Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

Wpisy otagowane : startupy

Czym jest firma, czyli reputacja przede wszystkim

pfornalski

Pamiętam wykład na swoich studiach z Ekonomii prof. Flejterskiego. Mówił bardzo ciekawie o początkach przedsiębiorczości i objaśniał od czego pochodzi słowo „firma”. Według Słownika Języka Polskiego PWN jedno ze znaczeń to „firma – o osobie mającej dobrą opinię”. Firma w dawnych czasach to była po prostu osoba i jej nazwisko. Firmy nazywano nazwiskami wspólników. Dzisiaj kryje się nazwiska wprowadzając wymyślne, nic nie mówiące nazwy, więc mało kto pamięta o starych regułach. Mnie wychowano w duchu powiedzenia, że ma się tylko jedno nazwisko czyli jedną firmę z którym będę żył do końca życia i wszystko co robię to dbanie o reputację tej firmy.

Dlatego ja zawsze patrzę na nazwiska osób stojących za projektami. Kolejne nic nie mówiące nazwy i dopisek sp. z o.o. są świetnym sposobem na ukrycie braku kręgosłupa moralnego czy chęci szybkiego zarobku w której ryzyko niepowodzenia przerzucone jest na wierzycieli. Na rynku e-commerce funkcjonuję już prawie 12 lat. To szmat czasu i muszę powiedzieć, że nazwiska powtarzają się w kolejnych projektach. Mam wielki ubaw, gdy np. współpracujemy z firmą X i firma ta jest niesolidna, nie wywiązuje się ze swoich obowiązków partnera IAI lub naciąga swoich klientów. Koniec końców współpraca ustaje, najczęściej firma znika i po kilkunastu miesiącach, przy okazji zgłoszenia propozycji od nowego partnera okazuje się, że stoją za nią częściowo lub całościowo ludzie z firmy X. Gdy wyjaśniam im, że nie będziemy współpracowali, ponieważ firma X nie była solidna słyszę „Ale my jesteśmy firmą Y, tamto to było zupełnie co innego”. I zastanówmy się, czy rzeczywiście firma X i firma Y, gdy nawet tylko 50% zarządu firmy X jest w firmie Y, jest czymś zupełnie nowym? Dla mnie nie. Zmieniają się nazwy, ale nie firmy (czyli ludzie). Jednym ze sposobów sprawdzenia kto stoi za daną spółką jest darmowy wgląd w KRS (np. Na www.krs-online.com.pl). Zapewniam, że warto to robić, bo jak napisałem część ludzi od 10 lat zmieniło zakładało i zamykało kilkukrotnie spółki.

Gdy liczą się tylko super nowe i gorące startupy warto sprawdzić, czy ludzie którzy je tworzą rozliczyli się wystarczająco należycie z poprzednimi klientami czy dostawcami. Jeżeli nie, unikaj ich jak ognia. A teraz 2 przykłady pokazujące pozytywnego bohatera i negatywnego:

Pozytywny bohater

Moim pozytywnym bohaterem będzie Marcin Balawejder. Dawno temu stał on za spółką MBBC sp. z o.o. i sklepem www.ulubiony.pl. Sklep ten zbankrutował nie realizując ostatnich zamówień swoich klientów. Zamiast założyć nową spółkę i ukryć się za fasadą nowego numeru KRS, postanowił otworzyć po paru latach sklep ponownie pod poprzednią domeną, a starych klientów wierzycieli spłacić na przestrzeni czasu robiąc z tego świetną reklamę nowego sklepu. Więcej o tej akcji można przeczytać na http://balawejder.com/index.php/2010/05/coming-out-w-e-commerce Czyli Marcin zdobył się na coś, na co decyduje się niewielu. Zamiast zacząć od zera w nowej spółce, gdy firma znalazła się na minusie, postanowił wystartować od minusa w nowej firmie tylko po to, aby odzyskać wiarygodność. Ile mu z tego wyjdzie, czas pokaże. Na pewno szybkość spłaty uzależniona jest od wielkości przychodów, które trudno prognozować. Ważniejsze są jednak chęci i nazwanie rzeczy po imieniu. To właśnie takich inicjatyw potrzeba więcej aby polski kapitalizm dorównał temu w Niemczech czy Wielkiej Brytanii.

Negatywny bohater

Nie wszyscy dbają o swoją firmę w rozumienia reputacji nazwiska tak jak Marcin. Negatywnym bohaterem będzie niestety mój konkurent – Robert Janeczek i jego podwładni w składzie Ciunelis Marcin, Felski Michał Szymon, Grzona Paweł Marcin. Dosłownie 4 tygodnie temu świat platform sklepów internetowych zelektryzowała informacja o upadku całkiem licznej pod względem ilości sklepów internetowych platformy e-Trade Pro. Otóż jak wynika z moich ustaleń, 2 lata temu zaczęto oferować polskim klientom platformę SaaS od razu o ogromnych możliwościach pod marką e-Trade Pro. Ponieważ na rynku funkcjonowało już parę podmiotów zdecydowano się na przyciągnięcie klientów bardzo niskimi opłatami, czyli brakiem opłat instalacyjnych, naliczając jedynie prowizję. Klienci skuszeni niskimi kosztami licznie zamawiali sklepy dla siebie. Patrząc na liczby, całkiem sporo ludzi uwierzyło, że na rynku IT są cuda i ktoś może dać im rozbudowany system za darmo. 2 lata później, czyli pod koniec października 2011r. fenomen zostaje wyjaśniony – firma zamyka swoją platformę i informuje o tym klientów e-mailem. Sklepy internetowe na e-Trade Pro otrzymują 2 miesiące na wyniesienie się gdziekolwiek indziej. Na odchodne otrzymają zrzut swoich danych. Do tego przypomniano im, że muszą się spieszyć, bo nowy rok firma G Forces Web Management sp. z o.o. przywita wyłączeniem platformy i nie ma od tego możliwości odstępstwa, gdyż jak poinformowano na forum, od paru miesięcy trwały negocjacje z brytyjskim licencjodawcą platformy które zakończyły się fiaskiem. Czyli jednak wygrała klasyczna teoria ekonomii z innego wykładu prof. Flejterskiego - „Nie ma darmowych obiadów”. Szczegółów powodu nie przedłużenia 2-letniej licencji nie znam, ale nie trudno się domyślać, że prawdopodobnie rozczarowały przychody. Bardziej bulwersuje mnie jednak granie do końca pokerową twarzą. Firma o niczym nie informowała i jeszcze kilka dni po ogłoszeniu zamknięcia, przyjmowane były zamówienia na nowe sklepy. W zasadzie o zamknięciu platformy poinformowano e-mailem który sprzedawcy mieli traktować jako wypowiedzenie. Najbardziej bulwersujące jest to, że statek tonął od dawna, a orkiestra grała w najlepsze aż do momentu gdy stało się konieczne powiedzenie rozbawionej załodze, że za 2 miesiące wylądują w lodowatej wodzie zostawieni samym sobie.

A teraz najlepsze, czy 4-osobowy zarząd G Forces Web Management sp. z o.o. odszedł na kuroniówkę? Nic bardziej mylnego, porównaj 2 poniższe wyciągi z KRS. Jeden to G Forces Web Management sp. z o.o., drugi to Zubibu sp. z o.o. (tak, to Ci sami od postów o Zubibonach – patrz cz. 1 i cz. 2). A teraz zabawmy się w zabawę z testów na inteligencję. Znajdź różnicę pomiędzy 2 obrazkami. Jedna to nazwa i nr KRS. Ktoś widzi więcej? Czyli tak na prawdę firma się nie zmieniła, zmienił się tylko prawny numerek przyporządkowany do nowej nazwy. I teraz Zubibu jest nowym pomysłem na przyciągnięcie klientów na sklep mobilny.


Wyciąg z KRS G Forces Web Management Polska sp. z o.o. 

KRS Zubibu sp. z o.o.

 

Puenta

Nie wiem który z tych bohaterów lepiej wyjdzie finansowo za 10 lat. Możliwe nawet, że negatywni bohaterowie. Jednak jako potencjalny klient czy partner technologiczny, zdecydowanie bardziej wolę pracować czy kupować od tego, dla kogo jego firma to coś więcej niż numer KRS. Zachęcam do patrzenia pod stół: czytania KRS, czytania bilansów, sprawdzanie wielkości i sposobu opłacenia kapitału zakładowego spółki. I najważniejsze, nie tolerujmy mydlenia nam oczu. Jeżeli ktoś oszukał nas jeden raz, zrobi to więcej razy albo gdy będzie miał okazję, albo gdy okoliczności go do tego zmuszą.

Dla tych, którzy tworzą swoje spółki startupy warto wziąć pod uwagę planując strategię jedno pytanie – czy jeżeli mógłbyś w swoim życiu założyć tylko jedną spółkę i ponosił byś do końca życia odpowiedzialność za swoje decyzje, bez możliwości ogłoszenia bankructwa, to czy postępowałbyś w ten sam sposób?

Bonus track

Pisząc artykuł, poprosiłem Marcina Balawejdera o komentarz dlaczego zdecydował się na trudną drogę do odzyskania reputacji. Oto co mi napisał:

Budowanie wizerunku to element strategii zarabiania pieniędzy lub personalnie zdobywanie szacunku i uznania w środowisku. I wcale nie jest powiedziane, że musi to być "ładny" wizerunek czego przykładem mogą być bloger Kominek, Michael O'Leary, Jarosław Kaczyński, Jon Lajoie, Dorota Rabczewska czy Silvio Berlusconi. To prawda, że w dobie internetu nie da się ukryć swojej historii, ale jest też przysłowie, które mówi, że psy szczekają, karawana idzie dalej. Politycy są przykładem na to, że można napluć komuś do zupy, a ten i tak na niego zagłosuje ponownie. Ludzie wybaczają, zapominają, nadstawiają drugi policzek - nie uczą się na własnych błędach. Czy Zygmunt Solorz mniej zarabia przez to, że Bank Staropolski upadł? Ja osobiście nie mam aż tak silnej potrzeby uznania i budowania wartości nazwiska - nie jest mi to potrzebne do realizacji moich osobistych marzeń i celów. Nie muszę więc kłamać, budować wizerunku, udawać i zmuszać się do zachowań nienaturalnych, które zaleca każda książka o budowaniu marki osobistej. To dotyczy każdego i może warto się zastanowić czy opłaca się dla określonych korzyści mieć dwie osobowości? Moją intencją w sklepie prowadzonym przez MBBC nie jest odbudowanie wizerunku nazwiska, ponieważ nie jest mi to potrzebne do pływania jachtem po różnych atolach do końca życia. Ja to traktuje jako wyzwanie, trudny projekt, którym jest postawienie na nogi firmy, która ma minus 600.000 PLN i 32.000 klientów i obowiązek zadośćuczynienia. Bo chociaż prawo stanowi inaczej firma, której byłem wiceprezesem ma coś co się należy poszkodowanym klientom. Nie wiem ile to jeszcze potrwa, bo aktualnie mam szach-mata od komorników, ale mam taki komfort, że mogę zmieniać szachownice.

To nie wielkość a przyśpieszenie czyni spółkę seksowną

pfornalski

Logo Deloitte Technology Fast50Za 2 dni jadę do Warszawy na uroczystą galę wręczenia nagród Delloite Technology Fast50 Central Europe. Jeszcze nie wiem które dokładnie miejsce zajęła IAI S.A., bo miejsca są trzymane do ostatniej chwili w tajemnicy. Po cichu liczę na pierwszą dwudziestkę, a byłbym wniebowzięty gdybyśmy uplasowali się w okolicy pierwszej dziesiątki. Ranking Fast50 różni się od innych tego rodzaju, przede wszystkim obiektywnością. Nie ma tu jury, które ocenia pomysły czy wpływ na lokalną gospodarkę. Do tej pory IAI zdobywała nagrody tj. Usługa roku 2010 przyznana przez Marszałka Województwa zachodniopomorskiego, czy Najlepsza mała firma w 2010 przyznana przez Prezydenta Miasta Szczecin. Póki co nie dostawaliśmy nagród ogólnokrajowych, bo jakoś nie znajdowaliśmy odpowiedniej dla nas formuły konkursu, a startupem już chyba nie jesteśmy. Stąd Fast50 był pierwszym konkursem, w którym udało nam się nie tylko wygrać z wieloma polskimi firmami, ale również z całej europy wschodniej i centralnej.

W rankingu Deloitte Fast50 ocenia się przyśpieszenie firmy. Przyśpieszenie to jest to co nas podnieca. Kupujemy samochody z turbinami i dużymi silnikami aby czuć ten dreszcz przyśpieszenia. To właśnie przyśpieszenie powoduje, że zarządzanie jakąś firmą jest podniecające. Nie jest ważna wielkość firmy, tylko właśnie jej przyśpieszenie. Zdecydowanie wolę kierowanie IAI niż np. kierowanie PKP, mimo że PKP jest większe. Jednak nie przyśpiesza. Parametrem przyśpieszenia jest procentowy wzrost przychodów, liczony w okresie 5 lat. I wiadomo, że łatwo jest zrobić 100 krotny wzrost jeżeli firma w pierwszym roku ma przychody 1000zł, a po pięciu 100 000zł. Dlatego bottom line to 50 000€.

Wbrew pozorom przedstawiona formuła konkursu jest bardzo prosta, ale w tym przypadku skuteczność leży w prostocie. Po pierwsze eliminuje spółki krótkookresowe. 5 lat to dużo aby zobaczyć czy pierwotny pomysł i kapitał przetrwa próbę czasu. Pamiętaj, że większość zakładanych firm, nie przeżywa 5 lat. Po drugie już pierwszy rok branego pod uwagę okresu musi mieć przychody na poziomie 200 000zł, czyli więcej niż ma większość startupów w Polsce. Formuła sprawdza się tak dobrze, że tegoroczna edycja była już 11-tą z rzędu.

Ile przyśpieszyło IAI? Soczyste 1100%. Całkiem imponujący wynik, prawda? Wypada powiedzieć, że tak. Mnie on jednak nie satysfakcjonuje. Pamiętasz mój post o metodzie rośnięcia 2 razy w ciągu roku? Jeżeli udało by się wypełnić mój plan wzrost wynosiłby 2*2*2*2*2 czyli 32 razy. Jak więc widać, plan udało się zrealizować raptem w 40%. Gdybyśmy urośli 32 razy to prawdopodobnie miejsce na pudle mielibyśmy zagwarantowane. Potwierdza to, że nie należy skupiać się na gigantycznym wzroście w trakcie 2 lat, a potem stagnacji i reperacji. Tak rósł m.in. MySpace. Wszyscy wiemy jak skończył. Polecam rośnięcie 2 razy w każdym roku. Ja nadal trzymam się tej metody i polecam ją wszystkim.

p.s. Na koniec dodam, że mimo przyznania Fast50 pseudo fachowe wydawnictwo jakim jest Internet Standard, nie uwzględniło IAI w najnowszym raporcie na temat e-commerce w Polsce. Może dlatego, że większości spółek w tym rapocie wróżono z fusów na temat ich przychodów i zysków, podczas gdy w przypadku IAI wystarczyło sięgnąć do audytowanego raportu rocznego. To może jednak przerastać wiedzę dziennikarzy tej gazety. Wspominam o tym, bo zapewne IAI to nie jedyna pominięta firma. Więc gdyby ktoś chciał się kierować takimi raportami to zalecam dużą ostrożność i start w rzeczywiście prestiżowym i transparentnym konkursie. Polecam więc patrzenie, kto wygrywa w prawdziwych i prestiżowych konkursach.

Nie znasz gwiazd ze swojej branży? Nie szkodzi.

pfornalski

Wiadomo, że czytanie wiadomości ze swojej branży jest ambitniejsze niż zaglądanie do szklanego okienka co słychać u Złotopolskich. Jednak tak na prawdę liczy się to co zrobi się dla swoich klientów lub użytkowników. Jakie problemy rozwiąże produkt i w efekcie ile ludzie ci za niego zapłacą. Myślenie, że klepanie po ramieniu i nawet przyznawane przez grono ekspertów nagrody niewiele pomogą, jeżeli żaden klient nie kupi twojego produktu. Branża startupów pod tym względem zaczyna przypominać sztukę: krytycy recenzują spektakl lub film w kinie pisząc dobrze lub źle. Część ludzi głęboko siedzących w sztuce bierze to sobie do serca. A tym czasem zupełnie nieskorelowana z oceną krytyków jest ilość sprzedanych biletów na poszczególne przedstawienia lub filmy. Podobnie jest z produktami. Możesz mieć fatalny w ocenie ekspertów produkt, system, stronę itd. a jeżeli ona sprzedaje to odnosisz sukces. Jeżeli nie sprzedaje, to nawet po otrzymaniu setek nagród jesteś w ciemnej ... piwnicy. Dlatego m.in. od stycznia, zgodnie z moim zeszłorocznym postanowieniem po ostatnim wystąpieniu na Auli, nie możecie mnie spotkać na barcampach, startup-sabatach czy innych wydarzeniach, które nie przyczyniają się do zwiększenia sprzeaży. Poza jednym wystąpieniem w ramach Global Startup Challenge, w którym obiecałem wystąpić jeszcze w 2010r. nie zgadzam się na żadne wystąpienia, chyba że są to płatne prelekcje, wygłaszane tylko i wyłącznie dla zarobku. Nie pompując mojej próżności wystąpieniami dla ludzi, którzy z racji tego, że są na początku drogi osiągnęli mniej, mam 100% energii dla mojego biznesu. W efekcie jestem bardziej wypoczęty a IAI ma lepsze wyniki niż kiedykolwiek wcześniej. Pieniądze lubią spokój, a ja polubiłem i pieniądze i spokój. Innym też to radzę.

Moją wielką słabością i wadą jest to, że nie pamiętam nazwisk, imion i często oprócz tego, że po twarzy poznaję kogoś, że go znam, nie bardzo potrafię przyporządkować go do konkretnego stanowiska, firmy czy tego co robi. Dlatego tym bardziej kłopotliwe są dla mnie tzw. rozmowy kuluarowe w których plotkuje się co ten i tamten człowiek osiągnął, zrobił, jaki projekt stworzył itp. Szczególnie słabo kojarzę co się w świecie startupów dzieje w kwestii niezwiązanej z moją branżą, czyli sklepów internetowych. Po części jest to spowodowane moją osobową dysleksją, a częściowo przez to, że mam zasadę, iż naśladując lub żyjąc życiem innych dojdę tylko tak daleko jak osoby, które naśladuję. A zawsze chciałem zajść dalej.

Ostatnio zastanawiałem się nad tym, że nowe pokolenie startupowców tak wiele czasu spędza na różnego rodzaju konferencjach, zjazdach itp. Zaczyna to wręcz przypominać zjazdy ludzi od network marketingu na których wzajemnie się napędzają i indoktrynują. Zaczynają żyć swoim życiem, oderwanym od rynku i rzeczywistych potrzeb klientów. Paradoksalnie co raz pojawia się informacja prasowa o kimś kto odniósł rzeczywiście wielki sukces, jednak nie widzę aby byli to ludzie ze środowisk startupowych Przecież każdy z przedsiębiorców ma swój własny biznes. Biznes to taka dziedzina w której konkurencja jest wpisana w fundamenty operowania. Współpraca jest kluczem do sukcesu, jednak czy spędzanie długich godzin na kolejnych startup-sabatach czy śledzenie plotek ze świata e-commerce rzeczywiście przybliża do osiągnięcia sukcesu? Czy Mark Zuckeberg chodził na spotkania dla startupowców? Zamiast to robić, skupiał się wyłącznie na swoim zadaniu, względnie pozyskiwaniu bezpośrednio pieniędzy na kolejne etapy rozwoju swojego projektu. A inwestorzy oferują mu coraz wyższe wyceny tylko i wyłącznie ze względu na to, że Facebook.com pokochało tak wielu ludzi.

Niedocenieni zdobywcy trofeów - o tyraniu wbrew sobie i innym słów kilka

pfornalski

W ramach noworocznej podróży wewnątrz samego siebie, pociągnę temat wczoraj ledwie liźnięty. Dla ludzi, którzy są dopiero na etapie studiów i barcampów na których nakręcają się na pracę po 12h/365d w swoich start-upach może to być niewygodne i nie oczekuję, że zrozumieją.  Ja sam tego kilka lat temu nie ogarniałem. A może jednak, gdyby tylko ktoś mi to to odpowiednio powiedział ... A szkoda.

Owszem, ludzie mówili mi „Po co tyle pracujesz”, „Do grobu tego nie zabierzesz”, „Odpocznij sobie, po co się tak zapracowujesz”. Z drugiej strony rodzice, znajomi, kolejne fantastyczne historie przeczytane na blogach nakręcają do pracy. Sukces to bowiem straszna rzecz, jeżeli przytrafi się innemu facetowi. To nie jest tylko mój problem. To się dzieje jak świat szeroki. Przeczytaj sobie o milionerach w dolinie krzemowej, którzy czują się biedni. W imię czego tyramy w naszych start-upach? A no spójrzmy prawdzie w oczy - w imię odwiecznego wyścigu pt. „kto ma większego ...”.

Czy kolejne zarobione 100 tys. czy milion na czysto zmieni aż tak styl twojego życia? Bzdura! Zanim rozpocząłem budowę mojego domu w który włożyłem górę pieniędzy, do ukończenia brakowało mi mniej niż teraz, kiedy dom jest prawie gotowy. Absurd? Ani trochę. Im więcej zarabiam, tym więcej wydaję. Na początku szukałem oszczędności, gdzie popadnie, teraz szukam jakości, a jeszcze ciągle przede mną kupowanie luksusu typu drogie obrazy. Jest więc przestrzeń do dalszego tyrania.

I faceci na całym świecie, styrani po pracy przychodzą do domu niczym Viking wracający z łupieży, zalany krwią ofiar i wycieńczony z trofeami. Wszyscy dookoła mają to zauważyć i dać mu order. I owszem, na początku wszystko idzie świetnie, dostaje złote kalesony i ordery z ziemniaka, ale wkrótce trofea przestają już cieszyć. Czas ruszyć po większe. A na nie trzeba jeszcze ciężej pracować, zamordować jeszcze więcej ofiar. A co dzieje się w chatce owego Vikinga? Jego kobieta obwieszona złotem przestaje zwracać uwagę na kolejne wisiorki. I tutaj zaczyna się ten kluczowy moment, kiedy powinieneś walnąć się Twoim toporem w łeb i zastanowić co dalej robisz? Dalsze zdobycze nie mają żadnego sensu. Nikogo już nie ucieszą, a frustracja z braku pochwał i z drugiej strony z braku zrozumienia do tego, że nie potrzeba kolejnego wisiorka, ale męża i ojca zaczyna przybierać na sile. Koniec końców, pary się rozwodzą, rozchodzą lub co gorsza są ze sobą i powoli nienawidzą, zdradzają i żyją obok, ale osobno. Trudno nazwać coś takiego sukcesem.

Dlatego zawsze warto się zastanowić, czy rzeczywiście trzeba mieć nowy samochód co 2 lata, czy może wystarczy co 4? A może zamiast budować dom na 300m, wystarczy 200? Czy rzeczywiście potrzebujesz kolejnego iGadżetu, który teraz zamiast LCD ma OLED, kolejnego drogiego krawata, czy super-drogich gaci? Przecież dzięki zaoszczędzonym pieniądzom można dostanie żyć ze swoją rodziną i nadal cieszyć się tak jak na początku. A jeżeli zabraknie pieniędzy, bo pojawią się realne potrzeby to przynajmniej będziesz czuł, że pracujesz w imię czegoś i po coś. Kolejne tysiące gromadzone na koncie nie mają żadnego użytecznego sensu. Jeżeli tego nie zrozumiesz, to pewnego dnia znajdziesz się sam w swoim wielkim pałacu, ze wszystkimi trofeami i w ogóle nie będą Cię one cieszyły.

Ważny w tym wszystkim jest też czas. Kiedy poznałem parę lat temu pewnego faceta, który miał wypasionego Mercedesa E-Klasse, ja miałem C-Klasse, która wcześniej napawała mnie dumą. Od kiedy pojeździłem 2 dni jego samochodem, mój wydał mi się tylko tandetą. I pamiętam jego komentarz. Powiedział „W twoim wieku nie miałem nawet takiego jak ty masz”. I facet życiowo był na pewno mądrzejszy, bo był po 60-tce, a ja miałem 20-parę lat. Czy warto gonić za gadżetami już teraz, tutaj, natychmiast?! Zakupy internetowe, zupki w proszku i magiczne telewizyjne przemiany domu i kur domowych w modelki, przyzwyczaiły nas do tego, że musimy wszystko dostać tu i teraz, maksymalnie w 10 odcinków. Dzisiaj w Twoim garażu ląduje C-Klasse, a już po miesiącu nie cieszy cię, tak jak Twój poprzedni Fiat i chcesz E-Klasse. Jak ją już kupisz, to chcesz S-Klasse itd. Ani się obejrzysz, jak zarobiony milion też nie będzie cię cieszył, podobnie jak następnych 100, a Twoja frustracja narośnie do tego stopnia, że staniesz się aroganckim dupkiem, którego nic już nie będzie cieszyło, a brak cieszenia się u innych będzie odbierał jako potwarz i powód do obwiniania ich za brak realizacji kolejnych wydumanych celów.

Wytrzyj wąsy z mleka zanim zaczniesz swoją firmę

pfornalski

Start-upowe szaleństwo ponownie ożyło. Po zeszłorocznej gorączce złota było kilka miesięcy spokoju. Teraz zaczęła się ponowna mania. Dzisiaj nie będę jednak pisał o tym, że warto otworzyć swój start-up lub o tym, że ktoś jeszcze organizuje jakieś szkolenia. Media branżowe ociekają wręcz informacjami w tej sprawie. Mój stosunek do badziewnych start-upów wyraziłem w poprzednim poście w tej sprawie czyli „5-10-15 - ile badziewnych startupów jeszcze potrzeba?”. Słodzenie jest dobre przy produkcji dżemu, ale panom od budowania swoich firm należy się porządny zimny prysznic.

Co mnie zainspirowało do napisania tego posta? Lektura innego bloga, niejakiego Kacpra Wierzbickiego i jego ostatniego posta „StartupSchool 2010 – Porażka! Sprawozdanie.”. Gdyby post miał zaraz po jego krytyce zniknąć wybrałem najciekawsze cytaty:

(...) Po dotarciu do biura czekała mnie ogromna kolejka. Na rekrutacji do StartupSchool 2010 podczas całego dnia stawiło się ok. 60 osób z czego wybrana miała zostać tylko 20. Po dłuższej chwili oczekiwania wszedłem do pokoju, w którym siedział Rafał Agnieszczak oraz dwie inne osoby. Przedstawiłem się i rozpocząłem opowiadać o swoim pomyśle. Po chwili przerwał mi Rafał i dał do zrozumienia, że pomysł ich nie interesuje – “… pomysł to rzecz wtórna“. Następnie wypytał o umiejętności oraz doświadczenie. Na tym się skończyła rozmowa. Powiem szczerze, że bardzo mnie to zdziwiło. (...)

(...) Fakt, że trzeba wstawać z rana ponad dwie godziny wcześniej tylko po to, żeby najpierw dostać się do łazienki a następnie przejechać kawał drogi do biura StartupSchool nikomu nie odpowiadał. Wiele osób było zbulwersowanych takimi warunkami także postanowiliśmy negocjować zanim podpiszemy jakąkolwiek umowę z Kreativ sp. z o. o. Drugim ważnym problemem było to, że Rafał Agnieszczak mocno ingerował w nasze pomysły. (...)

We wspomnianym poście jest nawet zdjęcie, że trzeba było trzymać ubrania w pudełkach z Ikei.

Panowie od start-upów – „żenua”. Wytrzyjcie sobie wąsy z mleka, zanim wyrosną Wam prawdziwe Czy Wy myślicie, że świat biznesu to szkolenie unijne o „dupie Maryny” przygotowane za 100 tysięcy złotych przez sztab 10 osób przez pół roku? Weźcie poczytajcie sobie historię polskich i amerykańskich start-upów. Żeby daleko nie szukać, przeczytajcie o pierwszych dniach mojej firmy (patrz „Startup.com - cz.1 - nie musisz mieć nic poza wolą” jak i kolejne części. Czy mi ktoś dał cokolwiek innego? Zero prezentów i jestem za to wdzięczny losowi, bo miałem siłę, ambicję i nauczyłem się zarabiać sam na siebie. Dzięki temu nic nie jest w stanie mnie złamać.

Jeżeli chcecie funkcjonować w świecie biznesu, to weźcie po prostu dorośnijcie. Nikt w normalnej ekonomii nie daje nic za darmo. Mamy teraz chore czasy w których udaje się stosować ueconomy, ale to szybko się skończy, zresztą zapraszam do obejrzenia najnowszego odcinka właśnie Startup School, czyli wywiad z Łukaszem Misiukanisem który moim zdaniem świetnie opowiada o zagrożeniach jakie to wszystko niesie.

Dla mnie największym zagrożeniem jakie widzę dla polskich start-upów jest syndrom maminsynka. Wychuchany synuś mamusi, nie ma w ogóle własnej odporności i konfrontacja z otoczeniem kończy się zawsze brutalnie. Może tak piszę, bo w dzieciństwie miałem szczęście wychowywać się na blokowisku, gdzie otoczenie uczyło tylko w jeden sposób – fanga w nos i jak poskarżysz się mamie, to dostaniesz jeszcze raz. Oczywiście, można takie dziecko przechować aż do czasu wyrośnięcia na dorosłego faceta. Tylko wiemy wszyscy jak tacy ludzie kończą. Czy chcesz aby Twoja firma skończyła tak samo? Nie, to umyj nos z krwi i zacznij się dogadywać z dużymi chłopakami z podwórka, to może następnym razem obronią Cię przed rówieśnikami.

Zdradzę przy tym, że dostałem zaproszenie od Agory do zostania mentorem w ich własnej edycji odpowiednika StartupSchool. Odmówiłem. Dlaczego? Bo dla mnie oznaczało by to w październiku wyjechanie na 2 dni z domu i siedzenie z lalusiami i motywowanie ich do tego, żeby zrobili swoją własną firmę. Do tego w ramach dobroczynności musiałbym będąc przez te 2 dni poza domem, opłacić przejazd i zakwaterowanie. Sorry panowie, ale ja jestem z tej starej szkoły samurajów, gdzie uczeń płacił mistrzowi i nic za darmo nie było. Nie chodzi tu o śmieszne koszty jakie bym poniósł, ale o zasadę. Wy chyba jesteście z tej nowej szkoły samurajów, co to siedzą w sztucznym dojo i płaczą bo im się odcisk zrobił. A teraz wyobraźcie sobie który samuraj zostałby z mieczem, a który bez głowy? Powodzenia.

p.s. Wszystkich tych, którzy spodziewali się nieco bardziej uprzejmego stylu, informuję, uprzejmie przepraszając, że takiego stylu na ten tydzień nie dostarczono z uwagi na upały. Dostawa stylu uprzejmego przewidywana jest na kolejny tydzień i wtedy też ukażą się posty również przeznaczone dla dzieci.

5-10-15 - ile badziewnych startupów jeszcze potrzeba?

pfornalski

Większość osób, nie znających historii rynku IT nie wie, że wprowadzony w styczniu 1984r. Słynny komputer Macintosh wcale nie był sukcesem firmy Apple. Przez parę następnych lat firma żyła głównie ze sprzedaży Apple II swojego starszego komputera, a komputery takie jak Comodore były dużo większym sukcesem rynkowym. Czego zabrakło po szumnym przedstawieniu Macintosha? Zabrakło tzw. Follow-up, lub jak nazywa to Guy Kawasaki – zabrakło „churn” (ang., termin Guy'a Kawasaki).

Potwierdza to lektura wielu książek które przeczytałem o historiach firm. Zwłaszcza dwie: Revolution in The Valley Andy Hertzfeld, Rules For Revolutionaries Guy Kawasaki. Jest to dwóch insiderów Apple. Prawda jest taka, że kilkunastoosobowy zespół tworzący Macintosha wykonał nadludzką, genialną i zadziwiającą pracę. Prawda jest jednak również taka, że po premierze wszyscy oni byli tak wypaleni i chcieli odpocząć i w efekcie zabrakło energii na poprawienie wszystkiego tego co trzeba było ulepszyć i poprawić. Potrzebne były kolejne 2 lata pracy nad nową wersją. Tego zabrakło i Apple o mało nie zbankrutował. Tak, tak, wspaniały Apple miał być kupiony przez Oracle za grosze w latach 90-tych. Jeżeli ktoś nie wierzy, polecam książkę On The Firing Line Gill Amelio.

Bez dwóch zdań na nogi postawił Apple Steve Jobs, który wrócił do niego w 1997r. Mamy rok 2010 i Apple ostatnio czytałem że Apple jest już większą firmą niż Microsoft. Ile zajęło Jobsowi postawienie na nowi wielkiej, znanej firmy z historią i klientami, będącej spółką publiczną i pupilką amerykańskich władz? Bez mała 10 lat. Tyle trzeba często aby osiągnąć coś stabilnego i udowodnić sobie i inwestorom, że pomysł ma sens. Tyle czasu kontynuowano konsekwentne poprawianie linii produktowej.

Jak to się ma do polskiego podwórka? Otóż co chwila słyszę o Start-up Jam, Start-up Chalange. Na barcampach, seedcampach i crap-campach ciągle mówi się o kolejnych start-upach tych samych ludzi. Wypada wiedzieć co X teraz założył, albo co Y teraz współtworzy. Za to Z od 9:00 do 11:00 pracuje w Abla, by od 12:00 do 14:00 pracować w Babla i wieczorkiem jeszcze dłubać przy Chabla, będąc w międzyczasie konsultantem w Dubli. Światek blogów i start-upów zaczął żyć swoim życiem, oderwanym moim zdaniem od rynku. Jest rynkiem dla samego siebie, a to nie wróży zrobieniem na prawdę użytecznych rzeczy. Powstał nowy gatunek człowieka – Startauphapiens i UEconomy. Startuphapiens żywi się kolejnymi startupami, niusikami, bankiecikami i informacjami o newsikach. Ma już nawet Magazyn START UP. Żeby zwiększyć szansę przetrwania w ewolucji czyli szansę na dotację zakłada się 5, 10 i 15 start-upów jednocześnie. Ciekawe czy przy 20 dają zniżkę w KRS i ekstra kupon na 2 ZUSy? A przecież w ten sposób przypomina to loterię w której skreśla się 20 losów w nadziei, że jeden z nich wyjdzie. Rzadko się jednak zdarza, że za pierwszym razem strzela się w dziesiątkę. Dowodzą tego opisane w książce Founders At Work historie (patrz post „Recenzja książki Founders at work).

Taka sama historia jak np. PayPal dotyczy IAI którą kieruję. Zaczęliśmy od Hip-Hop.pl, wydawaliśmy papierową gazetę (patrz „O macierzy BCG słów kilka, czyli jak ubiłem gazetę Hip-Hop.pl”), zrobiliśmy 4 inne serwisy społecznościowe i w których wydawało nam się, że leży przyszłość firmy, aby ostatecznie to biznes, który był efektem ubocznym reklamy stał się biznesem nr 1. Czy zakładając kolejne start-upy wstrzelilibyśmy się w prawdziwe rozwiązania chmurowe, to co parę lat później nazwano SaaS i obwieszczono przyszłością informatyki? Na 100% nie. Tym czasem potrzebowałem 10 lat aby wiedzieć, że to co robię może być baaaaardzo duże i zmieni świat jak Facebook. Opowiem o tym kiedyś w osobnym poście. Fakt jest jednak taki, że potrzeba jeszcze parę lat aby tą pracę dokończyć i dlatego nie stać mnie na rozpraszanie się na cokolwiek innego.

Tak więc drogi, młody przedsiębiorco: zanim zrobisz 5 start-upów zastanów się który ma największą szansę zmiany świata na lepszy, wygenerowania dla Ciebie odpowiedniej ilości pieniędzy i zrób to najlepiej na świecie. Nie rób wszystkiego po łebkach, zatrudnionym na 100 godzin programistą i kolegą marketingowcem pracującym w 3 innych firmach. Przecież Steve Jobs nie zrobił obok Apple, 4 innych firm. Przecież Lary Page i Sergey Brin nie zrobili 10 innych start-upów tylko pracowali w Google i jemu poświęcali 100% energii, aby ostatecznie wprowadzić Ad Sense i zarobić miliardy. Nawet jeżeli duża firma Amerykańska na której się wzorujesz zrobiła coś rewolucyjnego, to i tak później pracowano kilka lat nad tym aby idea przetrwała. Tylko za taki produkt ludzie są skłonni płacić. Jeżeli można coś zrobić w 5 minut i zarobić krocie, za chwilę wszyscy to zrobią i zarobisz nic.

Mam nadzieję, że start-upowe szaleństwo skończy się wkrótce i ludzie zajmą się udoskonalaniem swoich gównianych pomyślików i w ten sposób powstaną fajne produkty których będę używał. Mam nadzieję, że zgliszcza upadłych start-upów uświadomią wszystkim że to nie o to chodzi, aby działalność zakładać, ale żeby ta działalność dawała zysk, podatki pracę a przede wszystkim aby ludzie pracującym tam mieli przekonanie, że zmieniają świat na lepszy i są w stanie utrzymać siebie i rodzinę bez wyjeżdżania za granicę. Pracuj tak aby Twoja firma stała się globalną marką i zapłaciła milion CITu. Wtedy przyrzekam Ci, że będziesz miał milion na dom, milion na jego dokończenie i milion co kolejny rok aby to wszystko utrzymać i to co miesiąc.

To tak dla tych, którzy chcieli by się trochę zainspirować, film na weekend:

Welcome to Macintosh

The documentary for the rest of us

Więcej na http://www.welcometomacintosh.com

Zajawka mojego wywiadu dla Rafała Agnieszczaka

pfornalski

Nie wiem dlaczego, ale wszyscy z branży zadawali mi pytanie po wywiadzie w ramach "Start up school" prowadzonego przez Rafała Agnieszczaka czy było ostro? Były wręcz pytania o to czy się pobiliśmy albo coś takiego. Jak dwie silne osobowości się spotkają, to albo się bardzo polubią, albo rzeczywiście mogą pobić. W naszym przypadku stanęło na bardzo żywej rozmowie, która zajęła nam ponad 3 godziny i została zakończona tylko dlatego, że panom z telewizji skończyły się kasety. Zajawkę materiału prezentuję poniżej. 26 kwietnia zapowiadana jest publikacja pełnego, pierwszego odcinka.

O czym był wywiad? O wielu rzeczach. W zasadzie było o wszystkim. Bardzo dużo uwagi poświęciliśmy sklepom internetowym. Kiedy ludziom wychodzą, kiedy nie. Co należy robić aby sklep przynosił zyski. Obaliłem bardzo dużo mitów w tym wywiadzie. Roboczo padł nawet pomysł, żeby wydać to na DVD. Tylko obaj zaraz stwierdziliśmy, że kto w dzisiejszych czasach kupi jeszcze DVD? Mam nadzieję, że jak najwięcej z tej rozmowy Lookr.tv puści w eter. Jedno na pewno można powiedzieć o tym wywiadzie. Wielu z Was, przyzwyczajonych do moich ostrych ripost i mówienia bez dbałości o warszawską kokieterię startupową, dostanie to na co długo czekało. Samo mięso.

Za ciężką pracę nie należy ci się medal - problem długo pracujących pracowników

pfornalski

Startujesz ze start upem, pracujesz całe rano, dzień i w nocy. Mało śpisz i niedojadasz. Brzmi to całkiem naturalnie. Problem w tym, że o ile taka strategia jest konieczna do tego, żeby przedsięwzięcie wystartowało, o tyle kontynuowanie takiej tyry przez lata nie da wcale super efektów. Większość ludzi, ze mną włącznie, myśli, że ciężka praca, po kilkanaście godzin dziennie to coś czym powinni się szczycić. Fakt jest jednak taki, że za pracę po kilkanaście godzin nie należy się medal.

W pierwszej kolejności zauważyłem syndrom problemu u moich pracowników. Podzieliłem ich na 3 grupy:

  1. Ci, którzy pracują z zegarkiem w ręku, równo 8 godzin

  2. Pracownicy, którzy pracują raz więcej, raz mniej – zazwyczaj są bardzo efektywni

  3. Pracownicy, którzy pracują mnóstwo godzin, co niekoniecznie przekłada się na efekty

Pracowników z pierwszej grupy nie lubię i w tej chwili nie chcę zajmować nimi. Staram się ich również nie zatrudniać. Natomiast obserwacja drugiej i trzeciej grupy doprowadziła mnie do ciekawych przemyśleń. Której z nich należy się nagroda?

Grupa trzecia pracowników, to ludzie dobrzy, poczciwi, pracowici. Problem w tym, że zamiast dostrzegać pewne problemy i starać się im przeciwdziałać, pracownicy skupiają się na usuwaniu szkód. W razie problemu słyszę tekst „Przyjdę w sobotę i to nadrobię”. Tak jak by należał się za to medal. Fakt jest jednak taki, że jeżeli ma to miejsce ciągle, to zamiast pracować proaktywnie, działają reaktywnie.

Aby posłużyć się rzeczywistym przykładem, weźmy moduł integracji IAI-Shop.com z jednym systemem sprzedaży zewnętrznej, z którym zintegrowaliśmy system parę lat temu. Programista, który pisał ten moduł kwalifikował się do grupy 3. Skupiał się przez 2 lata na usuwaniu skutków wynikających z błędów w działaniu tego systemu. Doszło do tego, że pracował znacznie ponad normę godzinową, a klienci ciągle postrzegali naszą pracę jako słabą. Rozwiązaniem okazało się całkowite przedefiniowanie założeń i wykonanie systemu w sposób proaktywny. Praca przy tym module integracji z 8 godzin dziennie spadła do godziny, półtorej. Problem w tym, że to nie ten pracownik usprawnił, ale ja, definiując znacznie rozszerzony zakres zadań i wskazując mu jak ma to wszystko przebudować. Pomogło.

I docieramy do sedna. Czy za kilkanaście godzin pracy, należały się temu pracownikowi nagrody czy wyróżnienia, skoro tą samą pracę mógł wykonać w 1,5 godziny dziennie? Absolutnie nie. W efekcie bezmyślnej, wielogodzinnej pracy, firma ponosiła znacznie większe nakłady na jego wynagrodzenie, a oceny klientów były przeciętne. Dodatkowo człowiek ten stopniowo się wypalał, mając coraz mniejszą motywację do pracy.

Czy też masz takich pracowników? Co z nimi robisz? Wynagradzasz ich ponad tych, którzy pracują mądrze i mieszczą się w 8 godzinach pracy?

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci