Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

Wpisy otagowane : IPO

Próba błękitnego wazonu, czyli debiut IAI na NewConnect 5 lat temu

pfornalski

To było dokładnie 5 lat temu, 16 grudnia 2009r. gdy IAI, zadebiutowała na NewConnect. Ten dzień będzie mi się przede wszystkim kojarzył z tym oto zdjęciem:

Bagażnik VW Passata Sebastiana z jedzeniem na IPO IAI

Dlaczego z czymś takim możesz pomyśleć? I masz rację. IPO prędzej kojarzy się z szampanem i kawiorem, a nie wiezionym w bagażniku VW Passata zakupionym w Makro cateringiem. Ale tak to właśnie jest. Często za spektakularnymi wydarzeniami stoją zwykłe, ciekawe i inspirujące historie. Oto jednak z nich, którą przy okazji 5 rocznicy chcę się podzielić.

Cofnijmy się nieco wczśeniej. Nad IPO pracowaliśmy nieustannie przez 22 miesiące. To co miało zająć mniej niż rok, zajęło ponad 2. Pominę juz skutki jakie to wywołało w naszym biznesie (patrz np. „Moja pierwsza biznesowa lekcja po IPO: liczą się wyniki, nie słowa”) i poziom frustracji (patrz np. „Ropa Pospolita - znowu problemy z KRS”). Czemu pamiętam dokładnie tę liczbę 22 miesięcy? Bo przez tyle miesięcy nie miałem ani jednego dnia wolnego, pracując średnio powyżej 60 godzin tygodniowo przez cały ten czas. Ale po kolei ...

We wrześniu i październiku 2009r. byliśmy już po przekształceniu spółki jawnej w spółkę akcyjną, otrzymaliśmy od inwestorów wpłaty na konto bankowe, przydzieliliśmy im akcje. Byliśmy dokapitalizowaną spółką akcyjną. Zostawał jeden szczegół: nadal nie byliśmy notowani na giełdzie. Aby tego dokonać, musieliśmy zakończyć procedury z Giełdą Papierów Wartościowych (GPW). Nie wiem jak to teraz wygląda, ale w roku 2009 NewConnect był relatywnie młodym rynkiem i GPW dopiero dochodziło do pewnych procedur i wytycznych. W efekcie to co miało być już formalnością i przyjemnością zamieniło się w długi i frustrujący proces wymiany korespondencji, pism i teczek dokumentów. Zaczęło się ostatnie okrążenie, tylko najgorsze jest to, że nie wiedzieliśmy jak długie.

Mniej więcej w okolicach 10 grudnia, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że zostało bardzo mało czasu do końca roku. Właściwie to zostało go cholernie mało. Zbliżały się święta, podczas których nie ma debiutów. A nowy rok oznaczał dla nas piekło, ponieważ trzeba było wykonać nowy bilans roczny, który z kolei oznaczał przygotowywanie wszystkich dokumentów od nowa. Najwcześniej więc byśmy realnie zadebiutowali bardziej w okolicach połowy 2010 roku. Z jednej strony mieliśmy ludzi z GPW, którzy coraz piętrzyli różne formalne problemy, z drugiej uciekający bezlitośnie czas, pędzący na wysoki mur jakim był 1 stycznia. Nie wspomnę już o tym, że niektórzy inwestorzy z oferty prywatnej zaczęli być już bardzo nieprzyjemni, zaczynając snuć teorie spiskowe, czemu mimo iż wpłacili swoje pieniądze na nasze konto, nadal nie widzą akcji na swoim rachunku maklerskim.

Mniej więcej w połowie grudnia my jak i ludzie z firmy Autoryzowanego Doradcy, którzy wprowadzali nas na giełdę, zaczęliśmy uzmysławiać GPW, że jeszcze moment i debiutu może nie być wcale, bo mamy zaraz nowy rok. Ten argument dotarł i 14 grudnia do mojego biura znienacka wszedł Sebastian Muliński mówiąc „16 grudnia mamy wyznaczony debiut na GPW”. Dopiero po chwili informacja znalazła odpowiednie szare komórki i odpowiedziałem coś w stylu „O k.... to już pojutrze”. Niestety był to jedyny wolny termin przed końcem roku, bo GPW robiła tylko 1 debiut dziennie. Nie było więc mowy o wybrzydzaniu. Innych terminów zwyczajnie nie było.

Po ochłonięciu wrzuciłem tego posta i zacząłem opracowywać moją prezentację, którą tradycja nakazuje w dniu debiutu pokazać przybyłym gościom. Sebastian w tym czasie uwijał się przy telefonie żeby zaprosić ludzi z mediów aby na naszym debiucie się pojawili. Wszyscy byli zdziwieni, że zapraszamy ich tak późno i nie potwierdzali, że będą z uwagi na tak krótki termin. Pozostawał jeszcze jeden szczegół, o którym Sebastian mi przypomniał: tradycją debiutów pozostaje poczęstunek dla gości. Firma, która tego nie robi, wychodzi na buraków. Zaczęliśmy więc obaj szukać firmy cateringowej, która na za 2 dni by nam przygotowała catering. Tylko, że w tym okresie, wszystkie firmy z Warszawy miały już 100% obłożenia firmowymi wigiliami. Nie udało nam się więc znaleźć nawet jednej firmy, która by się tego podjęła. Więc popołudnie 17 grudnia jako świeżo upieczony, przyszły prezes spółki giełdowej, spędziłem na zakupach w Makro, kupując wszystko to co wydawało mi się fajne i pasujące do imprezy. Nakupiłem tego cały bagażnik, zupełnie jak bym się przygotowywał do otwarcia nowego sklepiku szkolnego.

Żeby przewieźć zakupy, jedyną możliwością przemieszenia był samochód. W tym czasie nie było tak przyjemne jak teraz. Nie było S3 a autostrada A2 liczyła tylko 150km. Wyruszyliśmy więc w południe 15 grudnia po oskórowaniu wszystkich maili, z którymi uwijałem się od 8 rano. Podróż miała zająć 8 godzin, zajęła z 10.. Jeszcze w drodze, trzymając na kolanach laptopa, dopracowywałem prezentację. Dotarliśmy do hotelu Campaniele już w nocy, totalnie zmęczeni. Ostatnie 2 pokoje który zarezerwowaliśmy przez Internet na miejscu okazało się, że są niedostępne z powodu remontu. Na szczęście nie zostawiono nas na lodzie, tylko w tej samej cenie dostaliśmy pokoje w Kyriadzie, który ma znacznie wyższy standard. Odebraliśmy to więc jako dobrą wróżbę, która przyniosła nam szczęście i do tej pory ten hotel dobrze mi się kojarzy. Nie mieliśmy siły i czasu na tradycyjne świętowanie, wypiliśmy więc po 1 piwie w hotelowej restauracji i następnego dnia o 9:00 wyruszyliśmy w stronę GPW, z naszą kontrabandą w bagażniku. Zupełnie jak w piosence Tedego „Mróz”, tylko chyba w tej piosence w bagażniku nie znajdowały się wafelki i pierniki.

Po dotarciu zastaliśmy pustą salę, zero ludzi i ochroniarza, który nam pokazał bardzo ogólnie schemat sal. Mnie poproszono „za scenę” gdzie musiałem podpisać umowę z GPW i szereg innych dokumeóntw. W międzyczasie Sebastian z moją dziewczyną ogarnęli temat Cateringu, czego dowodem jest poniższe pamiątkowe zdjęcie. Robiąc go żartowali sobie, że najwyżej szampany, które przywieźliśmy wypiją sprzątaczki z GPW. Nie wiadomo było przecież, czy ktoś się pojawi.

Sebastian Muliński otwiera szampana na IPO IAI

O 12:30 zakończyłem podpisywanie dokumentów i poproszono mnie już „na scenę” sali NewConnect. Nigdy nie zapomnę tego widoku, który zobaczyłem wychodząc. Przed moimi oczami ukazała się pełna po brzegi sala. Na IPO udało się ściągnąć praktycznie wszystkich istotnych dziennikarzy. Ilość aparatów i kamer była tak wielka, że pamiętam, że po raz pierwszy w życiu poczułem tremę, dosłownie mnie zatkało. Do tej pory mam ciarki, jak przypominam sobie ten moment.

Początek IPO IAI na NewConnect

Na scenie powitał mnie Adam Maciejewski, w tym czasie z zarządu GPW. Co ciekawe, to od niego 2,5 roku wcześniej dowiedziałem się, że taki projekt jak NewConnect w ogóle powstanie i to dzięki rozmowie z nim zdecydowaliśmy się na taką drogę. Po powitaniu, przedstawieniu pokazałem moją tradycyjną prezentację kończoną poprzedniego dnia na kolanach.

Pamiętam też, że po części oficjalnej podszedł do mnie Sebastian i mówi „Widziałeś nasz kurs akcji?” na co ja odparłem „A no tak, zapomniałem że chodziło o to”.

Potem miałem z tuzin wywiadów i gdy wróciłem sala była już ponownie dosyć pusta. Podszedłem napić się soku i pytam się ochroniarza „i jak się panu podobało?”. Na co on odparł „Panie. Ja to się na tym nie znam, ale ludzie komentowali że wreszcie na cateringu jest dobry szampan i nie koreczki, więc mogli się najeść. A sprzątaczki są wniebowzięte, bo na święta do domu sobie to zabiorą”. Dopiero w tym momencie stres minął. Skoro najwytrwalszy bywalec polskich IPO mówi, że było dobrze, to reszta pójdzie z ógrki. Potem zrobiliśmy krótką wycieczkę po budynku GPW, wsiedliśmy do samochodu i odpaliłem ponownie laptopa, pracując jak by nic się nie stało. A wolnego dnia, upragnionego od 22 miesięcy nie miałem aż do 2 stycznia.

Tak oto wygląda prawdziwa historia IPO IAI, istna „Próba błękitnego wazonu”. Czemu tak ją nazwałem? Bo kiedyś przeczytałem książkę motywacyjną właśnie o takim tytule. Zawsze gdy wszystko się sypie, przypominam ją sobie i myślę sobie „to tylko próba błękitnego wazonu”. Jeżeli jej nie czytałeś, polecam ją sobie nabyć. To jedna z książek, które mnie ukształtowały.

Paweł - czy ty piszesz swojego bloga sam?!

pfornalski

Mini reklama kontaktowania się ze mną przez Facebook z posta „Happy hour w sklepie internetowym jest zupełnie niepotrzebny” zdała egzamin i kilkudziesięciu czytelników bloga dodało się do moich znajomych. Dzięki temu mogą na pewno dowiedzieć się więcej o tym co robię. I po jednym liście od czytelnika, wysłanym właśnie na Facebook dotarło do mnie, że w sumie poza jednym z pierwszych tekstów pt. „Paweł – ty masz bloga?!” który ma już prawie 4 lata, nie wyjaśniłem po co właściwie tego bloga piszę.

Karol napisał do mnie parę dni temu: „Zawsze mnie to zastanawia: Jakoś trudno mi uwierzyć, że to naprawdę Ty piszesz. Zakładam, raczej znaną i lubianą metodę Copiego-Pejsta. Ale miło, że w ogóle odpisujesz komuś, kto może być dzieciakiem z gimnazjum. Jaki jest cel w pomaganiu ludziom np. na Facebook? Tracisz czas na konwersacje ze mną. Czas, który mógłbyś poświęcić na rozwijanie firmy...

Dobre, bardzo dobre pytanie na które Karol dostał już częściowo odpowiedź na Facebook. Blogów powstaje wiele, większość po 10 postach znika. Czemu ja nadal, mimo 4 lat piszę dalej?

Otóż bloga otworzyłem po to, aby dać upust moim licznym przemyśleniom, jakie powstały przy tworzeniu projektów które prowadziłem. 4 lata temu filmy z moim udziałem czy wywiady były rzadkością, więc ilość rzeczy które chciałem napisać była ogromna. 2 lata temu rozpocząłem przekształcanie IAI-System.com w IAI S.A. To był ogromny wysiłek i dopiero po 5 miesiącach na zebranie sił od tego momentu zdaję sobie sprawę jak wielkim było to dla mnie wysiłkiem. Te 2 lata były okresem mniejszej intensywności pisania. Wiele osób pisało wtedy do mnie listy czemu nic nie piszę. Po prostu nie chciało mi się nic więcej robić, poza tym co wiązało się IPO. Ciemne wieki przepracowania mam nadzieję są już za mną. Mam zatem więcej czasu na pisanie.

Przez 4 lata od powstania bloga zmieniło się wiele. Praktycznie nie ma tygodnia abym nie udzielił jakiegoś wywiadu lub nie napisał czegoś większego, część na zaproszenie innych blogerów (np. Wywiad dla Artura Kurasińskiego). Takie wywiady to wyśmienita okazja, aby szybciej podzielić się przemyśleniami, bo mówienie jest szybsze od pisania tekstu, zwłaszcza jeżeli po prostu się mówi, bez montażu. Nie bez znaczenia jest również to, że prezentacje czy wywiady zawsze wywierają większą presję, a to lubię. Presja zawsze dobrze na mnie wpływa i im większa, tym ciekawszy materiał wychodzi. Dlatego postanowiłem nie pisać o tym o czym mówię w wywiadach, bo po co?

Z drugiej strony na blogu przestałem pisać o bieżących wydarzeniach w IAI i Hip-Hop.pl czy innych wydarzeniach które wydawały mi się wcześniej istotne. Te informacje publikuję na Facebook, który idealnie się do tego nadaje. Nie staram się tu też już zamieszczać wszystkiego co ktoś ze mną lub o mnie napisał. Te informacje można wygooglać lub śledzić mojego Facebooka.

Czy piszę teksty sam? Jasne że tak. W przeszłości parę tekstów napisał Sebastian Muliński, ale od kiedy ma swojego bloga, 100% tekstów jest mojego autorstwa. Poza tym teksty te podpisałem jego imieniem i nazwiskiem. Nikt nie pomaga mi teraz w pisaniu postów. Oczywiście nie zawsze mi się chce coś napisać i nie zawsze mam na to czas. Wtedy po prostu nie piszę. Nie uważam siebie za blogera chociaż zostałem nawet uznany za jednego z najbardziej wpływowych. Super. Nie zarabiam na pisaniu tylko czymś innym, chociaż parę dni temu, w ramach eksperymentu uruchomiłem AdTaily (a nuż ktoś kupi tu reklamę i zarobię na 2 kafelki do budowanego domu). A tak na serio, traktuję pisanie jako coś zupełnie dla siebie, rodzaj hobby.

Piszę bowiem bloga po to, aby w ten sposób czynić świat trochę lepszym, w swoim własnym intersie. Przecież razem użytkujemy ten sam Internet, planetę a może i kraj. Skoro uważam racjonalnie, że moje postępowanie jest dobre i korzystne dla ludzi z mojego otoczenia, to czemu mam nie powodować, że inni ludzie będą mnie naśladowali? Przecież im więcej ludzi będzie postępowało podobnie do mnie, tym lepiej mi się będzie żyło. Przecież im więcej ludzi sukcesu będzie w Polsce, tym więcej wszyscy zapłacimy podatku i tym szybciej będzie mi się żyło dobrze. Poza tym czemu mam komuś bronić poprawić swoje życie. usprawnić firmę lub swój sklep internetowy, nawet jeżeli nie jest moim klientem? A czy mógłbym komuś kazać płacić za moje nauki, ebooki i kursy? Pewnie i paru ludzi by się takich znalazło, w pierwszej kolejności wśród konkurentów. Tylko po co? Nie potrzebuję 10 samochodów, potrzebuję jednego, który kiedy przekręcę kluczyk to odpali i zawiezie mnie bezpiecznie do celu. A czy będzie to samochód 2 czy 6 letni zupełnie nie ma znaczenia. Po co być „złamanym ch...”, oszukiwać pracowników i klientów tylko po to żeby więcej zostawić w salonie sprzedaży Porsche? A jeszcze będę musiał go pilnować lub ktoś da mi w łeb. Oczywiście, każdy ma prawo decydować co robi ze swoją wolną energią i czasem. Ja nie oglądam telewizji, więc mam względem statystycznego Polaka sporo zapasowego czasu, którego część spędzam na dzieleniu się wiedzą. Jeden lubi „koks i dziwki”, drugi lubi szpanować Ferrari lub jeździć na 20 wycieczek w roku, a ja lubię robić to co robię – budować IAI i dobrze płacić pracownikom, inwestować niemal wszystkie przychody w lepszy produkt a w wolnym czasie pisać na blogu. A jak mi się nie będzie chciało? To nic nie napiszę.

Niektórym może się wydawać że teksty powstają miesiącami lub mają jakiś większą agendę. Otóż nie. Każdy z tekstów piszę zazwyczaj w ciągu jednego dnia, zazwyczaj w 30-60 minut. Jest to najczęściej impuls, mam czas – pisze. Jeżeli tekst powstaje dłużej to zazwyczaj nie publikuję go, bo zaczynam wchodzić w szczegóły i po prostu go kasuję. To samo dotyczy tekstów zbyt długich, powyżej 2 stron. Niektórych tematów po prostu nie poruszam, bo poruszenie fragmentu z przyzwoitości wymagało by napisania w ramach uszczegółowienia krótkiej książki, a na to nie mam czasu. Te tematy omijam lub zostawiam na wywiady. Wiele tematów także powstaje jako szkice w głowie, po czym pojawia się coś nowego i piszę pod wpływem impulsu coś innego. Tak szacuję, że tylko co 20 tekst który mam w głowie publikuję ostatecznie na blogu, a i tak zawsze można by było coś jeszcze dopisać, coś jeszcze udowodnić. Tylko po co? Mam nadzieję, że to co chcę osiągnąć, czyli nieco lepsze otoczenie udaje mi się jakoś osiągnąć tym co już piszę i mówię. Po listach od niektórych czytelników wiem, że kogoś tam zainspirowałem, ktoś zaczął inaczej patrzeć na swoje otoczenie i firmę. Dla mnie to jest nagrodą, bez względu na to czy ktoś jest gimnazjalistą, prezesem czy naukowcem. Ważne, że dzięki moim tekstom jego życie staje się lepsze, przynajmniej trochę.

 

Na koniec, wszystkim tym którzy analizują moje teksty niczym Biblię. Ja do nich aż takiej wagi nie przywiązuję w momencie pisania, więc dajcie sobie spokój. Zdaję sobie sprawę z tego, że czasami coś pokręcę i przekręcę. Who cares? W szczególności dotyczy to wywiadów ustnych. W ciągu godziny wypowiadam setki zdań. Przecież nie jestem w stanie mówić wszystkiego idealnie, z namaszczeniem bo będę wtedy nudny do słuchania jak jakiś polityk. A politykiem nie jestem. Nie żyję z mówienia, tylko z projektowania i prowadzenia IAI – platformy do prowadzenia sprzedaży w Internecie. A więc nie ma dla mnie znaczenia czy ktoś mi udowodni że mówię niegramatycznie czy gramatycznie, czy kogoś uraziłem czy nie. Żyję z tego, że nasz system jest lepszy od innych których klienci nie kupili, a nie z tego, czy będę miał gładką czy pryszczatą twarz. Dlatego Ci dla których moje teksty nie są fajne, po prostu mogą znaleźć w Internecie coś innego dla siebie. Po co mnie zniechęcać? Przecież można w ogóle nie czytać tekstów zamiast tracić energię. Ale wierzę, że większość ludzi doceni szczerość tekstów, bez patosu i pozerki na internetowego milionera. Jestem milionerem, nie muszę tego udawać czy pisać bloga o tym jakiego zajebistego laptopa sobie kupiłem bo to nie ma znaczenia. Pewnie, że mógłbym pisać o tym na czym znam się najlepiej, czyli na tworzeniu platform SaaS, ich przewadze nad innymi systemami, aspektach technicznych itp. Wtedy nikt by mnie nie zagiął, bo i pewnie niewielu ludzi było by to w stanie czytać i rozumieć to o czym piszę. Jest sporo blogów technicznych pisanych przez programistów, a pisanie o meandrach tworzenia IAI pewnie ucieszyło by głównie konkurencję. Chcę kierować energię ludzi na inne tematy, z których jako użytkownik Internetu skorzystam. Ciągle brakuje blogów polskich CEO, pisanych z potrzeby budowania ludzi na lepszych. I tą lukę chcę wypełniać.

Tak więc Karol, pozdrawiam i dzięki za pytanie, które zainspirowało mnie do napisania tego tekstu. Jeżeli inne osoby mają jeszcze jakieś pytania do mnie, to piszcie na pawel(at)fornalski.pl. Jak widzicie, nie ma głupich pytań.

Pismo Zarządu IAI do Akcjonariuszy

pfornalski

Jednym z wymogów bycia na NewConnect jest publikowanie raportów rocznych. Raport ten jest doskonałą okazja do podsumowania i refleksji, że 12 miesięcy to na prawdę nie jest długi czas. Z drugiej strony 12 miesięcy to w Internecie długi czas, podczas którego może zmienić się wszystko w danym segmencie rynku. Dlatego miotając się od raportu do raportu, staramy się wytłumaczyć co zostało zrobione. Publikuję ten list, aby każdy z Was mógł sobie lepiej wyobrazić co by napisał o swojej firmie w takim piśmie. Zapraszam do lektury całego raportu dostępnego na http://newconnect.pl/?page=1045&ph_main_content_start=show&id=8615&ncc_index=IAI&id_tr=6

 

Szanowni Akcjonariusze,

Rok 2009 był pierwszym rokiem funkcjonowania spółki akcyjnej IAI. Nie był to rok łatwy dla większości przedsiębiorstw. W przypadku IAI trudność jednak nie leżała w tzw. kryzysie, ale w zmaganiu się z przekształceniem ze spółki jawnej czyli poprzedniej formy prawnej. Obstrukcja i formalne trudności piętrzone przez polskie urzędy i inne instytucje w drodze IAI na NewConnect było tym co bardziej utrudniało rozwój, niż kryzys, który IAI nie był straszny. W wyniku opóźnień w debiucie o prawie rok przesunęły się plany dynamicznej ekspansji rynkowej.

Rok 2009 w wyniku opóźnień w zadebiutowaniu na NewConnect upłynął pod znakiem dwóch strategii: jednej, która mogła dać IAI szybki i dynamiczny rozwój i drugiej, ostrożnej polegającej na finansowaniu z akumulacji kapitału własnego, stosowanej w IAI-System.com sp.j. w której nie korzystaliśmy z finansowania zewnętrznego. Z uwagi na panujący w roku 2009 pesymizm inwestycyjny, połączony z kolejnymi przesunięciami etapów prowadzących do upublicznienia IAI, zdecydowaliśmy się na prowadzenie IAI S.A. według sprawdzonej w poprzednich latach, strategii organicznego wzrostu. Strategia ta zaowocowała pozytywnymi rezultatami. Na koniec roku każdy parametr jakim można mierzyć naszą działalność był lepszy niż w roku poprzednim, dając ogólnie ponad 50% przyrost przychodów operacyjnych z IAI-Shop.com, czyli głównej usługi IAI. Spółka zachowała płynność finansową, opłacając wyłącznie z wypracowanego wzrostu dochodu relatywnie duże koszty przekształcenia, opłat i doradztwa ekonomicznego i prawnego. Co więcej, na niekorzyść wyników osiągniętych w drugiej połowie roku działało to, że wcześniej wykazywane przychody z prowadzenia drugiej działalności, czyli Hip-Hop.pl nie sumowały się już z IAI-Shop.com. Był to zatem dla nas szczególnie pracowity okres, aby udowodnić, że potrafimy uzupełnić lukę w przychodach, zdobywając nowych klientów, dodatkowo wydzielając sporą część firmy do niezależnego przedsiębiorstwa, które nie miało podlegać upublicznieniu. W warunkach powszechnego marazmu i usprawiedliwiania przez inne firmy strat, mamy nadzieję, że podzielicie Państwo moją ocenę, że był to duży sukces dowodzący sprawności organizacyjnej i dobrej konstrukcji modelu biznesowego IAI.

IAI to jednak przede wszystkim klienci. Bez ich udziału nie byłby możliwy żaden wzrost. Dlatego oprócz zmagania się z przeciwnościami przeciągającymi datę debiutu i dodającymi nam olbrzymiej ilości pracy, musieliśmy równocześnie rozwijać dalej firmę i usługi IAI, wprowadzając równie dynamicznie co wcześniej, zmiany technologiczne i organizacyjne. Wiele z nich należało już wykonywać z uwzględnieniem strategii, która miała być realizowana po debiucie. Przypomina to budowę drogi, lokalnej, która wiadomo, że już niedługo stanie

się jednym z pasów planowanej autostrady. Ja zdecydowałem się, kosztem ogromnej ilości wyrzeczeń i ogromnej pracy, mimo realizowania strategii ostrożnej, na budowanie systemu przez cały rok 2009 z uwzględnieniem przyszłych wymagań. To dało pozytywne efekty. Rok 2009 zamknęliśmy rekordową ilością 600 sklepów internetowych obsługiwanych przez nas. Była to dokładnie taka ilość jaką planowaliśmy na początku roku prawie 2 razy większa niż rok wcześniej. Możliwość obserwowania tego wzrostu przez inwestorów oczekujących na debiut, było świetnym sprawdzianem wiarygodności IAI, który zaowocował rewelacyjnymi notowaniami w dniu debiutu.

W IAI-Shop.com pojawiło się w ciągu 2009 roku wiele, setki, nowych funkcjonalności, w tym wiele wprowadzonych jako nowość na skalę światową. W trakcie 12 miesięcy udało nam się znacząco poprawić satysfakcję klientów i polepszyć IAI-Shop.com pod każdym względem, przede wszystkim przygotowując system do prac zaplanowanych na rok 2010 w zakresie wprowadzenia go na rynki międzynarodowe.

Koniec roku 2009 przyniósł ożywienie na rynkach finansowych, pierwsze oznaki końca kryzysu. Dla nas okres ten był również szczególnie pomyślny. 16 grudnia 2009r. to jeden z ważniejszych w historii IAI dni, dzień debiutu na NewConnect. Dla Zarządu nadchodzące dni oznaczały zamknięcie spraw związanych z debiutem i przygotowania do nowego roku, który dopiero ma przynieść zmiany, które sprawią, że IAI będzie marką globalną, dumą polskiej myśli technologicznej. Ogólnemu ożywieniu gospodarczemu towarzyszyły jeszcze lepsze dla nas informacje o świetlanej przyszłości dla platform SaaS (ang. Software as a Service, model w którym oferujemy IAI-Shop.com), świetnych prognozach dla usług internetowych i stopniowej migracji klientów z systemów desktopowych na systemy webowe.

Wierzę, że zarówno Zarząd IAI jak i pracownicy, daliśmy z siebie wszystko w trakcie minionego roku i udało nam się nie tylko osiągnąć 50% wzrost, ale dokonać rzeczy, której nie dokonał przed nami nikt wcześniej. Udało nam się w mieście Szczecinie upublicznić start-up, projekt założony przez 2 studentów w roku 2000 i rozwinięty z przysłowiowej złotówki w kieszeni do publicznej spółki wartej prawie 30 milionów złotych. Co ważne, proces ten nie został okupiony przekazaniem dużego pakietu akcji funduszowi w rodzaju Venture Capital w zamian za sfinansowanie procesu przekształcenia i debiutu. IAI udało się samodzielnie zdobyć inwestorów i to gwarantuje, że ambitna wizja założycieli nie zostanie zniszczona przez krótkowzroczną chęć szybkiego zwrotu z inwestycji. Pieniądze pozyskane w drodze oferty prywatnej zamierzamy efektywnie zacząć inwestować dopiero w roku 2010, inwestując je w rozwój platformy IAI i planując osiągnięcie co najmniej liczby 1000 sklepów internetowych obsługiwanych w Polsce. Niestety 14 dni jako spółka publiczna w 2009r. i to okres końcówki roku połączonej ze świętami, to zbyt krótko abyśmy mogli pokazać na co nas stać.

Mamy nadzieję, że czytający ten raport inwestorzy podzielą naszą wiarę i entuzjazm i będą z zaciekawieniem śledzili powstawanie najnowocześniejszej na świecie platformy do prowadzenia handlu w Internecie, inwestując w spółkę, która w roku kryzysu, mimo wszelkich możliwych przeciwności potrafiła wygenerować ponadprzeciętny wzrost.

Paweł Fornalski

Prezes Zarządu IAI S.A.

 

Już po debiucie

pfornalski

Ufff, debiut za nami. Relacji ukazało się mnóstwo. Sporo fajnych zdjęc można znaleźć np. na e-biznes.pl/2009/12/iai-debiutuje-na-new-connect Poniżej wybrałem jedno, które prezentuje wzrost akcji do 4,64zł co dało ponad 81% wzrostu. Na wieść o tym na sali pojawiło się jeszcze więcej osób. Zważywszy na to, że w praktyce mieliśmy 2 dni na organizację wszystkiego wyszło na prawdę dobrze. Ci, którzy dostali zaproszenia i nie przybyli, mogą żałować.

Od jutra zaczyna się parę dni luzu i odpoczynku po 2 latach pracy. Od nowego roku ruszamy pełną parą.

Paweł Fornalski i Sebastian Muliński w dniu debiutu IAI S.A. na NewConnect przy wzroście na otwarciu ponad 81%

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci