Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

Wpisy otagowane : sukces

Nie pouczam

pfornalski

Niedawno zadzwonił do mnie pewien człowiek. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

  • On: „Cześć. Nazywam się X, czy rozmawiam z Pawłem Fornalskim, który znalazł się na okładce Diamentów Forbesa?”
  • Ja: „Tak, w czym mogę pomóc.”
  • On: „Organizuję internetowy kurs i konferencję na temat tego jak odnieść sukces i chciałbym, abyś powiedział ludziom co robią źle, że nie odnieśli sukcesu i jak go osiągnąć.”
  • Ja: „Wiesz, chyba się na to nie piszę. Kim jestem aby mówić ludziom jak mają robić, aby odnieść sukces? To co mam jest połączeniem moich predyspozycji, odpowiedniego czasu, szczęścia i zespołu ludzi. Mogę pokazać Twoim klientom, jak ja to widzę, co u mnie zadziałało, co było ważne a co z perspektywy czasu nie. Ale nie będę opowiadał ludziom, którzy są inni ode mnie, mają inne pochodzenie i zaczynają w innym momencie, jak mają odnieść sukces. To głupie i niemoralne.”

Diamenty_Forbes_2018__okadka1

Ja i Sebastian na okładce Forbes w lutym 2018 z okazji przyznania nagród Diamenty Forbes za 2017 dla IAI S.A.

Po tej rozmowie miał sobie to przemyśleć. Chyba przemyślał, bo więcej się nie odezwał. A może stwierdził, że nie pasuję do jego wizji świata? Dobrze więc, że mam swojego bloga na którym mogę pisać co myślę. Pochodną zarobionych uczciwie pieniędzy jest pokora do tego, jak niewiele zależało ode mnie i jak wielu ludzi po prostu ma mniej szczęścia (patrz „Pomagajmy potrzebującym, bo dobro wraca”). Generalizując, jako Polacy mamy dużą skłonność do mówienia innym jak powinni coś robić: jak powinni skakać skoczkowie narciarscy, grać piłkarze, jak powinno się wychowywać dzieci i pisać kontrakty na dostawy gazu z Kataru. Ogólnie od lat za mało lubimy różnorodność i uczyć na swoich wzajemnych błędach. A jak się jest starym pierdzielem, to łatwo popaść w poczucie wszechobecnej zajebistości: że wszystko zawdzięczamy niesamowitemu talentowi, świetnie zaplanowanym strategiom i oczywiście wielkiej pracowitości, której brakuje młodym pokoleniom.

Jakaś sytuacja z mojego podwórka (IAI): Jedna z osób przedstawiła właśnie w tym stylu swoją opinię i zaproponowała, że może aplikujących do pracy w IAI którzy przysyłają swoje CV w DOCu powinniśmy odrzucać z automatu. I on tak na serio.. W odpowiedzi wysłałem mu jego własne CV sprzed kilku lat, które sam przysłał w DOCu. Ponieważ jest bystry szybko odpisał, że dało mu to dużo do myślenia i faktycznie mam rację.

Warto więc mieć wentyl w swoim ego-balonie i spuszczać regularnie nadmiar powietrza. Można bowiem mieć z tego powodu szybko kłopoty. Radzę też omijać ludzi, którzy pompują ten swój balon ponad miarę i bronią swojego wentylka, aby nawet nikt nie dostrzegł że on istnieje. Szkoda czasu na słuchanie wyidealizowanych bajek, z których niczego się nie nauczysz.

Wesołych świąt.

Jak znaleźć swoją niszę? Nie naśladuj idola

pfornalski

Często słyszę komplement, że dla kogoś jestem inspiracją i planuje zrobić coś podobnego, tylko w innej branży. Potem słyszę typowe pytanie, co o tym sądzę. I jakież zdziwienie widzę, gdy odpowiadam, że gdybym wierzył, że to dobry pomysł to już bym to robił. Zanim trafiłem na swoje powołanie i kawałek biznesowego uniwersum szukałem tak samo odpowiedzi na pytanie „co zacząć robić”. Czytałem jak wszyscy biografie znanych ludzi. Nie szukałem w nich odpowiedzi pt. „O! Muszę być giga-dupkiem jak Steve Jobs aby odnieść sukces” albo „muszę kupić sobie grube okulary jak Bill Gates”. Przeciwnie, starałem się zrozumieć jak oni podejmowali decyzje aby zrozumieć ich „source code”. Bo okoliczności w których moi idole zakładali swoje firmy były zupełnie inne. I zupełnie inne są teraz. Gdy zacząłem zatrudniać pierwszych programistów, można było im płacić 700zł na miesiąc. Ale też inna była ilość użytkowników internetu. Generalnie w roku 2000 czy 2003 gdy otworzyliśmy pierwsze biuro, wszystko było inne. Więc jeżeli chcesz ponieść fiasko, posłuchaj mojej historii jak ja zbudowałem IAI i zrób dokładnie to samo. Czemu fiasko? Bo czasy są inne i przede wszystkim będziesz miał już starszego i bardziej dojrzałego konkurenta jakim jest IAI. Tę samą prawdę można zastosować dla każdej innej branży.

Jak znaleźć więc swoją niszę? Ja bym Ci proponował próbować czegokolwiek i słuchać ludzi, którzy odnieśli sukces w jakiejś dziedzinie. Tacy ludzie nie mają ochoty otwierać 100 spółek, ale mają duże doświadczenie aby ocenić co ma sens i potencjał, a co nie. Więc słuchaj takich ludzi i zbieraj ich pomysły-odpadki, po czym wdrażaj je w życie. Oczywiście taki odpadek może przy odpowiedniej determinacji, predyspozycjach i szczęściu stać się większym sukcesem niż Twojego mentora, co mi się udało i czego Tobie życzę. Fakt jest bowiem taki, że sklepy internetowe jako zajęcie też nie były moim olśnieniem (patrz post „Startup.com - cz. 4 - czyli jak to się stało, że zacząłem robić sklepy internetowe”). To ktoś doświadczony w sprzedaży odzieży powiedział mi „nie ma do sprzedaży odzieży odpowiedniego systemu sklepu internetowego” i to na podstawie tej rekomendacji zacząłem tworzyć podwaliny pod IAI. Moim zdaniem to najprostszy sposób na znalezienie niszy dla siebie.

Warto też zastanowić się, czy otoczenie startupów jest odpowiednim do szukania takich inspiracji? W świetle tej rady, ludzie, którzy dopiero szukają swojego kawałka uniwersum, nie wyrzucą takiego dobrego pomysłu. Więc przesiadując z ludźmi, którzy są fajni, zdeterminowani, płodni i głodni, zwyczajnie możesz nigdy nie wpaść na dobry pomysł. Stąd czasami lepszym wyjściem aby znaleźć swoją niszę będzie poznanie kogoś sytego, leniwego i z dużym sukcesem na koncie, kto Ci od niechcenia odda pomysł warty miliony dolarów. Jeżeli nikogo takiego nie znasz, planem B może być po prostu zatrudnienie się w firmie takiego człowieka.

Niedocenieni zdobywcy trofeów - o tyraniu wbrew sobie i innym słów kilka

pfornalski

W ramach noworocznej podróży wewnątrz samego siebie, pociągnę temat wczoraj ledwie liźnięty. Dla ludzi, którzy są dopiero na etapie studiów i barcampów na których nakręcają się na pracę po 12h/365d w swoich start-upach może to być niewygodne i nie oczekuję, że zrozumieją.  Ja sam tego kilka lat temu nie ogarniałem. A może jednak, gdyby tylko ktoś mi to to odpowiednio powiedział ... A szkoda.

Owszem, ludzie mówili mi „Po co tyle pracujesz”, „Do grobu tego nie zabierzesz”, „Odpocznij sobie, po co się tak zapracowujesz”. Z drugiej strony rodzice, znajomi, kolejne fantastyczne historie przeczytane na blogach nakręcają do pracy. Sukces to bowiem straszna rzecz, jeżeli przytrafi się innemu facetowi. To nie jest tylko mój problem. To się dzieje jak świat szeroki. Przeczytaj sobie o milionerach w dolinie krzemowej, którzy czują się biedni. W imię czego tyramy w naszych start-upach? A no spójrzmy prawdzie w oczy - w imię odwiecznego wyścigu pt. „kto ma większego ...”.

Czy kolejne zarobione 100 tys. czy milion na czysto zmieni aż tak styl twojego życia? Bzdura! Zanim rozpocząłem budowę mojego domu w który włożyłem górę pieniędzy, do ukończenia brakowało mi mniej niż teraz, kiedy dom jest prawie gotowy. Absurd? Ani trochę. Im więcej zarabiam, tym więcej wydaję. Na początku szukałem oszczędności, gdzie popadnie, teraz szukam jakości, a jeszcze ciągle przede mną kupowanie luksusu typu drogie obrazy. Jest więc przestrzeń do dalszego tyrania.

I faceci na całym świecie, styrani po pracy przychodzą do domu niczym Viking wracający z łupieży, zalany krwią ofiar i wycieńczony z trofeami. Wszyscy dookoła mają to zauważyć i dać mu order. I owszem, na początku wszystko idzie świetnie, dostaje złote kalesony i ordery z ziemniaka, ale wkrótce trofea przestają już cieszyć. Czas ruszyć po większe. A na nie trzeba jeszcze ciężej pracować, zamordować jeszcze więcej ofiar. A co dzieje się w chatce owego Vikinga? Jego kobieta obwieszona złotem przestaje zwracać uwagę na kolejne wisiorki. I tutaj zaczyna się ten kluczowy moment, kiedy powinieneś walnąć się Twoim toporem w łeb i zastanowić co dalej robisz? Dalsze zdobycze nie mają żadnego sensu. Nikogo już nie ucieszą, a frustracja z braku pochwał i z drugiej strony z braku zrozumienia do tego, że nie potrzeba kolejnego wisiorka, ale męża i ojca zaczyna przybierać na sile. Koniec końców, pary się rozwodzą, rozchodzą lub co gorsza są ze sobą i powoli nienawidzą, zdradzają i żyją obok, ale osobno. Trudno nazwać coś takiego sukcesem.

Dlatego zawsze warto się zastanowić, czy rzeczywiście trzeba mieć nowy samochód co 2 lata, czy może wystarczy co 4? A może zamiast budować dom na 300m, wystarczy 200? Czy rzeczywiście potrzebujesz kolejnego iGadżetu, który teraz zamiast LCD ma OLED, kolejnego drogiego krawata, czy super-drogich gaci? Przecież dzięki zaoszczędzonym pieniądzom można dostanie żyć ze swoją rodziną i nadal cieszyć się tak jak na początku. A jeżeli zabraknie pieniędzy, bo pojawią się realne potrzeby to przynajmniej będziesz czuł, że pracujesz w imię czegoś i po coś. Kolejne tysiące gromadzone na koncie nie mają żadnego użytecznego sensu. Jeżeli tego nie zrozumiesz, to pewnego dnia znajdziesz się sam w swoim wielkim pałacu, ze wszystkimi trofeami i w ogóle nie będą Cię one cieszyły.

Ważny w tym wszystkim jest też czas. Kiedy poznałem parę lat temu pewnego faceta, który miał wypasionego Mercedesa E-Klasse, ja miałem C-Klasse, która wcześniej napawała mnie dumą. Od kiedy pojeździłem 2 dni jego samochodem, mój wydał mi się tylko tandetą. I pamiętam jego komentarz. Powiedział „W twoim wieku nie miałem nawet takiego jak ty masz”. I facet życiowo był na pewno mądrzejszy, bo był po 60-tce, a ja miałem 20-parę lat. Czy warto gonić za gadżetami już teraz, tutaj, natychmiast?! Zakupy internetowe, zupki w proszku i magiczne telewizyjne przemiany domu i kur domowych w modelki, przyzwyczaiły nas do tego, że musimy wszystko dostać tu i teraz, maksymalnie w 10 odcinków. Dzisiaj w Twoim garażu ląduje C-Klasse, a już po miesiącu nie cieszy cię, tak jak Twój poprzedni Fiat i chcesz E-Klasse. Jak ją już kupisz, to chcesz S-Klasse itd. Ani się obejrzysz, jak zarobiony milion też nie będzie cię cieszył, podobnie jak następnych 100, a Twoja frustracja narośnie do tego stopnia, że staniesz się aroganckim dupkiem, którego nic już nie będzie cieszyło, a brak cieszenia się u innych będzie odbierał jako potwarz i powód do obwiniania ich za brak realizacji kolejnych wydumanych celów.

Same sukcesy to nie jest zajebista sprawa

pfornalski

Dzisiejszy tekst będzie znacząco odbiegał od tego do czego przyzwyczaiłem ostatnio czytelników mojego bloga. Ponieważ to jednak mój blog, pozwolę sobie na taką noworoczną moralizatorską opowieść.  Będzie o sukcesie. Wiem, że kochacie sukces, chcecie go osiągnąć, być piękni, zdrowi i idealni. Jeżeli jesteś ambitny, głodny sukcesu myślisz sobie – to musi być zajebiste, mieć sukces na każdym polu. Otóż napiszę Ci, że to wcale nie jest to takie zajebiste.

Problem w tym, że odnosząc same sukcesy, ludzie bliscy dookoła Ciebie zaczynają postrzegać to jako coś całkowicie naturalnego, a siebie samych jako ludzi porażki. Mimo iż odnoszą znaczące sukcesy i na tle ogółu mają wielki sukces, to i tak uważają że im nic się w porównaniu z Tobą nie udaje. W efekcie zaczynasz tracić kontakt z rodziną, przyjaciółmi, drugą połową. Takie „Tobie to łatwo mówić, masz same sukcesy”, albo „Ja nie jestem taki jak ty, mi się wszystko nie udaje” może napawać dumą. I to było dla mnie nawet zabawne. Pewnego dnia jednak, jak słyszysz to od osoby na której Ci bardzo zależy i widzisz że nieuzasadnienie, ale realnie cierpi. Wtedy zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego, że same sukcesy nie są wcale takie zajebiste. Przypomina to taką bajkę, którą oglądałem w różnych wersjach w dzieciństwie, w której bohater czegokolwiek nie dotknie, zamienia się w złoto. W pewnym momencie ta postać traci najbliższych, którzy też stają się ze złota.

I nie chodzi mi o wyświechtane slogany, pisane w kolorowych gazetach przez dziennikarzy, którzy zarabiają 1200zł na miesiąc i nie mają pojęcia o tym o czym teraz piszę. Po prostu same sukcesy mogą dać ostro po dupie, co samo w sobie jest przewrotne, bo taki stanu rzeczy nie można nazwać sukcesem.

Pomyślcie o tym kiedyś, chcąc być za wszelką cenę idealnymi. Chcąc koniecznie odnosić same sukcesy, poświęcajcie dużo uwagi najbliższym i sprawdzajcie jak oni na to patrzą. Jeżeli o tym zapomnicie, to pomyślcie czy jesteście gotowi na samotność i banalne znajomości z następnymi ludźmi którzy będą już patrzyli na to co osiągnęliście, nie wiedząc przez co przeszliście aby to osiągnąć.

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci