biznesie (patrz np. „Moja pierwsza biznesowa lekcja po IPO: liczą się wyniki, nie słowa”) i poziom frustracji (patrz np. „Ropa Pospolita - znowu problemy z KRS”). Czemu pamiętam dokładnie tę liczbę 22 miesięcy? Bo przez tyle miesięcy nie miałem ani jednego dnia wolnego, pracując średnio powyżej 60 godzin tygodniowo przez cały ten czas. Ale po kolei ...

We wrześniu i październiku 2009r. byliśmy już po przekształceniu spółki jawnej w spółkę akcyjną, otrzymaliśmy od inwestorów wpłaty na konto bankowe, przydzieliliśmy im akcje. Byliśmy dokapitalizowaną spółką akcyjną. Zostawał jeden szczegół: nadal nie byliśmy notowani na giełdzie. Aby tego dokonać, musieliśmy zakończyć procedury z Giełdą Papierów Wartościowych (GPW). Nie wiem jak to teraz wygląda, ale w roku 2009 NewConnect był relatywnie młodym rynkiem i GPW dopiero dochodziło do pewnych procedur i wytycznych. W efekcie to co miało być już formalnością i przyjemnością zamieniło się w długi i frustrujący proces wymiany korespondencji, pism i teczek dokumentów. Zaczęło się ostatnie okrążenie, tylko najgorsze jest to, że nie wiedzieliśmy jak długie.

Mniej więcej w okolicach 10 grudnia, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że zostało bardzo mało czasu do końca roku. Właściwie to zostało go cholernie mało. Zbliżały się święta, podczas których nie ma debiutów. A nowy rok oznaczał dla nas piekło, ponieważ trzeba było wykonać nowy bilans roczny, który z kolei oznaczał przygotowywanie wszystkich dokumentów od nowa. Najwcześniej więc byśmy realnie zadebiutowali bardziej w okolicach połowy 2010 roku. Z jednej strony mieliśmy ludzi z GPW, którzy coraz piętrzyli różne formalne problemy, z drugiej uciekający bezlitośnie czas, pędzący na wysoki mur jakim był 1 stycznia. Nie wspomnę już o tym, że niektórzy inwestorzy z oferty prywatnej zaczęli być już bardzo nieprzyjemni, zaczynając snuć teorie spiskowe, czemu mimo iż wpłacili swoje pieniądze na nasze konto, nadal nie widzą akcji na swoim rachunku maklerskim.

Mniej więcej w połowie grudnia my jak i ludzie z firmy Autoryzowanego Doradcy, którzy wprowadzali nas na giełdę, zaczęliśmy uzmysławiać GPW, że jeszcze moment i debiutu może nie być wcale, bo mamy zaraz nowy rok. Ten argument dotarł i 14 grudnia do mojego biura znienacka wszedł Sebastian Muliński mówiąc „16 grudnia mamy wyznaczony debiut na GPW”. Dopiero po chwili informacja znalazła odpowiednie szare komórki i odpowiedziałem coś w stylu „O k.... to już pojutrze”. Niestety był to jedyny wolny termin przed końcem roku, bo GPW robiła tylko 1 debiut dziennie. Nie było więc mowy o wybrzydzaniu. Innych terminów zwyczajnie nie było.

Po ochłonięciu wrzuciłem tego posta i zacząłem opracowywać moją prezentację, którą tradycja nakazuje w dniu debiutu pokazać przybyłym gościom. Sebastian w tym czasie uwijał się przy telefonie żeby zaprosić ludzi z mediów aby na naszym debiucie się pojawili. Wszyscy byli zdziwieni, że zapraszamy ich tak późno i nie potwierdzali, że będą z uwagi na tak krótki termin. Pozostawał jeszcze jeden szczegół, o którym Sebastian mi przypomniał: tradycją debiutów pozostaje poczęstunek dla gości. Firma, która tego nie robi, wychodzi na buraków. Zaczęliśmy więc obaj szukać firmy cateringowej, która na za 2 dni by nam przygotowała catering. Tylko, że w tym okresie, wszystkie firmy z Warszawy miały już 100% obłożenia firmowymi wigiliami. Nie udało nam się więc znaleźć nawet jednej firmy, która by się tego podjęła. Więc popołudnie 17 grudnia jako świeżo upieczony, przyszły prezes spółki giełdowej, spędziłem na zakupach w Makro, kupując wszystko to co wydawało mi się fajne i pasujące do imprezy. Nakupiłem tego cały bagażnik, zupełnie jak bym się przygotowywał do otwarcia nowego sklepiku szkolnego.

Żeby przewieźć zakupy, jedyną możliwością przemieszenia był samochód. W tym czasie nie było tak przyjemne jak teraz. Nie było S3 a autostrada A2 liczyła tylko 150km. Wyruszyliśmy więc w południe 15 grudnia po oskórowaniu wszystkich maili, z którymi uwijałem się od 8 rano. Podróż miała zająć 8 godzin, zajęła z 10.. Jeszcze w drodze, trzymając na kolanach laptopa, dopracowywałem prezentację. Dotarliśmy do hotelu Campaniele już w nocy, totalnie zmęczeni. Ostatnie 2 pokoje który zarezerwowaliśmy przez Internet na miejscu okazało się, że są niedostępne z powodu remontu. Na szczęście nie zostawiono nas na lodzie, tylko w tej samej cenie dostaliśmy pokoje w Kyriadzie, który ma znacznie wyższy standard. Odebraliśmy to więc jako dobrą wróżbę, która przyniosła nam szczęście i do tej pory ten hotel dobrze mi się kojarzy. Nie mieliśmy siły i czasu na tradycyjne świętowanie, wypiliśmy więc po 1 piwie w hotelowej restauracji i następnego dnia o 9:00 wyruszyliśmy w stronę GPW, z naszą kontrabandą w bagażniku. Zupełnie jak w piosence Tedego „Mróz”, tylko chyba w tej piosence w bagażniku nie znajdowały się wafelki i pierniki.

Po dotarciu zastaliśmy pustą salę, zero ludzi i ochroniarza, który nam pokazał bardzo ogólnie schemat sal. Mnie poproszono „za scenę” gdzie musiałem podpisać umowę z GPW i szereg innych dokumeóntw. W międzyczasie Sebastian z moją dziewczyną ogarnęli temat Cateringu, czego dowodem jest poniższe pamiątkowe zdjęcie. Robiąc go żartowali sobie, że najwyżej szampany, które przywieźliśmy wypiją sprzątaczki z GPW. Nie wiadomo było przecież, czy ktoś się pojawi.

Sebastian Muliński otwiera szampana na IPO IAI

O 12:30 zakończyłem podpisywanie dokumentów i poproszono mnie już „na scenę” sali NewConnect. Nigdy nie zapomnę tego widoku, który zobaczyłem wychodząc. Przed moimi oczami ukazała się pełna po brzegi sala. Na IPO udało się ściągnąć praktycznie wszystkich istotnych dziennikarzy. Ilość aparatów i kamer była tak wielka, że pamiętam, że po raz pierwszy w życiu poczułem tremę, dosłownie mnie zatkało. Do tej pory mam ciarki, jak przypominam sobie ten moment.

Początek IPO IAI na NewConnect

Na scenie powitał mnie Adam Maciejewski, w tym czasie z zarządu GPW. Co ciekawe, to od niego 2,5 roku wcześniej dowiedziałem się, że taki projekt jak NewConnect w ogóle powstanie i to dzięki rozmowie z nim zdecydowaliśmy się na taką drogę. Po powitaniu, przedstawieniu pokazałem moją tradycyjną prezentację kończoną poprzedniego dnia na kolanach.

Pamiętam też, że po części oficjalnej podszedł do mnie Sebastian i mówi „Widziałeś nasz kurs akcji?” na co ja odparłem „A no tak, zapomniałem że chodziło o to”.

Potem miałem z tuzin wywiadów i gdy wróciłem sala była już ponownie dosyć pusta. Podszedłem napić się soku i pytam się ochroniarza „i jak się panu podobało?”. Na co on odparł „Panie. Ja to się na tym nie znam, ale ludzie komentowali że wreszcie na cateringu jest dobry szampan i nie koreczki, więc mogli się najeść. A sprzątaczki są wniebowzięte, bo na święta do domu sobie to zabiorą”. Dopiero w tym momencie stres minął. Skoro najwytrwalszy bywalec polskich IPO mówi, że było dobrze, to reszta pójdzie z ógrki. Potem zrobiliśmy krótką wycieczkę po budynku GPW, wsiedliśmy do samochodu i odpaliłem ponownie laptopa, pracując jak by nic się nie stało. A wolnego dnia, upragnionego od 22 miesięcy nie miałem aż do 2 stycznia.

Tak oto wygląda prawdziwa historia IPO IAI, istna „Próba błękitnego wazonu”. Czemu tak ją nazwałem? Bo kiedyś przeczytałem książkę motywacyjną właśnie o takim tytule. Zawsze gdy wszystko się sypie, przypominam ją sobie i myślę sobie „to tylko próba błękitnego wazonu”. Jeżeli jej nie czytałeś, polecam ją sobie nabyć. To jedna z książek, które mnie ukształtowały.

Czy sklepy internetowe przyjmują się powoli?

pfornalski

Wzrost branży sklepów internetowych notuje dynamikę od kilkunastu do kilkudziesięciu procent rocznie. Wydawać by się mogło, że to niewiele, bo ciągle mniej ludzie kupują przez Internet niż poza nim. Warto jednak popatrzeć na to z nieco innej perspektywy. Gdy oceniamy tempo z perspektywy miesięcy czy nawet paru lat, tempo wydaje się być niewielkie. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę historię naszej cywilizacji, zakupy internetowe przyjmują się w zawrotnym tempie.

Na początek przyjrzyj się historii piśmiennictwa i Internetu, które nieodłącznie towarzyszy transakcjom handlowym. Pierwsze pióra (patyczki bambusowe) zaczęły być używane raptem 2500 lat temu. Najstarsze pióra tego typu były używane około 5000 lat temu. Na ptasie pióra do pisania ludzkość czekała około 400 lat (100 r. p.n.e.) i wynalazek ten był używany przez kolejnych 1900 lat! Nawet konstytucja stanów zjednoczonych (z roku 1787) była napisana ptasim piórem. Pod koniec 18 wieku wymyślono wieczne pióra (takie z metalową stalówką maczane w kałamarzach). Takie pióra ze szkół pamiętają jeszcze moi rodzice, którzy chodzili do szkoły w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Długopis wtedy był niesamowitym luksusem, podczas gdy ja w szkole pisałem już tylko długopisami. Niemniej w podstawówce siedziałem jeszcze w ławce, która miała okrągły otwór na kałamarz. Pierwszy patent na komercyjny długopis pochodzi z roku 1943 i wtedy powstały pierwsze seryjnie dostępne modele długopisów, czyli ludzkość czekała na nie 160 lat. Oczywiście były już wtedy na rynku maszyny do pisania (wynalezione w 1868), ale ich cena i możliwość przenoszenia wykluczała je z powszechnego użytkowania poza biurami i gabinetami.

W roku 1976 (27 lat później niż długopis) powstała pierwsza komercyjna drukarka laserowa które zaczęła wypierać maszyny do pisania, a dopiero w 1981 powstał pierwszy komputer z graficznym interfejsem (Xerox Star) kosztujący majątek (od 12000$ dolarów, czyli przeliczając na dzisiejszą wartość pieniądza około 80-100 tys. zł za komputer). A zatem dopiero w roku 1984, gdy trafił do sprzedaży Apple Macintosh w cenie i tak niemałej (na dzisiejsze pieniądze około 16 tys. zł). Nic dziwnego, że zatem dopiero w 1995 roku rewolucja dokonała się za pomocą Microsoft Windows 95, który wprowadził naprawdę tani komputer z interfejsem graficznym do niemal każdego domu. Windows 95 był pierwszym powszechnym dla przeciętnego użytkownika systemem operacyjnym z możliwością pracy w sieci (pomijam Linuxa który do tej pory nie jest powszechny w użyciu).

Samo WWW również ma dynamiczną historię. Pomijając sieć ARPA wynalezioną na początku lat 60-tych XX wieku, to WWW zaczęło się dopiero 30 lat później. W roku 1990 (22 lata temu) Tim Berners-Lee stworzył pierwszy serwer i przeglądarkę WWW dając możliwość tworzenia stron internetowych, ale aż rok później, w 1991r. trafiła ona do publicznego użytku. Czy komuś się to podoba, czy nie, ale to Microsoft z Windows 95 otworzył w ogóle możliwość powstania rynku e-commerce wprowadzając system z graficznym interfejsem, siecią, wielozadaniowością i nawet wbudowaną darmową przeglądarką WWW zdolną do prezentacji grafiki. To jemu osobiście zawdzięczamy stworzenie możliwości powstania odpowiedniego ekosystemu kupujących w Internecie. Zbieg okoliczności, ale dopiero 1995r. powstał Amazon, a w 1996r. Ebay. Pierwszy system sklepu internetowego powstał raptem w 1994r. W roku 2007 Apple wprowadziło na rynek pierwszy powszechny smartfon (iPhone) upowszechniając mobilne przeglądanie stron WWW, z którego dzisiaj jako jedynej formy używania internetu w USA korzysta nawet 30% ludzi.

 

Podsumujmy:

  • 200 tys. lat człowiek (Homo sapiens) potrzebował aby wymyślić, że można czymś pisać
  • 4900 lat człowiek potrzebował aby wymyślić, żeby pisać ptasim piórem
  • 1900 lat człowiek potrzebował aby wymyślić i używać wiecznego pióra
  • 160 lat człowiek potrzebował aby wymyślić i używać długopisu
  • 41 lat człowiek potrzebował aby zacząć redagować pisma na komputerze
  • 11 lat człowiek potrzebował aby upowszechnić Internet i strony WWW
  • 12 lat człowiek potrzebował aby zrobić porządną przeglądarkę mobilną i system umożliwiający mobilne zakupy w Internecie
  • 4 lata minęły i mamy rok 2012 w którym piszę ten artykuł

Patrząc na badania w których zakupy internetowe osiągają już imponujące obroty, liczone w miliardach i wpływają na jednocyfrowe procenty gospodarek, trudno nie odnieść wrażenia, że żyjemy w bardzo ciekawych czasach, w których postęp niesamowicie przyśpieszył. Jeżeli ktoś kto obserwuje e-commerce uważa, że wszystko rozwija się za wolno, niech spojrzy na moje podsumowanie. Czy rzeczywiście wszystko idzie za wolno? Czy społeczeństwo jest w stanie jeszcze szybciej zmieniać całkowicie swoje przyzwyczajenia?

Budowanie firmy trwa lata, gałęzi przemysłu dziesiątki lat. Tworzone dzisiaj sklepy internetowe mają szansę za kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat byś w takiej pozycji w jakiej dzisiaj są właściciele sieci hipermarketów, które notabene zostały również wymyślone 90 lat temu! Mam nadzieję, że ten post zmotywuje do patrzenia na swój biznes dalej niż rok do przodu i przekona sprzedawców internetowych do tego, że warto trwać i cieszyć się nawet 30% wzrostem sprzedaży mierzonej rok do roku. 30% wzrostu przez 10 lat rok do roku daje prawie 14-krotny wzrost w ciągu 10 lat!

Wind of change - dlaczego w branży e-commerce niektórzy narzekają?

pfornalski

Mieszkam w Szczecinie prawie od zawsze. Miałem może z 7 lat, gdy moi dziadkowie zabrali mnie na wycieczkę samochodem do granicy. Pokazali mi, że jest coś takiego jak granica. Widokiem jaki utkwił mi w pamięci były mury, zasieki i strażnicy z karabinami na wieżach. Minęło od tej pory trochę ponad 20 lat i teraz chodzę sobie po pasie granicznym z psami na spacer podziwiając dziki las i piękne widoki. Pas graniczny jest teraz świetną ścieżką spacerową. W tamtych czasach wystarczyło rozwiązać problem przewiezienia większej ilości jakiegoś towaru przez granicę, aby sam się sprzedał i dał sowity zysk. Dzisiaj przewiezienie nie jest problemem. Stała się nim promocja i przekonanie klientów, że powinni kupić akurat od ciebie.

 

Kościno - dawne kolejowe przejście graniczne (fot. Paweł Fornalski)

Dawna platforma i kolejowe przejście graniczne Kościno. Dawniej na platformie stali żołnierze i sprawdzali czy ktoś nie kryje się na dachu pociągu aby nielegalnie przekroczyć granicę. Dzisiaj można sobie chodzić w tę i w tamtą przez granicę. Jedynie pozostałości przypominają o siatkach pod wysokim napięciem, zasiekach itp. (zdjęcie własne)

Po przemianach ustrojowych trendy było nazywanie firmy EX i Import-Export. Pamiętam przygraniczne rynki na których rodziły się prawdziwe fortuny zbijane na sprzedaży wszystkiego Niemcom. Dzisiaj targowisk praktycznie nie ma, pozostały jedynie nieliczne stragany. Ludzie mogą jeździć a nawet chodzić gdzie chcą i sami kupować w zagranicznych sklepach. Mogę iść z psami i iść pasem granicznym i nie spotkam nawet jednego pogranicznika. Dawne przejście Kołbaskowo zamieniono nawet ostatnio w odcinek autostrady na którym nie da się zjechać. Przyszedł wiatr zmian. Dla większości te zmiany są korzystne, ale grupa ludzi, która kiedyś żyła z granic narzekała i narzeka do tej pory.

Podobną analogię widzę dzisiaj w e-commerce. Dawniej wystarczyło rozwiązać problem techniczny stworzenia strony sklepu internetowego i sprzedaż jakoś sama się kręciła. Dzisiaj, uruchomienie sklepu internetowego to pestka. Wystarczy zwrócić się np. do IAI aby w 1 dzień mieć sklep internetowy wyglądający i działający 10000 razy lepiej niż pierwsza wersja Amazona. To co kiedyś było główną zaporą, która eliminowała chętnych do sprzedaży internetowej, dzisiaj nie jest żadną przeszkodą. Dlatego ilość firm sprzedających stale rośnie. Dawne wygi, zazwyczaj ludzie technicznie sprawni, ale mało sprawni marketingowo, mają problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. To właśnie te osoby spotykam przy okazji różnych konferencji czy prelekcji i to te osoby pytają się „jak żyć?” i wróżą upadek e-commerce. Statystyki i dynamiczne wzrosty jednak temu przeczą, branża ma się co roku lepiej.

Przy obecnym rozwoju usług e-commerce nie ma w ogóle sensu zawracanie Wisły kijem i tracenie czasu na implementację własnego systemu, który jakąś magiczną funkcją pokona konkurentów. Zespoły programistów – skoncentrowanych tylko na takich systemach, pracujących w pełnym wymiarze godzin w firmach takich jak IAI, zaimplementują każde rozwiązanie w ciągu 2 miesięcy od tego gdy jakiś sklep indywidualnie wymyśli coś naprawdę dobrego i wartego powielenia. To dlatego dzisiejszy e-commerce nie jest już rynkiem technologicznym, ale marketingowo-sprzedażowym. Wiatr zmian zmienił oblicze dzisiejszej rzeczywistości. To co kiedyś było łatwe, czyli promocja sklepu, dzisiaj jest trudne. W zamian, to co było trudne, czyli uruchomienie sklepu, dzisiaj jest łatwe.

Analogiczne przemiany zachodzą w każdej dziedzinie. E-commerce nie jest pod tym względem wyjątkowe. Jeżeli tylko chcesz, możesz uruchomić swoją sieć telefonii komórkowej. Dzisiaj nie jest już problemem zakupienie gotowego systemu, urządzeń czy nawet wydzierżawienie wszystkiego od jednej z obecnych sieci i zostanie tzw. wirtualnym operatorem telefonii komórkowej. Problemem w sieciach komórkowych nie są dzisiaj już technologie, ale marketing i promocja. Dokładnie to samo co w sklepach internetowych. Ci, którzy nie zrozumieją wiatru zmian, przegrają. Ze zmianami nie należy walczyć, ale się do nich adoptować albo jeszcze lepiej, wyprzedzać je.

Czemu nie wprowadzasz zmian wtedy gdy są potrzebne?

pfornalski

Informacje ze świata gospodarki i polityki leją się na nas strumieniami z radia, gazet i telewizji. Nawet facet w przepoconym podkoszulku, żłopiący 8 piwo danego dnia powie Ci to co wiedzą wszyscy, czyli że głównym problemem polskiej polityki gospodarczej było i jest odkładanie reform tak długo jak się da. Problemy rozwiązuje się dopiero ogromnym kosztem i przy awanturze, dopiero gdy już nie da się tego dłużej przeciągać, a dany temat wali się na głowę niczym stary sufit. I tak wiadomości pokazują nam nieudolnych polityków poruszających się codziennie od kryzysu do kryzysu. Dlaczego pozwalamy aby tacy ludzie nami kierowali, czyli kto ich wybiera?

Myślę, że przede wszystkim tacy ludzie nas reprezentują, bo są właśnie reprezentatywni dla typowego polskiego obywatela, nie wyłączając właścicieli firm. Reformy, zmiany czy jakiekolwiek działanie wprowadzają najczęściej dopiero gdy muszą. Np. właściciel sklepu internetowego doskonale wie, że przepłaca za usługi danego kuriera i nie świadczy on odpowiedniej jakości przesyłek, ale z lenistwa nie chce im się sprawdzić oferty innych kurierów. Zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia. Albo wiedzą, że ich obecny sklep internetowy ssie i to mocno, ale po co go zmieniać skoro jeszcze nie ma katastrofy? Przecież zmiana to tyle pracy. Fakt – zmiany to zawsze zamieszanie i trochę dodatkowego trudu. Czasami nawet może pomyślisz „po co mi to było”. Ale po skończeniu, jak po ciężkim treningu, czujesz satysfakcję, hormony szczęścia napływają i już myślisz o kolejnych. Uzależniasz się od tego (patrz post „Innowacja to nie wynalazczość”).

Ze zmianami jest jak z leczeniem zębów. Im wcześniej się je zacznie, tym mniejsza będzie dziura, krótsze i mniej bolesne borowanie. Ale większość osób woli chyba długie i bolesne wiercenie aż do korzenia, dopiero gdy ból uniemożliwia już dalsze normalne funkcjonowanie.

Jestem ciekawy Twojej opinii. Czy ty też wprowadzasz zmiany gdy tylko poczujesz że są potrzebne, czy czekasz tak długo jak się da? Jeżeli czekasz, to czy zdajesz sobie sprawę, że to jest totalnie irracjonalne?

Z okazji Nowego roku 2012, życzę wszystkim czytelnikom bloga aby ten rok był rokiem zmian. Potrzebujemy ich wszyscy aby nasze życie było coraz ciekawsze, wydajniejsze i po prostu abyśmy czuli się zwycięzcami. Życie którego dosiadasz i trzymasz je mocno mimo iż takie którego dosiadasz i Cię ponosi pozorne wygląda tak samo, to dwie zupełnie różne sprawy. Rok 2012 dla mnie będzie rokiem w którym zamierzam wywrócić po raz kolejny moje życie do góry nogami i to mocniej niż w jakikolwiek poprzednim roku wcześniej.

Nie znasz gwiazd ze swojej branży? Naprawdę nie szkodzi.

pfornalski

Dzisiaj dostałem oto taki miły e-mail:

Cześć Paweł,

Trafiłem na Twój post "Nie znasz gwiazd ze swojej branży? Nie szkodzi."

Jest on dokładnie taką strategią jaką wybrałem i ja od marca 2011.
Wcześniej przez 2 lata intensywnie promowałem firmę, w celu pozyskania
klientów (jak mi się wtedy jeszcze wydawało). Jednak b. dużo czasu i
energii zabierały mi te wszystkie "konferencje branżowe" czy też
barcampo-sabaty. Niepotrzebnie zawracałem sobie głowę tym co mówiła
konkurencja, a dodatkowe wzajemne puszenie się, powodowało iż człowiek
tracił prawdziwy kontakt ze swoimi klientami, których na tych
wydarzeniach prawie nie było.

Zmieniłem strategię, pochyliłem niżej głowę, zacząłem działać poniżej
radarów, poza uwagą konkurentów.

Całkowicie zrezygnowałem też z darmowych prelekcji i wykładów. Jeśli
szkolę, to tylko w projektach komercyjnych.

Efektem tego jest to, że mam duuuużo więcej czasu dla rodziny.
Przestałem skupiać uwagę mojej konkurencji, która nawet nie mam
pojęcia jak duży jest mój kawałek tortu ;) A przede wszystkim mam czas
aby w spokoju po prostu pomyśleć. Dzięki temu więcej podróżuję,
odpoczywam, myślę i czytam.

Napisałem powyższego @, aby wyrazić moją wdzięczność za to, że
opublikowałeś swoje przemyślenia na blogu :)

Pozdrawiam serdecznie.
Marcin.

Nic w sumie więcej w tym temacie nie trzeba dodawać. Uwielbiam dostawać takie listy, bo sam jestem daleki od ideału i mimo tego, że wierzę w to co mówię, czasami nie trzymam się swoich własnych postanowień. Dzięki Marcinie za e-mail.

Nie znasz gwiazd ze swojej branży? Nie szkodzi.

pfornalski

Wiadomo, że czytanie wiadomości ze swojej branży jest ambitniejsze niż zaglądanie do szklanego okienka co słychać u Złotopolskich. Jednak tak na prawdę liczy się to co zrobi się dla swoich klientów lub użytkowników. Jakie problemy rozwiąże produkt i w efekcie ile ludzie ci za niego zapłacą. Myślenie, że klepanie po ramieniu i nawet przyznawane przez grono ekspertów nagrody niewiele pomogą, jeżeli żaden klient nie kupi twojego produktu. Branża startupów pod tym względem zaczyna przypominać sztukę: krytycy recenzują spektakl lub film w kinie pisząc dobrze lub źle. Część ludzi głęboko siedzących w sztuce bierze to sobie do serca. A tym czasem zupełnie nieskorelowana z oceną krytyków jest ilość sprzedanych biletów na poszczególne przedstawienia lub filmy. Podobnie jest z produktami. Możesz mieć fatalny w ocenie ekspertów produkt, system, stronę itd. a jeżeli ona sprzedaje to odnosisz sukces. Jeżeli nie sprzedaje, to nawet po otrzymaniu setek nagród jesteś w ciemnej ... piwnicy. Dlatego m.in. od stycznia, zgodnie z moim zeszłorocznym postanowieniem po ostatnim wystąpieniu na Auli, nie możecie mnie spotkać na barcampach, startup-sabatach czy innych wydarzeniach, które nie przyczyniają się do zwiększenia sprzeaży. Poza jednym wystąpieniem w ramach Global Startup Challenge, w którym obiecałem wystąpić jeszcze w 2010r. nie zgadzam się na żadne wystąpienia, chyba że są to płatne prelekcje, wygłaszane tylko i wyłącznie dla zarobku. Nie pompując mojej próżności wystąpieniami dla ludzi, którzy z racji tego, że są na początku drogi osiągnęli mniej, mam 100% energii dla mojego biznesu. W efekcie jestem bardziej wypoczęty a IAI ma lepsze wyniki niż kiedykolwiek wcześniej. Pieniądze lubią spokój, a ja polubiłem i pieniądze i spokój. Innym też to radzę.

Moją wielką słabością i wadą jest to, że nie pamiętam nazwisk, imion i często oprócz tego, że po twarzy poznaję kogoś, że go znam, nie bardzo potrafię przyporządkować go do konkretnego stanowiska, firmy czy tego co robi. Dlatego tym bardziej kłopotliwe są dla mnie tzw. rozmowy kuluarowe w których plotkuje się co ten i tamten człowiek osiągnął, zrobił, jaki projekt stworzył itp. Szczególnie słabo kojarzę co się w świecie startupów dzieje w kwestii niezwiązanej z moją branżą, czyli sklepów internetowych. Po części jest to spowodowane moją osobową dysleksją, a częściowo przez to, że mam zasadę, iż naśladując lub żyjąc życiem innych dojdę tylko tak daleko jak osoby, które naśladuję. A zawsze chciałem zajść dalej.

Ostatnio zastanawiałem się nad tym, że nowe pokolenie startupowców tak wiele czasu spędza na różnego rodzaju konferencjach, zjazdach itp. Zaczyna to wręcz przypominać zjazdy ludzi od network marketingu na których wzajemnie się napędzają i indoktrynują. Zaczynają żyć swoim życiem, oderwanym od rynku i rzeczywistych potrzeb klientów. Paradoksalnie co raz pojawia się informacja prasowa o kimś kto odniósł rzeczywiście wielki sukces, jednak nie widzę aby byli to ludzie ze środowisk startupowych Przecież każdy z przedsiębiorców ma swój własny biznes. Biznes to taka dziedzina w której konkurencja jest wpisana w fundamenty operowania. Współpraca jest kluczem do sukcesu, jednak czy spędzanie długich godzin na kolejnych startup-sabatach czy śledzenie plotek ze świata e-commerce rzeczywiście przybliża do osiągnięcia sukcesu? Czy Mark Zuckeberg chodził na spotkania dla startupowców? Zamiast to robić, skupiał się wyłącznie na swoim zadaniu, względnie pozyskiwaniu bezpośrednio pieniędzy na kolejne etapy rozwoju swojego projektu. A inwestorzy oferują mu coraz wyższe wyceny tylko i wyłącznie ze względu na to, że Facebook.com pokochało tak wielu ludzi.

Paweł - czy ty piszesz swojego bloga sam?!

pfornalski

Mini reklama kontaktowania się ze mną przez Facebook z posta „Happy hour w sklepie internetowym jest zupełnie niepotrzebny” zdała egzamin i kilkudziesięciu czytelników bloga dodało się do moich znajomych. Dzięki temu mogą na pewno dowiedzieć się więcej o tym co robię. I po jednym liście od czytelnika, wysłanym właśnie na Facebook dotarło do mnie, że w sumie poza jednym z pierwszych tekstów pt. „Paweł – ty masz bloga?!” który ma już prawie 4 lata, nie wyjaśniłem po co właściwie tego bloga piszę.

Karol napisał do mnie parę dni temu: „Zawsze mnie to zastanawia: Jakoś trudno mi uwierzyć, że to naprawdę Ty piszesz. Zakładam, raczej znaną i lubianą metodę Copiego-Pejsta. Ale miło, że w ogóle odpisujesz komuś, kto może być dzieciakiem z gimnazjum. Jaki jest cel w pomaganiu ludziom np. na Facebook? Tracisz czas na konwersacje ze mną. Czas, który mógłbyś poświęcić na rozwijanie firmy...

Dobre, bardzo dobre pytanie na które Karol dostał już częściowo odpowiedź na Facebook. Blogów powstaje wiele, większość po 10 postach znika. Czemu ja nadal, mimo 4 lat piszę dalej?

Otóż bloga otworzyłem po to, aby dać upust moim licznym przemyśleniom, jakie powstały przy tworzeniu projektów które prowadziłem. 4 lata temu filmy z moim udziałem czy wywiady były rzadkością, więc ilość rzeczy które chciałem napisać była ogromna. 2 lata temu rozpocząłem przekształcanie IAI-System.com w IAI S.A. To był ogromny wysiłek i dopiero po 5 miesiącach na zebranie sił od tego momentu zdaję sobie sprawę jak wielkim było to dla mnie wysiłkiem. Te 2 lata były okresem mniejszej intensywności pisania. Wiele osób pisało wtedy do mnie listy czemu nic nie piszę. Po prostu nie chciało mi się nic więcej robić, poza tym co wiązało się IPO. Ciemne wieki przepracowania mam nadzieję są już za mną. Mam zatem więcej czasu na pisanie.

Przez 4 lata od powstania bloga zmieniło się wiele. Praktycznie nie ma tygodnia abym nie udzielił jakiegoś wywiadu lub nie napisał czegoś większego, część na zaproszenie innych blogerów (np. Wywiad dla Artura Kurasińskiego). Takie wywiady to wyśmienita okazja, aby szybciej podzielić się przemyśleniami, bo mówienie jest szybsze od pisania tekstu, zwłaszcza jeżeli po prostu się mówi, bez montażu. Nie bez znaczenia jest również to, że prezentacje czy wywiady zawsze wywierają większą presję, a to lubię. Presja zawsze dobrze na mnie wpływa i im większa, tym ciekawszy materiał wychodzi. Dlatego postanowiłem nie pisać o tym o czym mówię w wywiadach, bo po co?

Z drugiej strony na blogu przestałem pisać o bieżących wydarzeniach w IAI i Hip-Hop.pl czy innych wydarzeniach które wydawały mi się wcześniej istotne. Te informacje publikuję na Facebook, który idealnie się do tego nadaje. Nie staram się tu też już zamieszczać wszystkiego co ktoś ze mną lub o mnie napisał. Te informacje można wygooglać lub śledzić mojego Facebooka.

Czy piszę teksty sam? Jasne że tak. W przeszłości parę tekstów napisał Sebastian Muliński, ale od kiedy ma swojego bloga, 100% tekstów jest mojego autorstwa. Poza tym teksty te podpisałem jego imieniem i nazwiskiem. Nikt nie pomaga mi teraz w pisaniu postów. Oczywiście nie zawsze mi się chce coś napisać i nie zawsze mam na to czas. Wtedy po prostu nie piszę. Nie uważam siebie za blogera chociaż zostałem nawet uznany za jednego z najbardziej wpływowych. Super. Nie zarabiam na pisaniu tylko czymś innym, chociaż parę dni temu, w ramach eksperymentu uruchomiłem AdTaily (a nuż ktoś kupi tu reklamę i zarobię na 2 kafelki do budowanego domu). A tak na serio, traktuję pisanie jako coś zupełnie dla siebie, rodzaj hobby.

Piszę bowiem bloga po to, aby w ten sposób czynić świat trochę lepszym, w swoim własnym intersie. Przecież razem użytkujemy ten sam Internet, planetę a może i kraj. Skoro uważam racjonalnie, że moje postępowanie jest dobre i korzystne dla ludzi z mojego otoczenia, to czemu mam nie powodować, że inni ludzie będą mnie naśladowali? Przecież im więcej ludzi będzie postępowało podobnie do mnie, tym lepiej mi się będzie żyło. Przecież im więcej ludzi sukcesu będzie w Polsce, tym więcej wszyscy zapłacimy podatku i tym szybciej będzie mi się żyło dobrze. Poza tym czemu mam komuś bronić poprawić swoje życie. usprawnić firmę lub swój sklep internetowy, nawet jeżeli nie jest moim klientem? A czy mógłbym komuś kazać płacić za moje nauki, ebooki i kursy? Pewnie i paru ludzi by się takich znalazło, w pierwszej kolejności wśród konkurentów. Tylko po co? Nie potrzebuję 10 samochodów, potrzebuję jednego, który kiedy przekręcę kluczyk to odpali i zawiezie mnie bezpiecznie do celu. A czy będzie to samochód 2 czy 6 letni zupełnie nie ma znaczenia. Po co być „złamanym ch...”, oszukiwać pracowników i klientów tylko po to żeby więcej zostawić w salonie sprzedaży Porsche? A jeszcze będę musiał go pilnować lub ktoś da mi w łeb. Oczywiście, każdy ma prawo decydować co robi ze swoją wolną energią i czasem. Ja nie oglądam telewizji, więc mam względem statystycznego Polaka sporo zapasowego czasu, którego część spędzam na dzieleniu się wiedzą. Jeden lubi „koks i dziwki”, drugi lubi szpanować Ferrari lub jeździć na 20 wycieczek w roku, a ja lubię robić to co robię – budować IAI i dobrze płacić pracownikom, inwestować niemal wszystkie przychody w lepszy produkt a w wolnym czasie pisać na blogu. A jak mi się nie będzie chciało? To nic nie napiszę.

Niektórym może się wydawać że teksty powstają miesiącami lub mają jakiś większą agendę. Otóż nie. Każdy z tekstów piszę zazwyczaj w ciągu jednego dnia, zazwyczaj w 30-60 minut. Jest to najczęściej impuls, mam czas – pisze. Jeżeli tekst powstaje dłużej to zazwyczaj nie publikuję go, bo zaczynam wchodzić w szczegóły i po prostu go kasuję. To samo dotyczy tekstów zbyt długich, powyżej 2 stron. Niektórych tematów po prostu nie poruszam, bo poruszenie fragmentu z przyzwoitości wymagało by napisania w ramach uszczegółowienia krótkiej książki, a na to nie mam czasu. Te tematy omijam lub zostawiam na wywiady. Wiele tematów także powstaje jako szkice w głowie, po czym pojawia się coś nowego i piszę pod wpływem impulsu coś innego. Tak szacuję, że tylko co 20 tekst który mam w głowie publikuję ostatecznie na blogu, a i tak zawsze można by było coś jeszcze dopisać, coś jeszcze udowodnić. Tylko po co? Mam nadzieję, że to co chcę osiągnąć, czyli nieco lepsze otoczenie udaje mi się jakoś osiągnąć tym co już piszę i mówię. Po listach od niektórych czytelników wiem, że kogoś tam zainspirowałem, ktoś zaczął inaczej patrzeć na swoje otoczenie i firmę. Dla mnie to jest nagrodą, bez względu na to czy ktoś jest gimnazjalistą, prezesem czy naukowcem. Ważne, że dzięki moim tekstom jego życie staje się lepsze, przynajmniej trochę.

 

Na koniec, wszystkim tym którzy analizują moje teksty niczym Biblię. Ja do nich aż takiej wagi nie przywiązuję w momencie pisania, więc dajcie sobie spokój. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasami coś pokręcę i przekręcę. Who cares? W szczególności dotyczy to wywiadów ustnych. W ciągu godziny wypowiadam setki zdań. Przecież nie jestem w stanie mówić wszystkiego idealnie, z namaszczeniem bo będę wtedy nudny do słuchania jak jakiś polityk. A politykiem nie jestem. Nie żyję z mówienia, tylko z projektowania i prowadzenia IAI – platformy do prowadzenia sprzedaży w Internecie. A więc nie ma dla mnie znaczenia czy ktoś mi udowodni że mówię niegramatycznie czy gramatycznie, czy kogoś uraziłem czy nie. Żyję z tego, że nasz system jest lepszy od innych których klienci nie kupili, a nie z tego, czy będę miał gładką czy pryszczatą twarz. Dlatego Ci dla których moje teksty nie są fajne, po prostu mogą znaleźć w Internecie coś innego dla siebie. Po co mnie zniechęcać? Przecież można w ogóle nie czytać tekstów zamiast tracić energię. Ale wierzę, że większość ludzi doceni szczerość tekstów, bez patosu i pozerki na internetowego milionera. Jestem milionerem, nie muszę tego udawać czy pisać bloga o tym jakiego zajebistego laptopa sobie kupiłem bo to nie ma znaczenia. Pewnie, że mógłbym pisać o tym na czym znam się najlepiej, czyli na tworzeniu platform SaaS, ich przewadze nad innymi systemami, aspektach technicznych itp. Wtedy nikt by mnie nie zagiął, bo i pewnie niewielu ludzi było by to w stanie czytać i rozumieć to o czym piszę. Jest sporo blogów technicznych pisanych przez programistów, a pisanie o meandrach tworzenia IAI pewnie ucieszyło by głównie konkurencję. Chcę kierować energię ludzi na inne tematy, z których jako użytkownik Internetu skorzystam. Ciągle brakuje blogów polskich CEO, pisanych z potrzeby budowania ludzi na lepszych. I tą lukę chcę wypełniać.

Tak więc Karol, pozdrawiam i dzięki za pytanie, które zainspirowało mnie do napisania tego tekstu. Jeżeli inne osoby mają jeszcze jakieś pytania do mnie, to piszcie na pawel(at)fornalski.pl. Jak widzicie, nie ma głupich pytań.

Nie dzielę kalendarzy na prywatny i służbowy - to nie ma sensu

pfornalski

Jeżeli prowadzisz swoją firmę lub rzeczywiście utożsamiasz się z pracą w firmie w której pracujesz dzielenie kalendarza na prywatny i służbowy nie ma sensu. Serio.

Wcześniej czytałem takie przemyślenia innych menedżerów i przytakiwałem im, ale miałem kilka kalendarzy, zbiorów kontaktów itp. Zrozumiałem bezsens takiego dzielenia gdy przesiadałem się na iPhone, którego synchronizuję przez protokół MS Exchange z Google Calendar. I niestety, kiedy to robiłem można było synchronizować tylko jeden kalendarz. Ponieważ wcześniej używałem Thunderbird z Lightning (dodatek do prowadzenia kalendarza), wyeksportowałem do pliku poszczególne kalendarze z Lighting: Prywatny, IAI, Hip-Hop.pl, hokej itp. i zaimportowałem je do Google Caneldar. W wyniku tej operacji powstał jeden kalendarz. To samo zrobiłem z kontaktami. Od tej pory mojej uwagi w ogóle nie zajmuje segregowanie mojego życia na prywatny, służbowy itp. Ten system działa u mnie od 2 lat, więc czas podzielić się z Tobą moimi przemyśleniami.

Jeżeli jednak zastanowisz się nad tym głębiej, staramy się dokonać takiego segregowania w wielu innych aspektach. Staramy się dzielić czas na prywatny i służbowy. Tym czasem telefon komórkowy i Internet zatarły granice pomiędzy tym co prywatne i służbowe. Czy jeżeli piszę tego bloga to działam służbowo czy prywatnie? Co złego w odebraniu na krótką rozmowę telefonu od mamy kiedy jestem w firmie i co złego w odebraniu telefonu od klienta po pracy, aby poprosić go aby zadzwonił jutro o 10:00? Czy jeżeli dostaję za poprowadzenie jakiegoś wykładu 1000zł to czy robię to prywatnie czy służbowo, zwłaszcza gdy opowiadam o moich przemyśleniach które zdobyłem prowadząc IAI?

Dzielenie czasu na prywatny i służbowy zupełnie nie ma sensu. Im bardziej starasz się to robić, tym więcej energii tracisz niepotrzebnie i dzielisz się na 2 osoby: służbową i prywatną. A przecież nie nazywam się Paweł IAI Fornalski, Paweł Hip-Hop.pl Fornalski i Praweł Krzysztof Fornalski tylko mam jedno imię i nazwisko i 24 godziny na dobę, które staram się wykorzystać maksymalnie efektywnie. Dlatego jeżeli mogę załatwić sprawę w urzędzie o 13:00 gdy inne osoby są w biurze i nie muszę czekać w kolejce, robię to o 13:00, zamiast siedzieć w biurze. Za to jeżeli jakiś partner technologiczny w drodze nad morze na majowy wypad z rodziną będzie mógł się ze mną spotkać w sobotę o 13:00 – spotkam się z nim w sobotę o 13:00. Po co mam dzielić czas na dwie kupki jak jakiś robotnik azbestu w fabryce, podbijający tępo kartę zegarową o 9:00 i wychodzić o 17:00? Działam wtedy gdy jest to najbardziej efektywne. Gdy jestem zmęczony, odpoczywam, gdy mam ochotę popracować w niedzielę na laptopie, bo czekam na to aż pralka skończy pranie, to po prostu to robię. Nie zastanawiam się czy w niedzielę wypada pracować, czy nie. Jestem dzięki temu po prostu szczęśliwszy.

Czas to pieniądz - Za ciężką pracę nikt nie da Ci medalu - cz. 5

pfornalski

Bardzo się cieszę, że poprzednie cztery części serii „Za ciężką pracę nikt nie da Ci medalu znalazły tak spory odzew”. Miło wiedzieć, że opisane zmiany wprowadzone przeze mnie w swojej organizacji czasu, zainspirowały inne osoby. Pierwotnie seria miała liczyć tylko 3 części. Tym czasem napisałem już piątą, a w głowie powstaje już szósta. Czy będzie więcej? To zależy od pomysłów z komentarzy i e-maili.

Opisane w poprzednim poście zmiany pozwalają na wygospodarowanie energii na zmiany. Sama reorganizacja da Ci więcej energii, poczujesz się bardziej wolny. Jednak to nie jest jeszcze komplet. Do tego aby mieć sukces w wymiarze finansowym, mieć sprawnie działającą firmę lub być bardzo wydajnym pracownikiem. Samo siedzenie krócej w biurze może niektórym mylić się z wychodzeniem z przysłowiową syreną z firmy. To błąd. Dobra organizacja czasu, powoduje, że poświęcasz czas rzeczom ważnym. Wychodzenie na akord jest wtedy gdy wychodzisz o stałej godzinie, bez względu na to czy pomiędzy syrenami poświęciłeś czas na rzeczy istotne.

Pamiętaj, że dysponujesz ściśle określonym budżetem czasu. Jeżeli pracujesz 40h w tygodniu, to rocznie przepracowujesz 2160 godzin, a w ciągu 40 lat pracy tylko 86400 godzin. Każdy z nas potrafi w miarę szybko policzyć od 1 do 86400 aby uświadomić sobie jak jest to niewiele. A tylko tyle czasu poświęcisz w trakcie swojej kariery na pracę. Czas trzeba nauczyć się szanować, bo masz go ściśle określoną ilość. Można wydłużyć czas poprzez dbanie o zdrowie. Nie zwiększysz jednak ilości swojego czasu w tygodniu czy roku.

 

Czas jest zatem cenny. Tak jak każda cenna rzecz, może zostać zamieniony na pieniądze i częściowo możesz za pieniądze kupować czas. Nauczenie się stosowania dźwigni czasowo-pieniężnej pozwala budować imperia. Śmieszy mnie, kiedy ktoś dla przykładu nie zamawia IAI-Shop.com ponieważ abonament kosztuje 59zł na miesiąc, a np. Magento można mieć za darmo. Nie ważne, że w IAI-Shop.com ma więcej, nie musi się o nic martwić. Decyduje to, że nie musi płacić za inny program. Problem w tym, że Magento, OsCommerce czy inne programy nie są za darmo. Aby utrzymać je w sprawności trzeba poświęcić kupę czasu na ich uruchomienie i utrzymanie w sprawności. Jeżeli co miesiąc poświęcisz tylko 10h na aspekty techniczne, to swoją godzinę sprzedajesz za 5,90zł. A czy rzeczywiście poświęca się na nie 10h? Obstawiam, że więcej. Jeżeli zatrudniasz pracownika, aby wykonał Twoją pracę w tym czasie lub zatrudnisz go do kwestii technicznych to płacisz mu więcej, bo nikt za tyle nie będzie pracował. A więc taki szef wykonuje pracę taniej niż najbardziej szeregowy pracownik?

Za pieniądze można kupować czas, w przenośni oczywiście, bo można za niego kupić czas innych ludzi. Rozwiązanie tego typu ma swoje wady. Czas ludzi też jest ograniczony, a kupowanie czasu od zbyt wielu ludzi budzi dodatkowe problemy. Dlatego w pierwszej kolejności należy kupować możliwie najbardziej oszczędzające czas i zwiększające wydajność narzędzia. Zarówno dla siebie jak i dla pracowników. Osobiście ubolewam, że Polacy ciągle rzadko to rozumieją, a właśnie to jest jednym z powodów niskiej siły nabywczej naszych pensji. Moja lista rzeczy, które dla przykładu oszczędzają menedżerom czas:

Zmierzam do tego, że nie warto ganiać za oszczędnościami rzędu kilka czy kilkadziesiąt złotych, jeżeli do takiej oszczędności przyczynia się strata cennych godzin. Godziny te albo kupisz drożej zatrudniając pracownika, albo bezpowrotnie stracisz, nie poświęcając ich na cenną pracę najlepszego pracownika w Twojej firmie – Ciebie.

Jednym ze sposobów na wzrost firmy, jest delegowanie kolejnych obowiązków na pracowników lub outsourcing. Ty jako szef lub ambitny pracownik skup się tylko bardziej na wykonywaniu wyłącznie nowych czynności, pracy twórczej. Dzięki temu zyskasz pewność, że firma będzie się rozwijała. Konsekwencją będzie też wzrost ilości pracowników i ogólny rozwój firmy. Jeżeli zastosujesz dźwignię czasowo-pieniężną, wygenerujesz zysk przewyższający wielokrotnie możliwość zarobienia na posadzie. To daje dodatkową energię.

Oczywiście, jeżeli będziesz jednym z tych szefów, którzy wydelegują wszystko na pracowników po czym układają w zaciszu swojego przez cały dzień pasjansa, to operacja taka nie ma sensu, bo kupiłeś czas, tylko po to aby go zmarnować. Pamiętaj zatem, że musisz sprawę dobrze przepracować u siebie, aby z zapracowanego szefa nie stać się leniem.

Najważniejsze jest zatem podjęcie decyzji. Musisz zastanowić się, czy chcesz być zapracowany czy odnieść sukces? Jeżeli chcesz odnieść sukces to zacznij zdobywać czas i czas ten efektywnie wykorzystuj. Jeżeli będziesz nim umiejętnie gospodarował i wykonywał w większości wydajną pracę, skierowaną na efekty, to gwarantuję Ci sukces. Zarówno dotyczy się to pracy dla siebie jak i dla kogoś. Czas to pieniądz i tak na niego patrz, jeżeli chcesz mieć na raz czas i pieniądze.

Dyplom ukończenia studiów doktoranckich - Paweł Fornalski

Pamiętasz post "Nie bronię mojego doktoratu"? Odbił się wielkim echem w środowisku akademickim. Aby było jasnym, że studia ukończyłem, postanowiłem dodać swoje świadectwo ukończenia studiów.

Zmień sposób organizacji swojego dnia - Za ciężką pracę nikt nie da Ci medalu – cz. 4

pfornalski

Myślę, że interesujące może być spojrzenie na to, jak w praktyce ja sam organizuję sobie dzień pracy. Oto garść porad, dodająca bardziej konkretny wymiar do ostatniego postu na temat tego jak po prostu pracować krócej i robić tyle samo.

Każdego wieczora, przed pójściem spać z poziomu iPhone lub laptopa, przeglądam swoją listę todo oraz plan dnia. Ustalam przy tym godziny w których będę w biurze. Załóżmy, że będzie to od 10:00 do 18:00. Po znalezieniu się w biurze, skupiam się na realizacji zadań od najważniejszego do najmniej ważnego, nie na odwrót. Jest to bardzo ważna, jeżeli nie najważniejsza zmiana. Zanim wprowadziłem te zmiany, ciągle miałem poczucie, że z czymś ważnym nie zdążyłem. Dzięki tej zmianie czuję co najwyżej, że nie zdążyłem zrobić jakiejś pierdoły. Chociaż przyznaję, że to zajęło mi najwięcej czasu. Nie wiem czemu, ale odruchowo mam zawsze ochotę zrobić najpierw najłatwiejszą rzecz, żeby mieć ją już z głowy. Ale w ten sposób dopiero o 16:00 zaczynałem robić rzeczy istotne.

Kiedy przychodzi godzina 17:45 zaczynam po prostu zbierać się do wyjścia. Ostatni rzut oka na system ticketów, e-maile, RSSy. Wysyłam ostatnie e-maile i zapisuję to czego nie zdążyłem zrobić na ToDo list. Następnie o godzinie 18:00 po prostu wychodzę. Brzmi to kosmicznie? Dla mnie jeszcze 3 miesiące temu też tak to brzmiało.

Najważniejsza w tej metodzie, okazała się tak na prawdę zmiana świadomości. Musiałem zmienić w głowie pojęcie, za co „mi płacą”. Używając „płacą mi” mam na myśli również właścicieli i nieusuwalnych ludzi. Przecież, jeżeli ktoś poprowadzi Twoją firmę lepiej i taniej, to możesz się spakować i iść do domu i posadzić tę osobę na swoim krześle.

No więc najważniejszą zmianą jaka się dokonała jest właśnie zmiana myślenia, że praca po kilkanaście godzin dziennie świadczy o małej wydajności, sprawności, sprycie czyli inteligencji. Nie postrzegam siebie jako osoby mało inteligentnej, więc na dłuższą metę praca po godzinach wystawia raczej złe świadectwo niż dobre. Swoją energię zacząłem zatem kierować ku temu, aby tak jak w podanym w pierwszej części przykład z pracownikiem, pracując nad czymś, doprowadzić za kilka-kilkadziesiąt dni do tego, aby taki problem w ogóle nie występował lub praca zajmowała mi ułamek pierwotnego czasu.

Wygospodarowany czas zacząłem przeznaczać dla siebie: na sport, przyjemności, zadbanie o siebie, dla rodziny. Moje sprawy prywatne też na tym zyskały, bo dzięki uregulowaniu godzin pracy, zacząłem móc wykonywać zadania także z ToDo list prywatnej. Ale najważniejsze jest to, że już po około 2 tygodniach stosowania tej techniki, poczułem niesamowitą chęć zmian. Taką samą jaką się ma po urlopie. Ponieważ mam wolne wieczory, mogę czytać o najnowszych rozwiązaniach, artykuły innych ludzi. Wreszcie, zauważ, że miałem czas na napisanie czegoś na bloga, czyli czegoś co dawno nie robiłem, bo nie miałem na to już czasu. Jednym zdaniem, życie znowu zaczęło być pasjonujące.

Długo pracujący szefowie - Za ciężką pracę nie należy ci się medal – cz. 2

pfornalski

Kontynuując przedwczorajszy temat pracy po kilkanaście godzin dziennie, chciałem zająć się tymi, którzy kierują firmami, czyli ludźmi takimi jak ja. O ile syndrom pracy reaktywnej łatwo mi było zauważyć u pracowników, to ciężko było mi go zauważyć wśród osób kierownictwa.

U mnie ciężka praca była czymś, co uważałem że mnie uszlachetnia. Na pewno pomogło IAI w zostaniu potęgą w sprzedaży systemów dla sklepów internetowych. Natomiast u mnie oznaczało to pracę po 60-80 godzin tygodniowo i 7 dni urlopu raz na 2 lata. Jednym słowem masakra, a nie sukces.

Osoby z kierownictwa podzielmy na 3 grupy:

  1. Menedżerów od 9:00 do 17:00, skupiających się na skrupulatnym wypełnianiu „papierków”

  2. Menedżerowie, którzy pracują tyle ile trzeba w danym momencie, skupiając się pracy proaktywnej

  3. Menedżerowie, którzy siedzą całymi dniami w swoim biurze

Nie chcę się zajmować grupą pierwszą menedżerów, z uwagi na to, że lenie i figuranci, nie mieszczą się w ogóle w strefie mojego zainteresowania. Ja jestem typem menedżera rodzaju 3.

Na początek pytanie. Czy masz tak, że sprawy, które czekały po 2 lub 3 miesiące na załatwienie, nagle były załatwione w ostatnim tygodniu przed urlopem, bez żadnego trudu ku wielkiej radości. Zaryzykuję stwierdzenie, że w ostatnim tygodniu przed urlopem wykonujesz efektywnej pracy więcej niż w 3 tygodniach normalnej pracy. To spostrzeżenie sprawiło, że zacząłem problem dokładniej analizować.

Udało mi się wyczytać, że praca po kilkanaście godzin dziennie, zabija całą chęć do przeprowadzania zmian. To fakt, przynajmniej u mnie. Skupiam się wtedy na reagowaniu tylko na bieżące wydarzenia. Nawet mając dzień lub dwa wolnego, miałem wrażenie, że za chwilę znowu coś na mnie wyskoczy, więc lepiej posiedzieć i na to poczekać. Fakt jest jednak taki, że jeżeli jestem menedżerem typu 3 i nie wezmę się za zmiany, to problemy będą wyskakiwały na mnie stale. Jeżeli jeszcze firma rozwija się równie dynamicznie jak moja, wtedy problemy będą pojawiały się coraz częściej. Wtedy też odpowiedź może być tylko jedna, zostanę godzinę dłużej i to zrobię. A po miesiącu zostawania dłużej, znowu będziesz musiał zostać jeszcze godzinę dłużej. W ten sposób w ciągu paru lat, tak jak ja, zaczniesz pracować po 60-80 godzin tygodniowo, cały rok, bez urlopu.

Jednak nie po to jestem w firmie szefem. Jestem szefem po to, aby kierować czyli dokonywać zmian. Nie liczę na to, że bez Twojego przywództwa i dobrego prowadzenia firmy, pracownicy poprowadzą moją firmę ku lepszej przyszłości. Jeżeli tak by miało być, to ja pracowałbym w ich firmie. Dlatego jako szef, muszę mieć zawsze czas i energię do podjęcia nowego wyzwania. Tylko tak firma będzie stale liderem.

Za ciężką pracę nie należy ci się medal - problem długo pracujących pracowników

pfornalski

Startujesz ze start upem, pracujesz całe rano, dzień i w nocy. Mało śpisz i niedojadasz. Brzmi to całkiem naturalnie. Problem w tym, że o ile taka strategia jest konieczna do tego, żeby przedsięwzięcie wystartowało, o tyle kontynuowanie takiej tyry przez lata nie da wcale super efektów. Większość ludzi, ze mną włącznie, myśli, że ciężka praca, po kilkanaście godzin dziennie to coś czym powinni się szczycić. Fakt jest jednak taki, że za pracę po kilkanaście godzin nie należy się medal.

W pierwszej kolejności zauważyłem syndrom problemu u moich pracowników. Podzieliłem ich na 3 grupy:

  1. Ci, którzy pracują z zegarkiem w ręku, równo 8 godzin

  2. Pracownicy, którzy pracują raz więcej, raz mniej – zazwyczaj są bardzo efektywni

  3. Pracownicy, którzy pracują mnóstwo godzin, co niekoniecznie przekłada się na efekty

Pracowników z pierwszej grupy nie lubię i w tej chwili nie chcę zajmować nimi. Staram się ich również nie zatrudniać. Natomiast obserwacja drugiej i trzeciej grupy doprowadziła mnie do ciekawych przemyśleń. Której z nich należy się nagroda?

Grupa trzecia pracowników, to ludzie dobrzy, poczciwi, pracowici. Problem w tym, że zamiast dostrzegać pewne problemy i starać się im przeciwdziałać, pracownicy skupiają się na usuwaniu szkód. W razie problemu słyszę tekst „Przyjdę w sobotę i to nadrobię”. Tak jak by należał się za to medal. Fakt jest jednak taki, że jeżeli ma to miejsce ciągle, to zamiast pracować proaktywnie, działają reaktywnie.

Aby posłużyć się rzeczywistym przykładem, weźmy moduł integracji IAI-Shop.com z jednym systemem sprzedaży zewnętrznej, z którym zintegrowaliśmy system parę lat temu. Programista, który pisał ten moduł kwalifikował się do grupy 3. Skupiał się przez 2 lata na usuwaniu skutków wynikających z błędów w działaniu tego systemu. Doszło do tego, że pracował znacznie ponad normę godzinową, a klienci ciągle postrzegali naszą pracę jako słabą. Rozwiązaniem okazało się całkowite przedefiniowanie założeń i wykonanie systemu w sposób proaktywny. Praca przy tym module integracji z 8 godzin dziennie spadła do godziny, półtorej. Problem w tym, że to nie ten pracownik usprawnił, ale ja, definiując znacznie rozszerzony zakres zadań i wskazując mu jak ma to wszystko przebudować. Pomogło.

I docieramy do sedna. Czy za kilkanaście godzin pracy, należały się temu pracownikowi nagrody czy wyróżnienia, skoro tą samą pracę mógł wykonać w 1,5 godziny dziennie? Absolutnie nie. W efekcie bezmyślnej, wielogodzinnej pracy, firma ponosiła znacznie większe nakłady na jego wynagrodzenie, a oceny klientów były przeciętne. Dodatkowo człowiek ten stopniowo się wypalał, mając coraz mniejszą motywację do pracy.

Czy też masz takich pracowników? Co z nimi robisz? Wynagradzasz ich ponad tych, którzy pracują mądrze i mieszczą się w 8 godzinach pracy?

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci