Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

Klimat start-up

Jak odkryć, że faktycznie robisz to co kochasz?

pfornalski

Mówi się, że dobra praca powinna być przyjemnością. Ale przecież tak nie jest. Praca jest jak trening. Nie trenujesz, bo to jest dla Ciebie przyjemność. Spacerujesz po plaży w słońcu, sącząc drinka z kokosa i to jest przyjemność. A bieganie sprintem czy ostry trening kardio aż „do pożygu” jest treningiem, nie przyjemnością. Przyjemny trening, to zły trening. Nieprzyjemny trening, po którym słaniasz się idąc do domu to dobry trening. Podobnie postrzegam pracę. Dobra praca, to taka w której dajesz z siebie wszystko i mimo iż nie jest do końca przyjemna, wracasz po jeszcze. Chcesz się rozwijać i mimo trudów chcesz więcej i więcej.

Więc może trafniejszym określeniem, jest to że dobra praca to taka praca, którą jesteś gotowy wykonywać nawet gdy Ci nie będą za to płaci? Czy faktycznie to będzie dobra praca? Nie uważam tak, trzymając się definicji, że każda praca musi dawać pieniądze, a każda firma zysk. Zysk czy dobra zapłata, jest miernikiem użyteczności, przydatności dla innych ludzi, czyli klientów. Klienci płacą Ci pieniędzmi, za które kupujesz coś czego potrzebujesz. A jeżeli nie potrzebujesz tego bezpośrednio od swojego klienta, to on musi coś sprzedać lub zrobić dla kogoś trzeciego, czy czwartego kto zapłaci mu pieniądze.

Jak więc odkryć czy to co robisz, jest tym co kochasz? Skoro dobra praca to taka w której dostajesz wycisk i pracujesz dla pieniędzy? Jak rozpoznać taki rodzaj pracy od po prostu pracy, w której też dostajesz wycisk i Ci płacą pieniędzmi? Trochę zajęło odkrycie mojej własnej definicji, a przyszła niespodziewanie niedawno, nieubłaganie wraz z rozwojem firmy.

W ostatnim czasie miałem parę interesujących ofert sprzedania moich udziałów w IAI S.A. Kwoty, które mi oferowano umożliwiłyby mi dostanie życie, bez stresu i trudu, niekoniecznie na taniej wyspie i sączenie drinka z kokosa. I w chwili gdy dostajesz dobrą ofertę, możesz odejść z programu Milionerzy z gwarantowaną wygraną spotykasz się właśnie z absolutem – odpowiedzią na pytanie, czy kochasz to robisz?

Ja kocham, dlatego wszystkie te oferty odrzuciłem. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że kocham to co robię, nie dlatego, że moja praca jest lekka. I nie dlatego że jestem gotowy ją robić nawet gdyby mi nikt za nią nie płacił. Ale właśnie dlatego, że ją kocham za to że czyni życie każdego dnia bardziej skomplikowanym, zmusza mnie do rozwoju i czuję, że każdego dnia poprawiam życie kogoś tam na końcu światłowodu.

Garść osobistych przemyśleń po otrzymaniu osobistego, eKomersa za szczególny wkład w rozwój polskiego rynku e-commerce

pfornalski

9 października minęło 16 lat i 6 dni od wieczoru, podczas którego napisałem pierwszą wersję IAI-Shop.com (patrz „Startup.com - cz. 4 - czyli jak to się stało, że zacząłem robić sklepy internetowe”). Rok temu, IAI-Shop.com zdobyło pierwszego eKomersa w kategorii „Najlepsza platforma sklepowa”. Od rana trwały Targi eHandlu. Ekipa IAI-Shop.com przyjechała już dzień wcześniej. Ja przyleciałem rano samolotem, a po drodze na targi odbyłem jeszcze jedno spotkanie. Przybyłem na 12:30, po krótkim rekonesansie i o 13:20 miałem występ na sali prezentacji z przygotowaną prezentacją na temat „One Page Shop”, tego jak je budować, czym się różnią od typowych sklepów i w czym są lepsze od landing pages (landingów). Stresowałem się, bo prezentacje były szybkie, na każdą 15 minut. Chciałem dużo pokazać, w fajnej, bardzo dynamicznej i animowanej formie, czego nigdy nie robię. Postanowiłem, że to będzie ostatnia moja publiczna prezentacja w temacie sklepów internetowych na najbliższe kilka miesięcy. Chciałem, aby mnie dobrze zapamiętano. I chyba się udało, bo wiele osób mi mówiło, że to jedna z lepszych prezentacji jakie widzieli. Jak będzie gdzieś w sieci, ocenisz sam.

XI_Targi_eHandlu_prezentacja_201611091

Kadr z filmu reklamowego XI Targów eHandlu i ja na scenie.

Podpiąłem mojego Macbooka, bo defaultowy był za słaby i próbowałem nim sterować z telefonu z Keynote. Wybiła godzina zero, na sali z 300 osób albo więcej. Poszło super, stres minął. Potem tylko z 10 dłuższych rozmów i szybki transport do hotelu. W hotelu szybki prysznic, przedarcie się przez kilkadziesiąt emaili i ticketów i w drogę na Stadion Narodowy. Na miejscu jeszcze jedno spotkanie przed Galą eKomersów i zaczyna się. Kolejne kategorie, kolejni nominowani i zwycięzcy. Wreszcie doszła kategoria w której startowaliśmy „Najlepsza platforma sklepowa”. Nominowani ... i jest, IAI-Shop.com po raz drugi najlepszą platformą sklepową. Jest moc, bo uważam, że nasi konkurenci są naprawdę mocni i trzeba pamiętać, że to nie jest konkurs w którym wygrywa największy, tylko najlepszy, co oceniają klienci i ludzie z branży. Siadam wniebowzięty, smsuje zdjęcie do ekipy wracającej samochodem, wysyłam zdjęcie do żony, Sebastiana.

Nagle ... słyszę „... otrzymuje Paweł  Fornalski. Brawo!”. Podnoszę głowę i ludzie którzy siedzieli koło mnie składają mi gratulacje, odruchowo wstaję, idę w stronę sceny. Pytam się po drodze znajomego o co chodzi, wyjaśnia mi. Docieram na scenę i dostaję złotą statuetkę eKomersa 2016 w kategorii osobistość roku, nagroda specjalna za szczególny wkład w rozwój polskiego e-commerce. Takiej kategorii nie było w konkursie, nie spodziewałem się więc ani pewnie nikt inny. Dosłownie mnie zatkało. Na scenie powiedziałem coś w rodzaju „O kurde! Nie wierzę”. Na serio, to było coś co mnie ruszyło. Zatkało mnie.

Specjalny_eKomers_dla_Pawa_Fornalskiego_statuetka

Mój złoty super ekomers.

Rozmowy i spotkania tego dnia trwały jeszcze do późna w nocy. Następnego dnia miałem już umówione spotkanie na 10:00 i na 11:00, potem na 12:30 i popołudniu lot do kolejnego miasta.

Ta nagroda jest dla mnie szczególnie ważna. Ekomersy to moim zdaniem najsprawiedliwsza a więc i najbardziej motywująca impreza branżowa i nagrody branżowe. Dla mnie to jak nagroda Akademii Filmowej. Otrzymanie Oscara specjalnego, tylko dla mnie, nie dla firmy jest świetną motywacją do tego, aby iść dalej. Że to nie jest tak, że tylko ja widzę co udało się osiągnąć. Staram się oddziaływać na rynek, starając się sprawić, że to w co wierzę, czyli że ecommerce jest jedną z największych innowacji 21 wieku i że to od ludzi z branży zależy czy będzie się rozwijał, czy stał w miejscu. Teraz wiem, że 16 lat, konsekwentnej pracy nad tym aby konsumenci mieli dużo zaufania do tego co w sklepie internetowym kupują i że to do nich dojdzie, zostało przez kogoś zauważone, docenione. Dla polskiego ecommerce poświęciłem pewnie najlepsze lata mojego życia. Fajnie, że ktoś to docenił.

Ktoś z boku może sobie pomyśleć, że co mi z tego eKomersa. Po co tak przeżywam Deloitte Technology Fast50, kiedyś IAI, teraz Traffic Trends, co mi po nagrodzie Prezydenta Miasta, Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego, Perłach biznesu i kilku innych nagrodach? Otóż, jak jesteś przedsiębiorcą, to poświęcasz dla innych bardzo wiele. W tym roku 1,5 miesiąca byłem poza domem, co jest i tak skromną ilością dni w porównaniu do Rafała Brzoski czy Michała Sadowskiego. Ja jednak pracuję bardzo intensywnie produktowo i staram się jak najmniej podróżować, aby nie tracić czasu (patrz „Videokonferencje”). Urlopu miałem przy tym kilka dni roboczych. W przeszłości dla pracy poświęciłem praktycznie wszystko, nie wliczając zdrowia. Na koniec masz coś co na papierze jest warte X złotych. Zarabiam więcej niż większość moich znajomych, ale mniej od tych, którzy swoje pieniądze i biznesy odziedziczyli czy wyjechali do pracy w największych korporacjach informatycznych w USA. Ja zostałem w Polsce, staram się coś tu zbudować, starając się nie słuchać polityków, dla których każdy kto ma więcej niż 7000zł na miesiąc, jest oszustem i złodziejem. Pocieszam się, że w kontaktach osobistych wchodzą w tyłek bez wazeliny. Staram się nie myśleć też np. o tym, że od 4 dni pod rząd siedzę po pracy, od 20:30 do 23 przed laptopem mimo iż pracowałem rano przed pójściem do biura i w biurze 8 godzin, i kradnę 1,5 godziny swojego czasu i resztki energii do tego, aby Oliwia nie czuła, że miałem cholernie ciężki dzień. Więc po przeczytaniu bajki na dobranoc, wyciągam laptopa i pracuję, by na koniec paść na łóżko. Jak trzeba, tak się pracuje. Własna firma to nie etat, dlatego ktoś kto pracuje całe życie na etacie nawet nie ma szans zrozumieć kogoś kto buduje własną firmę od lat.

Przez lata przyzwyczaiłem się, że nikt poza mną i paru najbliższych osób w firmie nie ogarnia co mnie kręci. Moja żona nie ma pojęcia większego nad czym pracuję, ma swoje zmartwienia. Rodzice już dawno nie ogarniają tego co nawet im tłumaczę. Może pies? Pies chyba rozumie najwięcej, bo jak mu tłumaczę to robi bardzo mądrą minę i wszystkiego cierpliwie wysłucha. I chyba na tym to polega, że jak jesteś facetem, to sukcesem jest to, że bliscy w naszym otoczeniu, po prostu na nas polegają i nie traktują tego że coś jest, jako stan z którego się cieszą, bo jak dobrze to ogarniasz to nie ma, że nie ma.

A nie zawsze wszystko się udaje. O porażkach nie wypada opowiadać, takie mamy czasy. Jak zacznę się żalić, to ludzie pomyślą że coś idzie nie tak, kurs akcji spadnie. Jak się pochwalę za wcześnie i nie wyjdzie, to też mi się oberwie za to, że czegoś nie zrobiłem. Staram się więc nie mówić za wiele o tym co robię i nad czym pracuję. Jak wyjdzie to wyjdzie. Wie to tylko kilka osób z mojego otoczenia i już jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że wolę spędzać czas z tymi z którymi pracuję, pracownicy IAI, partnerzy, klienci niż z tzw. „przyjaciółmi”, tymi klasycznymi od wina. Zresztą od kiedy wina nie piję, to jak by ich mniej już było. Więc, gdy dostaję „jakąś tam durną nagrodę”, to wiem że coś w zamian mam, ktoś to docenił, ktoś na kim mi zależy. Bo jak już wychodzi, to taka nagroda jest docenieniem tego, czymś co każdy przedsiębiorca musi mieć w zamian za swoją niestandardowo ciężką pracę. To coś innego, niż tylko pieniądze na koncie, których i tak pewnie nigdy nie wydam, bo jak już zacząłem budować firmę, to nigdy nie skończę. Chcę aby IAI na koniec roku urosło mniej więcej do 160 osobowej firmy, generującej przynajmniej 30 milionów netto przychodu. Za 15 kolejnych lat chciałbym dojść do jednego z moich celów, czyli firmy wartej miliard dolarów. Tego jednak nikt nie doceni i nie zauważy. Bo po drodze przejdę etap 100 mln, 500mln i ludzie po drodze przyzwyczają się do tego, że „temu to się udaje, był przecież bogaty jak zaczynał”. A przecież nikt poza mną i Sebastianem nie wie, czego nie mieliśmy, albo właściwie szybciej wymieniłbym co mieliśmy (patrz „Startup.com - cz.1 - nie musisz mieć nic poza wolą”).

Gdybyś się zapytał co chciałbym wygrać, to są to np. nagrody E&Y Enterpreneur of The Year (polska edycja „EY Przedsiębiorca Roku”). Póki co w ubiegłym roku otarłem się o nominację i do finału nie wszedłem. Chciałbym aby IAI ponownie zdobyło Deloitte Technology Fast50, co byłoby wydarzeniem bez precedensu, bo uwzględniając 5-letni okres mierzenia obrotów, jak ktoś raz wypadnie z 50-tki, nie wraca już nigdy. Ja wierzę, że IAI się uda, bo to rynek z ogromnym potencjałem i świetny zespół, o czym dalej w wywiadzie. Czas pokaże i fajnie będzie przytoczyć ten post wtedy, pokazując że to zaplanowałem, a nie że wyszło samo. Jak to zrobię? To proste, IAI będzie obsługiwało 50% transakcji ecommercowych w Polsce na rynku towarowym i rezerwacjach hotelowych.

Dodatek: Wywiad dla Magazynu eHandel z okazji otrzymania nagrody

Wreczenie_nagrody_eKomersa_dla_najlepszej_platformy_sklepowej_dla_IAIShop.com_20161109

Zdjęcie przedstawia wręczenie statuetki eKomersa 2016 w Kategorii Najlepsza platforma sklepowa dla IAI-Shop.com. Źródło: https://ehandelmag.com/wiem-co-chce-robic-i-robie-to-pawel-fornalski-o-statuetce-superekomersa,1754

Statuetkę EKOMERSA w kategorii Specjalny wkład w rozwój branży eCommerce odbierał niemal 16 lat po tym, kiedy napisał pierwszy fragment kodu, który stał się podstawą do stworzenia najpopularniejszego ecomersowego SaaS w Polsce. Paweł Fornalski - pasjonat kalisteniki i hokeja. W środowisku hiphopowym dawniej znany jako „Hex”, dziś jest prezesem notowanej na NewConnect spółki IAI S.A., ale to nie znaczy, że stał się nieosiągalny dla właścicieli ponad 3500 sklepów, które zdecydowały postawić swój biznes na napisanym przez niego SaaS`ie. Pojawia się na imprezach branżowych, regularnie pisze bloga i nie ukrywa swojego adresu mailowego.

FP20: Jesteś tegorocznym laureatem EKOMERSA w kategorii SPECJALNY WKŁAD W ROZWÓJ eCOMMERCE. Pytany o kamienie milowe swojej działalności, unikasz wyróżnienia jednego wydarzenia, a pamiętasz jak pomyślałeś, że eCommerce to jest TO czym chcesz się zajmować?

Paweł Fornalski: Faktycznie nie ma takiego jednego momentu, który byłby przełomowy. Wynika to z tego, że spełniam tzw. duży plan. Mam od ponad 15 lat ułożony cel i wizję, które realizuję. Nie pozwalam, by szczęście i przypadki rządziły osiągnięciami, urzeczywistniam to wszystko konsekwentnie, dostosowując do zmieniających się warunków. Osoby z zewnątrz widzą finalne osiągnięcie, ja widzę wiele drobnych wydarzeń, które na koniec ułożyły się w jedno dzieło. Jeżeli chodzi o odkrycie w sobie do tego powołania, to zaczęło się to w 1997 czy 1998 roku. Opanowałem świetnie HTML i JavaScript, byłem jednym z lepszych ekspertów w regionie w tym temacie. Pewnego dnia, rodzice pokazali mi sklep internetowy w USA. Pamiętam jak siadłem i próbowałem zrozumieć jak to jest zrobione przy pomocy HTML i JavaScript. Zrozumiałem, że część rzeczy musi dziać się na serwerze. Siadłem więc i zacząłem się uczyć jak napisać tzw. CGI, aby obsłużyć sesję i koszyk sklepu internetowego. Później dostałem się na dwa kierunki studiów. Hitem sezonu był wówczas marketing i zarządzanie, tym drugim kierunkiem była informatyka. Ostatecznie padło na Informatykę. Mało kto wie, że nawet na pierwszym roku informatyki, rozważałem powrót na marketing i zarządzanie. Niedługo później jednak ruszyliśmy z Sebastianem Mulińskim z projektem portalu społecznościowego Hip-Hop.pl, który współtworzyłem technicznie, dalej trafiliśmy na człowieka, z którym prowadziliśmy jeden z większych w tym czasie sklepów internetowych Skateshop.pl. Wtedy wszystko poskładało się dla mnie w jedną całość. Ecommerce jak to teraz nazywamy, łączył dla mnie marketing i informatykę, handel, którego nauczyłem się od rodziców, którzy mieli trzeci prywatny sklep spożywczy w Szczecinie. Wszystko w jednym. Od 16 lat wiem już co chcę robić i po prostu to robię :)

FP20: Na swoim blogu piszesz, że "za ciężką pracę nie należy ci się medal". Ty sam nie unikasz ciężkiej pracy, ale na pewno są rzeczy, z których jesteś szczególnie dumny (pytam oczywiście o Twoją pracę).

Paweł Fornalski: …bo nie chodzi o to, aby po prostu ciężko pracować, chodzi przede wszystkim o to, by mądrze pracować. Łatwo to wytłumaczyć na podstawie tego, że można zbudować drogę, potem ją rozwalić i budować rury. Chodzi o to, aby najpierw położyć kable, potem rury, potem zbudować drogę, tak by każda czynność przybliżała nas do celu. Oczywiście nie można wpaść w przesadę i perfekcjonizm, bo gdybym od razu budował to co ma być za 20 lat, pewnie nigdy by się to nie wydarzyło, chociażby dlatego, że po drodze trzeba zarabiać pieniądze. Jestem więc dumny przede wszystkim z tego, że udaje mi się godzić intensywną pracę z życiem prywatnym i byciem ojcem. Nie takim, którego dziecko może oglądać tylko w gazecie lub telewizji, ale takim, który jest wtedy, gdy go potrzeba i na co dzień, aby zaszczepić w dziecku swoje wartości. Zawodowo jestem dumny z tego, że udało mi się stworzyć bardzo fajny zespół, który składa się z najlepszych fachowców, skromny, kompetentny i pracowity. A do tego cieszy mnie to, że to wszystko po latach udało się opakować w fajne biuro i jeszcze generować zyski.

FP20: Dzięki serdeczne za rozmowę! :)

Startup.com - cz. 4 - czyli jak to się stało, że zacząłem robić sklepy internetowe

pfornalski

7 października to dla mnie szczególna data. Dzisiaj mija 15 lat od czegoś zupełnie przypadkowego, co zmieniło dalszy bieg mojego losu. Po 5 latach od napisania „Startup.com – cz. 3 – konsekwencja w działaniu” czyli historii powstania Hip-Hop.pl przyszedł czas aby napisać kolejną część, która mam nadzieję zainspiruje kolejne osoby do tego, jak z niczego można stworzyć ciężką pracą coś swojego. Zacznijmy ...

Był początek wakacji roku 2000, skończyłem drugi rok. Hip-Hop.pl ruszył jako e-zine (elektronicznie wydawana i rozsyłana gazeta), pojawiła się pierwsza wersja strony. W tym czasie pracowaliśmy ciągle wyłącznie w oparciu o serwer wypożyczony nam przez Optimus ATS. Czuliśmy się coraz pewniej, zyskiwaliśmy coraz więcej użytkowników. W tym momencie rozwoju, chcieliśmy dodać muzykę w mp3. Niestety dysk twardy serwera jaki mieliśmy nie pozwalał na zrealizowanie tego planu. Ponieważ mieliśmy już trochę odwiedzających czas było poszukać reklamodawców, którzy w zamian za reklamę sfinansowali by zakup tych dysków. Przez lipiec i sierpień przeszliśmy całe miasto, odwiedziliśmy mnóstwo firm. Niestety, nikt nie chciał dać nam złamanego grosza. A wydawało się, że wszystko robimy dobrze. Chodziliśmy po działach marketingu różnych firm i obiecywaliśmy nawet wieczystą reklamę.

Oferta_sponsoringu_na_HD_Bosman

Jedna ze złożonych w lipcu 2000r. ofert dla Browaru Szczecin.

W naszych ofertach umieszczaliśmy też jako zachętę to, że mogę w zamian takiej firmie wykonać sklep internetowy. M.in. odwiedziliśmy kilka sklepów z odzieżą hip-hop'ową tzw. skateshopów. Pamiętam jak największemu w tym czasie sklepowi tłumaczyłem, że Internet to przyszłość, ale jakoś stwierdzili że widzą to inaczej. We wrześniu pojechałem na wakacje do Chorwacji. Tak przy okazji to były ostatnie do tej pory 2-tygodniowe wakacje. Po powrocie czekała na mnie świetna wiadomość: Sebastian z Wojtkiem (jeden z założycieli) odwiedzili jeszcze Andegrand, mały sklepik w centrum Szczecina, który sprzedawał glany i trochę towaru skateshopowego. Okazało się, że chce skorzystać z naszej oferty, ale nie dla reklamy, ale dlatego, że chce mieć sklep internetowy. Doszło do tego przez całkowity przypadek. Parę dni przed tym zanim Sebastian (w drodze jakiegoś już desperackiego kroku) odwiedził zupełnie nieistotny na mapie polskiego hip-hopu sklep, właściciel tego sklepu leciał z Turcji samolotem. Podczas tego lotu, na siedzeniu obok niego siedział jakiś obcokrajowiec i ten właśnie facet w jakiejś zagranicznej gazecie przeczytał, że handel internetowy i "dotcomy" to przyszłość. Zapytał się go więc "czy on jest w Internecie". I właśnie takim dziełem przypadku, gdy trafił na naszą ofertę, stwierdził że to właśnie ten moment aby w Internecie się znaleźć.

Takim oto przypadkiem mieliśmy sponsora na nasze wymarzone 2 dyski twarde. Dzisiaj, gdy o tym myślę to uśmiecham się sam do siebie. Nie stać nas było na wyłożenie 1460zł, więc musieliśmy za tym biegać przez 2 miesiące po całym mieście. Teraz w IAI wydajemy po 20 tys. miesięcznie na zakup komputerów dla pracowników.

Spotkałem się z Robertem Kursa i pytam się go „Czy możemy Ci uruchomić jakiś gotowy system sklepu internetowego np. OsCommerce?”. On powiedział, że to musi być napisany dla niego system, ponieważ przejrzał wszystkie programy i żaden nie nadawał się do sprzedaży ubrań. Powód? Wszystkie skrypty były tworzone z myślą o księgarniach internetowych albo sprzedaży komputerów. Więc nie obsługiwały rozmiarów. Sprawdziłem to i miał rację, trzeba było to napisać od zera.

7 października 2000r., po rozpoczęciu mojego 3 roku studiów, nadeszła pierwsza sobota. Było to równo 15 lat temu, siadłem do komputera i zacząłem pisać. Parę godziny później miałem pierwszy kawałek kodu, który służył za koszyk. Następnego dnia rano dokończyłem pracę i powstało coś co dzisiaj nazwałbym MVP (ang. Minimum Viable Product) czyli zestaw skryptów, który obsługiwał koszyk, dawał możliwość eksportu zamówień przez phpMyAdmin. Dzięki któremu mogłem wystawić przez firmę mojego ojca fakturę na zakup dysków twardych. 7 października był więc dniem poczęcia IAI-Shop.com. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to jeden z ważniejszych momentów w moim życiu. Właśnie powstał zarodek czegoś, co rozwijałem sam przez parę kolejnych lat i co stało się po paru latach IAI-Shop.com, by w 2009r. zadebiutować na giełdzie jako IAI S.A. (patrz „Próba błękitnego wazonu, czyli debiut IAI na NewConnect 5 lat temu”).

<? 
$wartosch=0;
require ("header.php3");
print ("<br><br><p><b>&nbsp; Tak wygląda twój koszyk:</b>");
$query="SELECT * FROM zamawiane WHERE idz='$id'";
$result=mysql_db_query($base,$query,$mysql_link);
$x=mysql_fetch_array($result);
if ($x["hurt"]) $hurt=true;
else $hurt=false;
$query="SELECT * FROM koszyk,towary WHERE zamowienie='$id' AND koszyk.produkt=towary.id";
$result=mysql_db_query($base,$query,$mysql_link);
$nor=mysql_numrows($result);
$wartosc=0;
if ($hurt) $wartosch=0;
if (!$nor) print ("<h2 align=center><br>Twój koszyk jest pusty!</h2><br>");
else print ("<table border=0 align=center width=98%>");
for ($i=0; $i<$nor; $i++)
{
print ("<tr><td class=towar>");
$x=mysql_fetch_array($result);
print ("<b>Nazwa</b>: ".$x["nazwa"]);
print (" <b>opis</b>: ".$x["opis"]);
print ("<br><b>ilosc</b>: ".$x["ilosc"]);
if ($hurt) $cena=cenor($x["cenahurt"],$x["vat"]);
else $cena=cenor($x["cenadetal"],$x["vat"]);
print (" cena jed. brutto: <b>".$cena."</b> zł");
$wartosc=$x["ilosc"]*$cena;
if ($hurt) print (" wartość hurtowa pozycji <b>$wartosc</b>zł");
else print (" wartość pozycji <b>$wartosc</b> zł");
$wartosch+=$wartosc;
print ("</td><td>");
print ("<form action=delbasket.php3 method=get>");
print ("<input type=\"hidden\" name=\"towar\" value=\"".$x["id"]."\">");
print ("<input type=\"Image\" src=\"kosz.gif\" alt=\"Usuń towar z koszyka\">");
print ("</form></td>");
if ($x["ilosc"]>1)
{
print ("<td>");
print ("<form action=basketminus1.php3 method=post>");
print ("<input type=\"hidden\" name=\"towar\" value=\"".$x["id"]."\">");
print ("<input type=\"Image\" src=\"minus1.gif\" alt=\"Usuń 1 sztukę towaru z koszyka\">");
print ("</form></td>");
}
print ("<td>");
print ("<form action=basketplus1.php3 method=post>");
print ("<input type=\"hidden\" name=\"towar\" value=\"".$x["id"]."\">");
print ("<input type=\"Image\" src=\"plus1.gif\" alt=\"Dodaj 1 sztukę towaru z koszyka\">");
print ("</form></td>");
if ($hurt)
{
print ("<td>");
print ("<form action=setbasket.php3 method=post>");
print ("<input type=\"hidden\" name=\"towar\" value=\"".$x["id"]."\">");
print ("<input type=\"text\" name=\"ilosc\" size=\"4\" maxlength=\"4\" value=\"".$x["ilosc"]."\">");
print ("</td>");
print ("<td>");
print ("<input type=\"Image\" src=\"setbasket.gif\" alt=\"Ustaw ilość na podan±\">");
print ("</form></td>");
}
print ("<td>");
print ("<form action=projektor.php3 method=POST>");
print ("<input type=hidden name=plik value=".$x["id"].">");
print ("<input type=\"Image\" alt=\"Pokaż szczegóły produktu\" src=\"lupa.gif\" required=\"Yes\">");
print ("</form>");
print ("</td></tr>");
}
if ($nor) print ("</table>");
if ($hurt) print ("<p>&nbsp; Wartość po cenie hurtowej wynosi: <b>$wartosch</b> zł");
else print ("<p>&nbsp; Wartość zamówienia wynosi: <b>$wartosch</b> zł");
if ($wartosch<$minimalne_zamowienie)
{
print ("<br><br>");
print ("<table border=0 align=left width=647><tr><td>");
print ("<p align=justify><b>Uwaga:</b><br>Minimalna wartość zakupów to <b>$minimalne_zamowienie</b> zł - brakuje Ci jeszcze <b>".($minimalne_zamowienie-$wartosch))."</b> zł. Jeżeli twoje zamówienie spełni ten wymóg to poniżej pojawi się przycisk <i>Złóż zamówienie</i>.";
print ("</td></tr></table>");
}
?>
<p align=center>
<?
if ($wartosch>$minimalne_zamowienie)
print ("| <font size=\"+2\"><a href=order.php3>Złóż zamówienie</a></font> | ");
if ($wartosch) print ("<a href=emptybasket.php3>Opróżnij koszyk</a>");
?>
 

To co powstawało podczas tych 2 dni, nie miało być systemem sklepowym, a raczej kodem „na zaliczenie” napisanym tylko po to, aby móc skasować jakże potrzebne do Hip-Hop.pl wynagrodzenie. Zestaw skryptów z krótką instrukcją nagrałem na płytę CDR i umówiłem się z Robertem aby mu go przekazać. On nawet nie spojrzał na kod, tylko powiedział „Ale ja się nie znam na serwerach. Zapłacę Ci za te dyski, ale zróbmy inaczej: Będziemy tworzyli ten sklep razem, bo tylko tak mam pewność że zrobisz teraz i w przyszłości to co będzie niezbędne aby ten sklep odniósł sukces. Dostaniesz 4% od obrotów tego sklepu, bez górnego limitu”. Tak zdałem sobie sprawę z tego, że sprzedawcy nie potrzebują programów, tylko działających usług czyli coś co potrafię im zapewnić.

Oczywiście od skryptu koszyka do działającego sklepu internetowego było potrzebnych jeszcze parę miesięcy wspólnej pracy mojej, Sebastiana i Roberta. A do produktu sprzedawanego różnym firmom potrzebnych było wiele przepracowanych wieczorów, nocy i dni. Ale to już temat na inną opowieść.

Dzisiaj wiem, że kluczem do powstania firmy o aspiracjach globalnych, wycenianej dzisiaj na giełdzie na 50mln złotych, tworzonej z zera, był upór i to, że po prostu potrafiłem to zrobić. Ale nade wszystko wiem, że był to przypadek i szansa, którą po prostu wykorzystaliśmy właściwie.

Możesz mieć wiecznie młodą firmę

pfornalski

Po takim dniu jak wczorajszy, wiem że dreszcz emocji związany z pracą w startupie jest zależny od poziomu energii i entuzjazmu jaki masz do zmian, a nie od tego ile lat Twoja firma istnieje. To taka luźna refleksja, bez większego i głębszego podtekstu. Ale ciągle, po 15 latach moje dni wyglądają tak, że wychodzę z biura o 19:30, a za obiad robi mi batonik z automatu, 3 kawy i puszka Mountain Dew. Po całym dniu, czujesz się jak byś przebiegł maraton, ale to uczucie następnego dnia, gdy wstajesz pełen energii i nie możesz się doczekać kolejnych wyzwań jest najlepszy. No i oczywiście ta huśtawka nastrojów, gdy jednego dnia stawierdzasz "mój projekt jest do bani, inni są lepsi" by za chwilę dostać 2 pozytywne impulsy "we rock!". I wtedy zdajesz sobie sprawę z tego, że masz ładniejsze biuro, większy budżet, ale nadal ryzykujesz, stawiasz wszystko na innowację i kwestionujesz status quo ... nawet swój własny sprzed roku.

Zachęcam do odkrywania swoich firm na nowo, stawiania sobie nowych wyzwań i w trudzie i bólach osiągania postawionych celów. Bo gdy przestaniesz je stawiać, gdy zaakceptujesz 5% wzrostu jako "też fajny wzrost którym trzeba się cieszyć, bo innym w tym czasie spadło", to niestety przestaniesz być startupem. Nie ma przy tym znaczenia, czy masz 1mln przychodu rocznie, 10, czy 100. Startup kończy się, gdy kończy się Twoja chęć do ciągłego rozwoju i doskonalenia samego siebie.

Nie znasz gwiazd ze swojej branży? Nie szkodzi.

pfornalski

Wiadomo, że czytanie wiadomości ze swojej branży jest ambitniejsze niż zaglądanie do szklanego okienka co słychać u Złotopolskich. Jednak tak na prawdę liczy się to co zrobi się dla swoich klientów lub użytkowników. Jakie problemy rozwiąże produkt i w efekcie ile ludzie ci za niego zapłacą. Myślenie, że klepanie po ramieniu i nawet przyznawane przez grono ekspertów nagrody niewiele pomogą, jeżeli żaden klient nie kupi twojego produktu. Branża startupów pod tym względem zaczyna przypominać sztukę: krytycy recenzują spektakl lub film w kinie pisząc dobrze lub źle. Część ludzi głęboko siedzących w sztuce bierze to sobie do serca. A tym czasem zupełnie nieskorelowana z oceną krytyków jest ilość sprzedanych biletów na poszczególne przedstawienia lub filmy. Podobnie jest z produktami. Możesz mieć fatalny w ocenie ekspertów produkt, system, stronę itd. a jeżeli ona sprzedaje to odnosisz sukces. Jeżeli nie sprzedaje, to nawet po otrzymaniu setek nagród jesteś w ciemnej ... piwnicy. Dlatego m.in. od stycznia, zgodnie z moim zeszłorocznym postanowieniem po ostatnim wystąpieniu na Auli, nie możecie mnie spotkać na barcampach, startup-sabatach czy innych wydarzeniach, które nie przyczyniają się do zwiększenia sprzeaży. Poza jednym wystąpieniem w ramach Global Startup Challenge, w którym obiecałem wystąpić jeszcze w 2010r. nie zgadzam się na żadne wystąpienia, chyba że są to płatne prelekcje, wygłaszane tylko i wyłącznie dla zarobku. Nie pompując mojej próżności wystąpieniami dla ludzi, którzy z racji tego, że są na początku drogi osiągnęli mniej, mam 100% energii dla mojego biznesu. W efekcie jestem bardziej wypoczęty a IAI ma lepsze wyniki niż kiedykolwiek wcześniej. Pieniądze lubią spokój, a ja polubiłem i pieniądze i spokój. Innym też to radzę.

Moją wielką słabością i wadą jest to, że nie pamiętam nazwisk, imion i często oprócz tego, że po twarzy poznaję kogoś, że go znam, nie bardzo potrafię przyporządkować go do konkretnego stanowiska, firmy czy tego co robi. Dlatego tym bardziej kłopotliwe są dla mnie tzw. rozmowy kuluarowe w których plotkuje się co ten i tamten człowiek osiągnął, zrobił, jaki projekt stworzył itp. Szczególnie słabo kojarzę co się w świecie startupów dzieje w kwestii niezwiązanej z moją branżą, czyli sklepów internetowych. Po części jest to spowodowane moją osobową dysleksją, a częściowo przez to, że mam zasadę, iż naśladując lub żyjąc życiem innych dojdę tylko tak daleko jak osoby, które naśladuję. A zawsze chciałem zajść dalej.

Ostatnio zastanawiałem się nad tym, że nowe pokolenie startupowców tak wiele czasu spędza na różnego rodzaju konferencjach, zjazdach itp. Zaczyna to wręcz przypominać zjazdy ludzi od network marketingu na których wzajemnie się napędzają i indoktrynują. Zaczynają żyć swoim życiem, oderwanym od rynku i rzeczywistych potrzeb klientów. Paradoksalnie co raz pojawia się informacja prasowa o kimś kto odniósł rzeczywiście wielki sukces, jednak nie widzę aby byli to ludzie ze środowisk startupowych Przecież każdy z przedsiębiorców ma swój własny biznes. Biznes to taka dziedzina w której konkurencja jest wpisana w fundamenty operowania. Współpraca jest kluczem do sukcesu, jednak czy spędzanie długich godzin na kolejnych startup-sabatach czy śledzenie plotek ze świata e-commerce rzeczywiście przybliża do osiągnięcia sukcesu? Czy Mark Zuckeberg chodził na spotkania dla startupowców? Zamiast to robić, skupiał się wyłącznie na swoim zadaniu, względnie pozyskiwaniu bezpośrednio pieniędzy na kolejne etapy rozwoju swojego projektu. A inwestorzy oferują mu coraz wyższe wyceny tylko i wyłącznie ze względu na to, że Facebook.com pokochało tak wielu ludzi.

5-10-15 - ile badziewnych startupów jeszcze potrzeba?

pfornalski

Większość osób, nie znających historii rynku IT nie wie, że wprowadzony w styczniu 1984r. Słynny komputer Macintosh wcale nie był sukcesem firmy Apple. Przez parę następnych lat firma żyła głównie ze sprzedaży Apple II swojego starszego komputera, a komputery takie jak Comodore były dużo większym sukcesem rynkowym. Czego zabrakło po szumnym przedstawieniu Macintosha? Zabrakło tzw. Follow-up, lub jak nazywa to Guy Kawasaki – zabrakło „churn” (ang., termin Guy'a Kawasaki).

Potwierdza to lektura wielu książek które przeczytałem o historiach firm. Zwłaszcza dwie: Revolution in The Valley Andy Hertzfeld, Rules For Revolutionaries Guy Kawasaki. Jest to dwóch insiderów Apple. Prawda jest taka, że kilkunastoosobowy zespół tworzący Macintosha wykonał nadludzką, genialną i zadziwiającą pracę. Prawda jest jednak również taka, że po premierze wszyscy oni byli tak wypaleni i chcieli odpocząć i w efekcie zabrakło energii na poprawienie wszystkiego tego co trzeba było ulepszyć i poprawić. Potrzebne były kolejne 2 lata pracy nad nową wersją. Tego zabrakło i Apple o mało nie zbankrutował. Tak, tak, wspaniały Apple miał być kupiony przez Oracle za grosze w latach 90-tych. Jeżeli ktoś nie wierzy, polecam książkę On The Firing Line Gill Amelio.

Bez dwóch zdań na nogi postawił Apple Steve Jobs, który wrócił do niego w 1997r. Mamy rok 2010 i Apple ostatnio czytałem że Apple jest już większą firmą niż Microsoft. Ile zajęło Jobsowi postawienie na nowi wielkiej, znanej firmy z historią i klientami, będącej spółką publiczną i pupilką amerykańskich władz? Bez mała 10 lat. Tyle trzeba często aby osiągnąć coś stabilnego i udowodnić sobie i inwestorom, że pomysł ma sens. Tyle czasu kontynuowano konsekwentne poprawianie linii produktowej.

Jak to się ma do polskiego podwórka? Otóż co chwila słyszę o Start-up Jam, Start-up Chalange. Na barcampach, seedcampach i crap-campach ciągle mówi się o kolejnych start-upach tych samych ludzi. Wypada wiedzieć co X teraz założył, albo co Y teraz współtworzy. Za to Z od 9:00 do 11:00 pracuje w Abla, by od 12:00 do 14:00 pracować w Babla i wieczorkiem jeszcze dłubać przy Chabla, będąc w międzyczasie konsultantem w Dubli. Światek blogów i start-upów zaczął żyć swoim życiem, oderwanym moim zdaniem od rynku. Jest rynkiem dla samego siebie, a to nie wróży zrobieniem na prawdę użytecznych rzeczy. Powstał nowy gatunek człowieka – Startauphapiens i UEconomy. Startuphapiens żywi się kolejnymi startupami, niusikami, bankiecikami i informacjami o newsikach. Ma już nawet Magazyn START UP. Żeby zwiększyć szansę przetrwania w ewolucji czyli szansę na dotację zakłada się 5, 10 i 15 start-upów jednocześnie. Ciekawe czy przy 20 dają zniżkę w KRS i ekstra kupon na 2 ZUSy? A przecież w ten sposób przypomina to loterię w której skreśla się 20 losów w nadziei, że jeden z nich wyjdzie. Rzadko się jednak zdarza, że za pierwszym razem strzela się w dziesiątkę. Dowodzą tego opisane w książce Founders At Work historie (patrz post „Recenzja książki Founders at work).

Taka sama historia jak np. PayPal dotyczy IAI którą kieruję. Zaczęliśmy od Hip-Hop.pl, wydawaliśmy papierową gazetę (patrz „O macierzy BCG słów kilka, czyli jak ubiłem gazetę Hip-Hop.pl”), zrobiliśmy 4 inne serwisy społecznościowe i w których wydawało nam się, że leży przyszłość firmy, aby ostatecznie to biznes, który był efektem ubocznym reklamy stał się biznesem nr 1. Czy zakładając kolejne start-upy wstrzelilibyśmy się w prawdziwe rozwiązania chmurowe, to co parę lat później nazwano SaaS i obwieszczono przyszłością informatyki? Na 100% nie. Tym czasem potrzebowałem 10 lat aby wiedzieć, że to co robię może być baaaaardzo duże i zmieni świat jak Facebook. Opowiem o tym kiedyś w osobnym poście. Fakt jest jednak taki, że potrzeba jeszcze parę lat aby tą pracę dokończyć i dlatego nie stać mnie na rozpraszanie się na cokolwiek innego.

Tak więc drogi, młody przedsiębiorco: zanim zrobisz 5 start-upów zastanów się który ma największą szansę zmiany świata na lepszy, wygenerowania dla Ciebie odpowiedniej ilości pieniędzy i zrób to najlepiej na świecie. Nie rób wszystkiego po łebkach, zatrudnionym na 100 godzin programistą i kolegą marketingowcem pracującym w 3 innych firmach. Przecież Steve Jobs nie zrobił obok Apple, 4 innych firm. Przecież Lary Page i Sergey Brin nie zrobili 10 innych start-upów tylko pracowali w Google i jemu poświęcali 100% energii, aby ostatecznie wprowadzić Ad Sense i zarobić miliardy. Nawet jeżeli duża firma Amerykańska na której się wzorujesz zrobiła coś rewolucyjnego, to i tak później pracowano kilka lat nad tym aby idea przetrwała. Tylko za taki produkt ludzie są skłonni płacić. Jeżeli można coś zrobić w 5 minut i zarobić krocie, za chwilę wszyscy to zrobią i zarobisz nic.

Mam nadzieję, że start-upowe szaleństwo skończy się wkrótce i ludzie zajmą się udoskonalaniem swoich gównianych pomyślików i w ten sposób powstaną fajne produkty których będę używał. Mam nadzieję, że zgliszcza upadłych start-upów uświadomią wszystkim że to nie o to chodzi, aby działalność zakładać, ale żeby ta działalność dawała zysk, podatki pracę a przede wszystkim aby ludzie pracującym tam mieli przekonanie, że zmieniają świat na lepszy i są w stanie utrzymać siebie i rodzinę bez wyjeżdżania za granicę. Pracuj tak aby Twoja firma stała się globalną marką i zapłaciła milion CITu. Wtedy przyrzekam Ci, że będziesz miał milion na dom, milion na jego dokończenie i milion co kolejny rok aby to wszystko utrzymać i to co miesiąc.

To tak dla tych, którzy chcieli by się trochę zainspirować, film na weekend:

Welcome to Macintosh

The documentary for the rest of us

Więcej na http://www.welcometomacintosh.com

KRS - dowód słabości państwa

pfornalski

O KRS pisałem już parokrotnie, nawet ostro. Dostawałem nawet w międzyczasie list od studenta prawa z niedowierzaniem, że tak w praktyce wygląda praca Krajowego Rejestru Sądowego, jak to opisuję. Niestety, ale tak właśnie jest. KRS w Polsce jest dowodem słabości państwa. Dowodzą tego chociażby ostatnie wydarzenia w TVP, gdzie minister Grad apeluje do KRS o pośpiech, a dzisiejszy poranek w TOK FM zdominowała dyskusja nad niekompetencją pracujących tam urzędników. Tym czasem z mocy prawa na KRS skazani są wszyscy prowadzący spółki w Polsce (z wyjątkiem spółek cywilnych).

Dla mnie KRS jest jedną z głównych bolączek prowadzenia firmy w Polsce. Gdybym miał wskazać w rankingu swobód w prowadzeniu firmy, problem i koszty wpisów do KRS umieściłbym na pierwszym miejscu. Praktycznie każda, najmniejsza zmiana musi być odnotowywana w KRS. Niby to logiczne, ale jeżeli uwzględni się koszt 680zł (650zł wpis i 30zł odpis) to przestaje być śmiesznie. Tylko w tym roku moja spółka na KRS wydała 2180zł a rok jeszcze się nie kończy.

Co otrzymujemy w zamian. Niekompetencja w sprawach wymagających analizy (pisałem o tym w 4 postach we wrześniu br. - patrz "Absurdów w KRS ciąg dalszy", "Dlaczego debile z KRS są bezkarni?", "Ustąpiliśmy KRS, co było do przewidzenia", "Ropa Pospolita - znowu problemy z KRS").

Tym czasem ostatnia operacja podwyższenia kapitału IAI S.A. (patrz "Koniec oferty prywatnej") jest operacją banalną. Inwestorzy wpłacili wszystkie środki w gotówce, na konto bankowe. Do KRS zostały przesłane umowy objęcia akcji oraz potwierdzone przez bank (każdy z osobna) dowody wpłynięcia środków. Przecież nic prostszego nie ma. Sprawa powinna zakończyć się w 5 minut. Tym czasem czekamy i czekamy i szlag mnie trafia. Przecież mamy już 1 października, niemal miesiąc później. Podawane przez prawników terminy "zazwyczaj 2-3 tygodnie" zupełnie nie obowiązują, skoro w okresie nieurlopowym, nieświątecznym, najprostsza operacja jest załatwiana 4 tygodnie.
Odwróćmy też sytuację, załóżmy że bylibyśmy upadającą firmą, która pilnie potrzebuje pieniędzy bo utraciła płynność. Znajdujemy inwestora i wpłaca nam pieniądze. Teoretycznie nie powinniśmy ich ruszać, do czasu rejestracji podwyższenia kapitału. Takie sytuacje występują w rzeczywistości (patrz mój post "Boo.com - przerażająca historia i recencja książki "boo hoo" by Ernst Malmstem"). W Polsce w takiej sytuacji każda firma zostanie uznana bankrutem.

Co nam pozostaje? Pozostaje nam podniecanie się kolejnymi wiadomościami telewizyjnymi, że w Polsce powstaje setna dolina krzemowa, że nasi programiści wygrali kolejny konkurs programowania i że kolejny start-up przeszedł do finału w jakichś tam zawodach dla start-upów. Tym czasem zapomnijmy wszyscy, że w Polsce powstaną porządnie i sprawnie działające firmy, jeżeli pod względem swobody działalności gospodarczej znajdujemy się w ostatniej dziesiątce krajów świata, nawet za Białorusią. A jednym z przykładów słabości naszego państwa opisany jest właśnie problem z KRS.

Dzisiaj będę na Barcampie w Poznaniu

pfornalski

Zapraszam dzisiaj od 13:00 na Barcamp w Poznaniu. Za godzinę wsiadam do pociągu i jadę do Poznania, aby po raz pierwszy wystąpić na Barcampie w tym mieście. Razem z Sebastianem przedstawimy dosyć ciekawą prezentację na temat tego, że w e-commerce wcale nie jest nudno, trwa wręcz rewolucja. W drugiej części chcemy krótko wprowadzić w tematykę IPO i będziemy do oporu do dyspozycji uczestników, zwłaszcza właścicieli start-upów. Chętnie opowiadamy o tym jak od zera zbudować sporej wielkości spółkę publiczną. Zapraszam.

Biznes i przyjaźń nie idą w parze

pfornalski

Święta były bardzo leniwym czasem. Dobrze czasami być zmuszonym do odpoczynku i naładowania baterii. W ten weekend nie przygotowałem żadnego, nowego posta. Pomyślałem jednak, że zarekomenduję Ci do przeczytania ciekawy materiał z Gazety Praca, który ukazał się dokładnie tydzień temu. Materiał do tego artykułu powstała pod koniec marca. Autorka została skierowana do nas przez jednego z naszych klientów, który polecił jej rozmowę ze mną, ponieważ jej teza była zgodna z tytułem, czyli że przyjaźń i biznes nie idą w parze. Jak było u mnie? Odpowiedź w materiale. Pozwoliłem sobie zarchiwizować sam fragment dotyczący mojej firmy:

(...)Czasem się udaje
Paweł i Sebastian znają się całe życie. Pierwszego spotkania nawet nie pamiętają. - Znali się nasi rodzice i tak też poznali nas ze sobą. Mieliśmy wtedy obaj ok. roku - wspomina Paweł. Dziecięca znajomość się rozluźniła, ale później koledzy spotkali się ponownie w liceum i od tamtej pory ich zawodowe ścieżki biegły już tym samym torem. Dziś Paweł i Sebastian to właściciele IAI System - szczecińskiej firmy, która zajmuje się projektowaniem i obsługą sklepów internetowych oraz witryny hip-hop.pl. - Na początku był hip-hop.pl i sześciu, a nie dwóch przyjaciół - mówi Paweł. - Hip-hop.pl założyliśmy dlatego, że redagowanie portalu o takiej treści sprawiało nam przyjemność. Kiedy po trzech miesiącach czwórka naszych kolegów zapytała gdzie są pensje, był to ewidentny znak, że trzeba się rozejść - wspomina Paweł. - Oni chcieli normalnej, etatowej pracy. A nam chodziło o coś innego. I tak zostaliśmy we dwóch. Ja i Sebastian - przywołuje początki.

Kiedy minęło dwa lata od początku istnienia Hip-hop.pl, przyszedł czas na eksplorację innych dziedzin. - Dziesięć lat temu potrafiłem coś, co wówczas było zupełną nowością. Projektowałem i opracowywałem programy do prowadzenia sklepów internetowych. Dzięki swoim umiejętnościom zdobyłem sponsora dla Hip-hop.pl i wtedy postanowiliśmy połączyć oba przedsięwzięcia. I tak trwa to już dziesięć lat - mówi Paweł. Klucz do sukcesu? Panowie sobie ufają i jak sami mówią - są "transparentni". Mają jasny podział obowiązków i dzięki temu nie konkurują ze sobą. - To jest bardzo zdrowy układ - przekonuje Paweł. - Ja zajmuję się IAI System, a Sebastian jest redaktorem naczelnym portalu. W ten sposób nie wchodzimy sobie w drogę - podkreśla.

W tym samym sukcesu wspólnego interesu z przyjaciółką, dopatruje się Katarzyna, która od pięciu lat prowadzi ze wspólniczką krakowską firmę "Raz w życiu", specjalizującą się w organizowaniu ślubów. - Wspólnicy powinni mieć obszary, którymi się zajmują. W naszej branży dobre relacje między nami przekładają się na dobre samopoczucie klienta - podkreśla Katarzyna i dodaje, że rozdział spraw prywatnych od biznesowych też jest w takim wypadku konieczny.

Dla równowagi psychicznej
Na początku Paweł i Sebastian spędzali ze sobą mnóstwo czasu - i w pracy, i prywatnie. - Na studiach nawet nasze dziewczyny były koleżankami. W pewnym momencie było tego za dużo i obaj stwierdziliśmy, że musimy trochę to ograniczyć - dla dobra własnego i firmy - zaznacza Paweł.

Katarzyna ze swoją przyjaciółką - wspólniczką spędza po kilkanaście godzin na dobę. - Brak przyjaźni w takiej sytuacji uznałabym za poważną niedogodność - zaznacza. - Ale ważne jest grono przyjaciół poza pracą - dla jakiejś podstawowej równowagi życiowej - dodaje z uśmiechem.

Paweł i Sebastian różnią się. Jeden to twardo stąpający po ziemi introwertyk, który woli oszczędzać (Paweł), a drugi to typowy ekstrawertyk, typ imprezowy (Sebastian). Mają różne systemy wartości, inne rzeczy są dla nich ważne. - Ale dzięki temu dobrze się uzupełniamy - uważa Paweł.(...)

Cały tekst do przeczytania na stronie http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,90439,6457328,Biznes_i_przyjazn_nie_ida_w_parze.html

Historai IAI, rok 2003, pierwsze biuro na Jagiellońskiej 67 (Szczecin)

Nasze pierwsze biuro, 30 metrów w centrum Szczecina (Jagiellońska 67). Nie było łatwo, ale nadal jesteśmy przyjaciółmi mimo iż metrów mamy teraz kilkadziesiąt razy więcej. Zdjęcie własne z 2003r.

Tydzień przedsiębiorczości

pfornalski

Zaczął się światowy tydzień przedsiębiorczości, a więc święto dla 3% populacji, która jest przedsiębiorcza i która dzięki swojej wizji i bycia niezależnym zmienia losy pozostałych 97% ludzi. Z tej okazji, Forum młodych KPP Lewiatan przygotowało w Szczecinie wiele ciekawych wydarzeń. Dla Internautów najciekawszym będzie publikacja kilku wywiadów przeprowadzonych ze Szczecińskimi przedsiębiorcami. Są one bardzo inspirujące i pouczające. Więcej na www.przedsiebiorczosc.szczecin.pl

Z uwagi na to, że jest to mój blog, wyciągnąłem wywiad ze mną tutaj. Pozostałe znajdziesz właśnie na www.przedsiebiorczosc.szczecin.pl (zakładka "GEW multimedialnie").

 

 

 

 

Autowywiad

pfornalski

Zdobycze dzisiejszej techniki prowadzą do tego, że często odpowiadam na wywiady przesyłąne do mnie e-mailem. Ponieważ dawno nic nie napisałem na blogu, a z drugiej strony piszę całkiem sporo do wszystkich wywiadów, postanowiłem kleić jeden. Ten wydał mi się dosyć ciekawie skontruowany i jakoś mam dzisiaj dobry nastrój. Ten wywiad został akurat przygotowany na potrzeby Forum Młodych PKPP Lewiatan. Autorem pytań jest Andrzej Ulhurski. Miłej lektury:

Jakie były początki Pana działalności, jak doszło do tego, że postanowił Pan sam zostać swoim pracodawcą?
Otwarcie własnej firmy było dla mnie czymś naturalnym. Moi rodzice mają firmę prywatną od 1989 roku. Wychowałem się zatem w domu, w którym rozmowa o prowadzeniu firmy była czymś całkowicie normalnym. Przed uruchomieniem firmy byłem freelancerem tworząc strony internetowe i pisząc programy dla firm. Ważnym momentem zwrotnym był staż w dużej, niemieckiej firmie produkcyjnej, gdzie pracowałem w dziale informatycznym. Po zakończeniu stażu wiedziałem, że nie chcę być typowym informatykiem na etacie, który naprawia drukarki. Zacząłem rozglądać się za czymś innym. Pierwszym dużym projektem był portal Hip-Hop.pl (www.hip-hop.pl). Prowadzę go zresztą z dużym powodzeniem do dzisiaj, ale z tej strony mniej ludzi mnie zna. To tworząc ten serwis nauczyłem się wszystkiego co było potrzebne do rozpoczęcia sprzedaży systemów do prowadzenia firmy on-line.

Skąd pomysł na firmę o takim właśnie profilu? Czy pojawił się od razu czy może dochodził Pan do niego stopniowo, metodą prób i błędów?
Pomysł na obsługę firm w modelu ASP, obsługując ich sprzedaż on-line nie był czymś prostym do wymyślenia. Pomysł, który realizuję jest pionierski na skale światową. Jak łatwo się domyślić, coś takiego nie powstaje od razu. W moim przypadku realizowaliśmy potrzebę jednego z reklamodawców na Hip-Hop.pl, który nie był w stanie realizować sprzedaży odzieży przez Internet. Powstał zatem system, który rozwiązywał wiele nierozwiązywalnych w tym czasie problemów. O sukcesie sklepu dowiedziały się inne firmy. Po paru latach, działalność polegająca na obsłudze sklepów zdominowała nawet Hip-Hop.pl, nie mówiąc już o tym, że na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie pracować przy innych pomysłach.

Czy mógłby Pan wymienić kilka ważnych punktów, momentów zwrotnych w rozwoju Pana firmy?
Sukcesy są milsze, ale prawdopodobnie to porażki są ważniejsze. Było ich zbyt wiele, aby je wszystkie wymienić. Po każdej porażce uczyłem się czegoś nowego, co pomagało mi lepiej pracować. Przewrotnie lubię kiedy na rynku panuje trudna sytuacja. W sytuacji hossy wygrywa ten kto ma szczęście. W przypadku bessy wygrywają najlepsi. Lubię rywalizować. W dawnych czasach byłbym wojownikiem, dzisiaj sprawdzam się w konkurowaniu. Zabrzmi to pewnie jak banał, ale przy takim tempie wydarzeń, każdy dzień jest punktem zwrotnym.

Prowadzi Pan swoją działalność już od 8 lat. Patrząc z perspektywy czasu, trudniejsze były początki czy utrzymanie firmy na rynku?
Pierwszą firmę uruchomiłem jeszcze w liceum, kiedy miałem 17 lat. Ponieważ prawnie nie mogłem zarejestrować firmy na siebie, zarejestrowałem ją na babcię. Najtrudniejszy jest do przetrwania moment w którym zaczyna się zatrudniać pracowników. Wiele firm przynosi zysk tylko wtedy kiedy pracują w niej właściciele. Mimo zatrudniania 25 osób, IAI generuje solidny strumień przychodów. Jednego roku czytam o ludziach wprowadzających firmy na giełdę, w drugim sam wprowadzam moją firmę. Każdy właściciel rozwiązuje problem na miarę swoich możliwości. Obecnie rozwiązuje problemy bardziej strategiczne, pozwalając się wyżyć pracownikom w obszarach, którymi jeszcze niedawno zajmowałem się osobiście.

Gdyby miał Pan taką możliwość, że mając dzisiejszą wiedzę i doświadczenie, mógłby Pan zdecydować jeszcze raz, czy wybrałaby Pan to, co robi Pan dziś?
Zdecydowanie wybrałbym tę samą drogę, o ile miałbym szczęście na nią wejść. Nie przywiązuję wagi do samego produktu. Staram się być najlepszy w tym co robię i w tym co najbardziej mnie kręci. Jeżeli produkowałbym wykałaczki, starałbym się zdominować światową produkcję wykałaczek. Ponieważ jednak los chciał tak, że odkryłem niszę w e-handlu, zajmuję się i jesteśmy jako firma najlepsi właśnie w tej dziedzinie.


Powszechnie uważa się, że przedsiębiorca pracuje zawodowo 24 h/dobę. Co Pan o tym sądzi/jakie jest Pana zdanie na ten temat?

W pełni podpisuję się pod tą opinią. Widuję wiele firm otwieranych przez ludzi, którzy są gotowi pracować tylko od 9:00 do 17:00 i jeżdżąc już na początku na długie urlopy. Prowadzenie firmy również myślenie, więc nie zawsze może to wyglądać jak praca. Jednak jeżeli jednak chce się wygrać, należy całkowicie się temu poświęcić lub zejść z drogi innym. Podczas śniadania czytam gazetę i słucham wiadomości ekonomicznych, podczas obiadu codziennie omawiam sprawy z moim wspólnikiem, przed zaśnięciem czytam historie innych firm informatycznych. Jeżeli to wszystko wchodzi w zakres pracy to rzeczywiście pracuję 24h/dobrę. Z drugiej strony nawet gdyby tylko ktoś dawał mi wikt i opierunek robiłbym to samo, więc ja nie nazywam tego pracą.

Jaki jest dalekosiężny cel Pana działalności?
W perspektywie 20 lat obsługa co najmniej 50% transakcji zawieranych między firmami handlowymi lub konsumentami w Internecie. Staram się stale podnosić sobie poprzeczkę, ponieważ w momencie otwierania usługi IAI-Shop.com zakładałem obsługę 1000 sklepów internetowych. Już widzę, że cel ten osiągniemy najdalej za rok, a po trzydziestce nadal muszę coś robić. Możliwe że osiągnę swój cel szybciej niż 20 lat, a zazwyczaj tak robię. Wtedy zacznę realizować kolejny z tysięcy pomysłów które trzymam póki co w swojej głowie.

Czy możliwe jest pogodzenie prowadzenia własnej firmy z życiem rodzinnym?
Nie wiem czy jest możliwe. Możliwe, że komuś to się uda. Ja raczej sugerowałbym skoncentrowanie się na biznesie w początkowym stadium jego rozwoju. Rozdzielanie życia może spowodować olbrzymią frustrację. Dlatego ja staram się na razie nie angażować nadmiernie w „projekt rodzina”.

Jakie predyspozycje, cechy charakteru musi mieć dobry przedsiębiorca?
Dobry przedsiębiorca musi na pewno być wytrwały, pracowity, błyskotliwy mieć zdolności do improwizacji, empatii, innowacji, organizacji. Nieocenionym elementem jest inteligencja emocjonalna, którą niestety trzeba mieć wrodzoną. Jestem zdania, że nie ma uniwersalnej recepty na to jakie cechy musi posiadać dobry przedsiębiorca. Ważne jest chyba „to coś”. Prawdopodobnie przedsiębiorcą trzeba się urodzić i założę się, że odpowiada za to jakiś gen.

Pana sposób na osiągnięcie sukcesu.
Bycie najlepszym w swojej niszy. Nawet w technologii czyszczenia szamba można wiele ulepszyć. Zawsze można zrobić to lepiej, szybciej i taniej niż konkurenci. Do tego myśląc na wielką skalę, sukces będzie murowany. Na skalę globalną są tysiące firm nietykalnych w swoim sektorze produkujących konkretny rodzaj produktu np. gumę do żucia.


Co mógłby Pan poradzić przedsiębiorczym młodym ludziom? Jakie przesłanie ma Pan dla nich?
Zbyt wielu przedsiębiorców nastawia się na krótki horyzont czasowy. Prowadzenie firmy to dobra zabawa. Czemu zatem nastawiać się na pracę przez maksymalnie 5-10 lat? Krótkowzroczność często gubi dobre pomysły. Drugą rzeczą jest bycie oryginalnym. Naczelne hasło marketingu „wyróżnij się albo zgiń” będzie odpowiednie na tą okazję. Nie ma sensu powtarzanie czegoś po innych jeżeli nie potrafi się tego zrobić znacznie lepiej.

Zdecydował się Pan prowadzić działalność w zachodniopomorskim. Jest Pan lokalnym patriotą? Dostrzega Pan potencjał tego regionu, przestrzeń do rozwoju? Czy miał Pan propozycje przeniesienia siedziby firmy do innego miasta? (A jednak Pan odmówił. Dlaczego?)
W początkowym etapie rozwoju firmy zastanawiałem się nad przeniesieniem firmy lub otwarciem biura w Warszawie, ponieważ tam przebywała większość naszych klientów, również tych reklamujących się na Hip-Hop.pl. Na szczęście nie zdecydowałem się na ten krok i zostałem tutaj.

Nie żałuję jednak tej decyzji. Tutaj się wychowałem i oczywiście mógłbym przeprowadzić się po studiach do Warszawy lub do USA, jak w moich czasach zrobiła większość kolegów ze studiów. Zostałem jednak tutaj, ponieważ nie widziałem potrzeby przeprowadzania się. Z perspektywy czasu widzę, że obsługa firm z innych miast spowodowała, że wprowadziliśmy od razu prawidłowe procedury obsługi klientów. W tym czasie nasi konkurenci z Warszawy czy Poznania dopracowywali obsługę osobistą. Dzisiaj nikt nie powie, że zrobiliśmy źle stawiając na obsługę zdalną, zwłaszcza ten kto stoi 2 godziny w korku jadąc na spotkanie w innej firmie w Warszawie. Szczecin jest świetnym miastem do prowadzenia firmy. Niczego mi tu nie brakuje, poza weselszymi nastrojami mieszkańców. Zbyt wielu szczecinian myśli, że w innych miastach jest lepiej. Spotykam się z wieloma przedsiębiorcami z Polski i zagranicy. Nie spotkałem takiego, któremu Szczecin by się nie podobał.

Bycie przedsiębiorcą, zwłaszcza na taką skalę, wiąże się z pewnością z niemałym stresem. Jak sobie Pan z nim radzi?
Ze stresem trzeba sobie radzić tylko wtedy kiedy się go nie lubi. W momencie gdy zaakceptuje się go jako coś normalnego, wszystko staje się przyjemniejsze. Dla mnie trudniejsi są nieuprzejmi klienci, a czasami tacy się zdarzają. Poradziłem sobie z tym wypracowując taką pozycję, w której utrata części, akurat tych nieuprzejmych klientów, nie spowoduje wielkiego kłopotu w firmie. Ponieważ nie lubię być agresywny, obracam zaczepki w żarty i to jest najlepszą receptą na stres. Jeżeli chodzi o finanse, to stres pojawia się tylko wtedy kiedy żyje się na kredyt. Ja nie żyję na kredyt, więc nie mam związanego z tym stresem. Często pocieszam się, że stres powinien dotykać pracowników etatowych. To oni stracą pracę szybciej, jeżeli coś pójdzie nie tak. Ja stracę swoją na końcu. Jeżeli wszystko pójdzie źle, będę robił strony internetowe, a to nadal dobrze płatne zajęcie.

Uprawia Pan jakiś sport? (hobby)
Od zawsze trenowałem sport. Na studiach z pasją trenowałem wioślarstwo, później Aikido. Od paru lat jedyną prawdziwą miłością jest hokej na lodzie i na rolkach. Gram w drużynie SKH Gryfy. Ciekawostką jest to, że gramy w lidze okręgowej w Niemczech. Sport jest moim zdaniem nieodzownym elementem życia każdego menedżera. Jeżeli ktoś go nie trenuje, zazwyczaj ma problemy ze zdrowiem i psychiką. Z innych pasji, to co lubię to filmy, fotografia i muzyka.

Pamięta Pan jakieś zabawne sytuacje, najoryginalniejszy klient lub zamówienie(na towar/usługi)?
Staram się nie traktować poszczególnych wdrożeń jako zabawnych. Każdy klient i przypadek jest inny. Kilka lat doświadczeń pokazało mi, że czasami pomysły oryginalne upadają, a mało oryginalne odnoszą sukces, a czasami to co wydaje się być idiotyczne, okazuje się świetnym pomysłem. Klienci których obsługujemy sprzedają wszystko od gadżetów erotycznych po kiełbasę. Nic mnie już nie zdziwi w tej branży. Ostateczne zdanie należy zawsze do klientów moich klientów. Z drugiej strony, humor w stylu zeszytów szkolnych pochodzący z działu wsparcia technicznego dostarcza mi mnóstwo frajdy. Nie nadaje się to jednak do publikacji.

Jest Pan bardzo zajętym człowiekiem, z mnóstwem obowiązków. Czy ma Pan jakieś marzenia, które chciałby Pan zrealizować, gdy pojawi się chwila wolnego czasu?
Moim odwiecznym marzeniem jest opłynięcie katamaranem kuli ziemskiej. Od dzieciństwa żegluję, ale ostatnio bardzo sporadycznie, ponieważ nie mam tyle czasu aby robić to z odpowiednim zacięciem. W momencie, kiedy przestanie mnie kręcić zbudowanie światowego systemu do obsługi handlu, rejs dookoła świata będzie pierwszą rzeczą jaką zrobię. Szczecin jest idealnym miejscem wypadowym do żeglowania i to kolejny atut za zostaniem tu na bardzo długo.

Czemu ostatnio nie piszę na blogu?

pfornalski

Ponieważ odpisując w ostatnim poście jeden z czytelników uświadomił mi, że dawno się nie odezwałem, garść informacji o tym, dlaczego nie piszę za wiele na blogu.

Po pierwsze kończymy debiut giełdowy. Za około 2 tygodnie będziemy już spółką akcyjną (IAI S.A.) i zabierzemy się za resztę formalności związanych z rejestracją akcji w KNF i całą buchalterię.

Po drugie mam ogromną ilość pracy. Powiem tak: jeszcze nigdy nie było jej tak wiele. Mimo iż zredukowałem czasy spotkań i wiele czynności zacząłem unikać i tak nie wystarcza mi czasu na nic. W środę dla przykładu z biura wyszedłem o 22:15. Całkiem imponujący wynik prawda? Nie przejmuję się tym jednak za bardzo. Duża ilość pracy związana jest z wieloma nowymi projektami które prowadzimy jako IAI (na razie tajne, przez poufne) jak i dużą ilością zamówień. To miłe, że coraz więcej osób zamawia u mnie wdrożenie sklepu internetowego lub hurtownii. Ostatnio np. prowadzimy dużą kampanię reklamową na e-biznes.pl i webinside.pl. Na dzień dzisiejszy w oparciu o IAI-Shop.com pracuje ponad 350 firm w Polsce co uważam za dosyć imponujący wynik. Udzielam też dużo wywiadów. Np. dzisiaj dawałem przez półtorej godziny wywiad dla SzczecinBiznes.pl. W skrajnym przypadku zacznę się wyręczać tym co mówię spisanym w postaci wywiadów :) W tym wywiadzie opowiadałem o recepcie na debiut giełdowy.

Po trzecie, im więcej wiem tym mniejszą ochotę mam na ten temat pisać. Nie dlatego, że skąpię komuś wiadomości, ale to co wiem stało się tak skomplikowane, obwarowane tyloma zależnościami, że pisanie tak obszernych i wnikliwych analiz zajmuje zbyt wiele czasu. W związku z tym, że coraz więcej osób to co piszę czyta i rozkłada na czynniki pierwsze, wymaga to wielu godzin przemyśleń. Jeżeli to zestawi się z pierwszym i drugim powodem, jest to również jakiś powód do chwilowej absencji na blogu.

Wybiła właśnie 0:45 na zegarku laptopa. Wrzucam ten tekst na bloga i żegnam się na tydzień. Jutro wylatuję z Berlina do ciepłego kraju, na malowniczą wyspę poleżeć trochę pod palmą. Mam nadzieję, że leżąc przyjdzie mi jeszcze większa ochota na dzielenie się tym wszystkim co udało mi się poznać.

O New Connect i Startupach, czyli ja w radiu

pfornalski

26 maja, na zaproszenie Pana Jarka z Polskiego Radia Szczecin pojawiłem się w audycji Trącić Myszką. Audycja była poświęcona New Connect, budowaniu wartości firmy, start-upom i innym rzeczom o których ostatnio sporo pisałem na blogu. Mimo późnej godziny i ewidentnego zmęczenia, oceniam ten program jako bardzo udany, a jego długość jak zwykle pozwoliła na obszerne omówienie tematu.

Jak wyszło? Posłuchajcie sami audycji o New Connect i budowaniu wartości firmy , dzięki podcastowi Myszki. Przy okazji ponownie zachęcam do przesłuchania darmowego archiwum innych, arcyciekawych audycji z serii Trącić Myszką.

Dla przypomnienia, poprzednim razem w Myszce byłem w grudniu 2007, o czym mogliście przeczytać na blogu.

Niespodzienka - zdjęcie zrobione podczas audycji. Od prawej: ja, Pan Jarek prowadzący program, Sebastian Muliński (współwłaściciel IAI-System.com).

Venture Capital cz. 6 - instrukcja obsługi i wszystko to czego od politycznie poprawnych marketoidów nie usłyszysz

pfornalski

Prezentuję ostatnią część z cyklu poradnika dla właścicieli start-upów. Jeżeli zacząłeś czytać od końca, oto linki do poprzednich części: 1 , 2, 3, 4, 5. Po ilości e-maili, które dostałem po opublikowaniu poprzednich 5 części wnioskuję, że mój trud potrzebny na spisanie tego wszystkiego opłacił się. Poszczególne posty starałem pisać w ten sposób, aby przez lata pozostały aktualne. Na koniec prezentuję pewnego rodzaju podsumowanie, czyli

Garść rad przy kontaktach z VC

Po opisaniu we wcześniejszych 5 częściach czym zajmują się fundusze VC, jakie są ich wady i jakie zalety postanowiłem podsumować poprzednich parę postów listą wskazówek dla wszystkich zainteresowanych wystartowaniem jako start-up i skorzystaniem z pomocy VC:

  1. VC nie rozwiązują żadnych problemów technologicznych ani organizacyjnych. Jeżeli nie potrafisz rozwiązać jakiegoś problemu np. braku kadr, lokum, programu technologicznego VC nie zrobi tego za ciebie. Musisz najpierw opracować rozwiązanie lub rozwiązać każdy z problemów samodzielnie, aby wzbudzić zaufanie i uzyskać dobrą wycenę.

  2. Przed rozmową z VC przygotuj się na trudne pytania. Idź na piwo ze wspólnikami i zróbcie sobie sesję szukania dziury w całym. VC będzie szukał dziury w Twoim rozumowaniu, po to aby oszacować ryzyko. Jedną z cenniejszych rozmów jakie odbyłem była rozmowa z prezesem jednego z domów maklerskich. Jego trudne pytania pozwoliły mi lepiej zrozumieć siebie samego i moją firmę. Dzięki temu spotkaniu nie boję się już trudnych pytań.

  3. Nie zakładaj, że Twój biznes to pewniak. W naszym dokumencie informacyjnym, wymaganym przez New Connect czy prospekcie emisyjnym ważną część zajmuje częśc pt. analiza ryzyk. Im wcześniej zidentyfikujesz ryzyk, tym wcześniej możesz im zaradzić i tym lepiej przygotujesz się do odpowiedzi analityka VC na temat potencjalnych zagrożeń. Odpowiedź, że nie ma ryzyka nie spowoduje entuzjazmu u analityka, ale myśl, że ich nie zidentyfikowałeś. Zapamiętaj – nie ma takiego pomysłu, z którym nie wiązało by się ryzyko. Przy okazji, jeżeli usłyszysz od analityka, że twój biznes ma wady, wykorzystaj to jako darmową poradę. Nie zakładaj, że facet się nie zna, bo analitykami zostają najlepsi specjaliści. My zdobyte podczas rozmów doświadczenie przekuliśmy w jeszcze większy sukces, mimo że nie wybraliśmy drogi poprzez inwestycję VC.

  4. Oszacuj możliwie dokładnie potrzeby finansowe i wycenę i nie schodź poniżej ustalonej granicy wyceny. Nie schodź poniżej założonych potrzeb finansowych. Będzie to przypominało zatankowanie mniejszej ilości paliwa do samolotu niż potrzeba na przelot z miasta X do miasta Y. Po drodze będziesz musiał jeszcze raz tankować, co zje dodatkową ilość paliwa. Jedynym parametrem podlegającym negocjacjom będzie wielkość wyceny, ale nigdy nie wielkość dofinansowania, chyba że źle oszacowałeś swoje potrzeby. Dokładny plan i jasne stanowisko, będzie Twoim atutem podczas rozmowy.

  5. Dokonaj samodzielnie wyceny firmy. Jednym z pierwszych pytań VC jest pytanie o wielkość kapitału jakiego potrzebujesz i szacunkową wycenę firmy. Wielkość kapitału oszacujesz dokonując symulacji przepływów finansowych (cashflow), którą zrobisz w arkuszu kalkulacyjnym. Im lepiej oszacujesz model Twojego biznesu tym bardziej wiarygodny się wydasz. Jak napisałem w części 2, gdybyśmy nie oszacowali sami wartości firmy, potencjalny inwestor mógłby nabyć ją przy wycenie 1:12.

  6. Nie zakładaj, że pozyskanie kapitału jest proste. Podobnie jak praca i akumulacja kapitału własnego to ciężka praca, tak pozyskanie kapitału zewnętrznego jest równie ciężką pracą. Pozyskanie kapitału może wymagać kilkuset godzin rozmów i wielu podróży. Dlatego tak ważne jest zabezpieczenie kapitału własnego przed rozpoczęciem tego procesu.

  7. Im więcej funduszy VC tym lepiej dla Ciebie. Pisałem o tym wcześniej w części dotyczącej utraty kontroli. Jeżeli uda Ci się pozyskać 2 inwestorów, to nawet jeżeli obaj będą mieli 51% to każdy z nich będzie miał 25,5% a więc jeden inwestor nie będzie miał większości, podobnie jak i ty. Zwyczajem w Stanach jest pozyskiwanie więcej niż jednego inwestora i jest to całkowicie normalne. W Polsce natomiast przyjął się model jednego inwestora. Jeżeli oddajesz mu pakiet większościowy, to już praktycznie straciłeś firmę.

  8. Inwestora zazwyczaj mało interesuje twój produkt. Dla finansisty twój pomysł na biznes będzie jedynie maszynką do robienia pieniędzy. Fundusze VC to nie Caritas. Nawet jeżeli twój pomysł spodoba się inwestorowi, to pozyskasz jego przychylność, ale tylko w tym zakresie że uwierzy że możesz odnieść sukces i jemu pieniądze. Omawiając swój produkt skupiaj się zatem na modelu biznesowym, przewagach konkurencyjnych i wyłóż bardzo czytelnie gdzie generowane będą pieniądze.

  9. Fundusze VC nie są zainteresowane chwilowymi biznesami. Napisałem o tym więcej w części 2. Od momentu zainwestowania do IPO i w przyszłości dogodnego momentu do sprzedania akcji mija wiele lat. Dlatego VC odrzucą wszelkie pomysły, które są odpowiedzią tylko na krótkoterminowe potrzeby.

  10. Idąc na spotkanie z inwestorem nie ubieraj koszulki w kratę. Ubierz garnitur, koszulę i krawat. Bądź profesjonalny, rzeczowy i przygotowany. Mylą się srodze ci, którzy myślą, że pokazanie się jako rasowy inżynier, który nie dba o wygląd i aspekt biznesowy zostanie odebrany bardziej wiarygodnie. Fundusz VC nie kupuje okazji na pchlim targu, tylko z założenia dobrze rokujący biznes, który potrzebuje dofinansowania. Im bardziej profesjonalnie zaprezentujesz się jako menedżer tym łatwiej otrzymasz dofinansowanie. Z drugiej strony nie wysyłaj na spotkanie z inwestorem marketoida, który będzie kimś kto leje wodę. Pod z pozoru łatwymi pytaniami kryje się głębszy sens. VC inwestują grube miliony, które zdobyli równie ciężko jak ty zdobywasz swoje. Nie powierzają ich byle komu i jeżeli będą mieli chociażby cień wątpliwości, wycofają się obserwując twoją dalszą pracę.

  11. Nigdy, przenigdy nie mów że pieniądze VC są niezbędne do powodzenia biznesu. IAI-System.com nie musi wejść na giełdę, ani nie musiałby pozyskać kapitału w inny sposób aby dalej istnieć i rozwijać się. Wchodzimy na New Connect tylko dlatego, że to wejście pozwoli nam przeprowadzić szybko ekspansję zagraniczną. W tej chwili ledwie zaspokajamy popyt na IAI-Shop.com w Polsce. Generujemy zysk, ale inwestujemy go z powrotem w firmę aby nadążać za potrzebami. To nie pozwala nam stworzyć dużych rezerw finansowych niezbędnych do wejścia na nowy rynek, gdzie oczekujemy jeszcze większego zainteresowania. Nie musimy wchodzić za granicę aby generować zysk, ale operowanie w kilku krajach zwiększy drastycznie nasze przychody. Na tym polega cały myk. Nie musimy pozyskać dofinansowania i możemy iść dalej swoją drogą, ale jeżeli skorzystamy z dofinansowania szybciej dojdziemy do celu jakim jest globalny zasięg IAI-Shop.com.

  12. Przedstawiaj prognozy realistyczne. Częstą praktyką VC jest prowadzenie rozmów przez wiele miesięcy tylko po to, aby zweryfikować prognozy. Powinieneś przygotować 2 prognozy. Pierwsza będzie przedstawiała prognozę przychodów bez dofinansowania, druga z dofinansowaniem. To również cenna informacja dla ciebie co zyskasz korzystając z dofinansowania i czy będzie ono opłacalne dla Ciebie. Prognoza „bez dofinansowania” posłuży do oceny twojej wiarygodności. Kiedy my prowadziliśmy rozmowy Sebastian, mój wspólnik, wykonał prognozę dla nas na najbliższe 3 lata. Kiedy prognoza była weryfikowana przez konsultantów naszego autoryzowanego doradcy po 6 miesiącach, okazało się, że pomylił się o 0,5%! To wprawiło ich w wielki podziw. Jeżeli tak dobrze uda ci się opracować model swojego biznesu, twój inwestor łatwo uwierzy, że przyszłe prognozy są równie dokładne.

  13. Twoja praca w firmie ma również swoją cenę. Częstym błędem jest traktowanie swojej firmy po przekształceniu w spółkę kapitałową, jako własnej. Owszem, jesteś nadal jej współwłaścicielem, ale inni właściciele nie będą pracowali w firmie równie ciężko jak ty. Dlatego twoja praca podlega wycenie. Musisz wypłacać sobie pensję lub premię w akcjach. Wiem, że zanim to nastąpi brzmi to dla ciebie niedorzecznie, ale tak właśnie musi być. Przecież w skrajnym przypadku VC może cię zwolnić z funkcji szefa i zatrudnić w to miejsce inną osobę. Zachowasz w tym przypadku swój udział, ale będą musieli zatrudnić fachowca i mu dużo zapłacić za kierowanie firmą. To dużo to właśnie twoja pensja. Czy musisz wydawać swoją pensję? Jeżeli wierzysz w swój biznes za pensje możesz odkupować akcje i zwiększać swój udział w firmie. Ja zamierzam tak robić ze swoją pensją z mojej spółki giełdowej.

  14. Udziałów jest tylko 100%. Oznacza to, że oddając teraz 40% do dalszych podziałów pozostanie Ci już tylko 60%. Jeżeli za 2 lata będziesz chciał podwoić wartość firmy poprzez emisję drugiej serii akcji, będzie oznaczało obniżenie o połowę swoich udziałów. W związku z tym po drugiej emisji będziesz miał już tylko 30%. Struktura akcjonariatu będzie rozdrobniona. Dobrze przemyśl ile przeprowadzisz emisji i jaki udział chcesz zachować na koniec. Nie łudź się, z pensji odłożysz najwyżej na promil akcji, nie na odkupienie pakietu większościowego.


Jeżeli dokładnie zrozumiałeś przedstawiony materiał, jesteś lepiej wyposażony w wiedzę, niż ja byłem kiedy zaczynałem swoje przedsięwzięcie. Jeżeli macie jakieś pytania, piszcie do mnie e-maile. Zdjęcie własne, zainscenizowane. Niech będzie dla Ciebie inspiracją.

Venture Capital cz. 5 - instrukcja obsługi i wszystko to czego od politycznie poprawnych marketoidów nie usłyszysz

pfornalski

Capital czyli zalety Venture Capital

Po poprzednich 4 częściach (części 1 , 2, 3 i 4) możesz odnieść wrażenie, że jestem wrogiem VC. Nie jest to prawdą. VC są bardzo potrzebni. Dobrze działające fundusze VC są podstawą funkcjonowania innowacyjnej gospodarki. To dzięki VC powstała w USA krzemowa dolina. Ja po prostu nie uważam, że VC są remedium na wszystkie problemy z kapitałem, a tym bardziej nie uważam, aby istniejące w Polsce fundusze VC dawały interesujące perspektywy inwestycji. Jednym ze sposobów obejścia tego może zatem być wyjście poza dostępne w Polsce firmy i poszukanie inwestora w USA czy Wielkiej Brytanii. Nie o tym chciałem jednak napisać.

Pierwszą i największą zaletą skorzystania z pomocy VC jest pozyskanie relatywnie dużego do przychodów kapitału początkowego. Pamiętaj, że doinwestowanie nie jest konieczne do stworzenia imperium, zwłaszcza jeżeli Twój produkt jest bardzo innowacyjny. IAI-System.com powstało z 0zł, dosłownie. Pisałem na ten temat w serii 3 postów Startup.com (patrz cz.1, cz.2 i cz.3). Im więcej kapitału własnego zgromadzisz przed dofinansowaniem tym więcej wynegocjujesz. Wcześniej napisałem, że im bardziej potrzebujesz pieniędzy tym gorzej dla ciebie. Dlatego oszczędź możliwie wiele na własną firmę i działaj w oparciu o własny kapitał tak długo jak tylko się da. Dopiero kiedy wypracujesz model biznesowy i kiedy zobaczysz że pieniądze przyśpieszą Twój sukces rozważ dofinansowanie.

Starannie wybrany fundusz VC przyśpieszy dojście do zamierzonego celu wielokrotnie, nawet o 10 lat. Zauważ że nie użyłem zwrotu umożliwi dojście, tylko przyśpieszy. Pracując np. na etat w czyjejś firmie i ciężko w niej pracując możesz również dojść do wymarzonego celu. Tak było w moim przypadku, ale zajęło to 8 lat. Fundusz VC jest taksówką, która szybciej podwozi Cię do celu. I jak każda taksówka skorzystanie z VC również wiąże się z koniecznością zapłaty za kurs. Doskonale ilustruje to stara bajka „Pan Twardowski”. VC jako diabeł? Potraktuj to jako czysto przypadkowe skojarzenie. Korzystaj z darów mądrze i oszczędnie, wybierz mądrze fundusz VC a mając dobry pomysł a za 10 lat będziesz obrzydliwie bogaty.

Mądrze zarządzane fundusze VC, czyli nie takie które działają w złej wierze próbując odebrać ci „twoje dziecko” potrafią przynieść początkującym firmom wiele dobrego nie tylko w sferze finansów. Przede wszystkim mało który z młodych entrepreneur chce zajmować się stroną finansową (patrz część 4). Mając fachowe wsparcie VC, bycie świetnym inżynierem i dobry pomysł może wystarczyć do tego aby odnieść spektakularny sukces w IT. Dobrym przykładem zdrowej współpracy jest dofinansowanie Google. Inwestorzy wymusili na 2 założycielach stworzenie modelu biznesowego, który przyniósł wszystkim właścicielom ogromne zyski, a sam Larry Page i Sergey Brin mogli nadal zajmować się stroną technologiczną przedsięwzięcia. Dobry inwestor będzie doradzał w sprawach finansowych i strategicznych. Tobie zostanie strona technologiczna, a więc to co jako geek możesz lubić najbardziej.

Nie oznacza to bynajmniej, że nie powinieneś interesować się stroną finansową, przeciwnie. Zawsze powinieneś rozumieć jak działa spółka czy rozumieć aspekty ekonomiczne. Prawdopodobnie skorzystanie z VC w naszym przypadku spowodowałoby że wcześniej podjęlibyśmy pewnego rodzaju decyzje związane z zyskownością i skupieniem się na rzeczach istotnych. Jesteśmy jednak dowodem na to, że mogliśmy nauczyć się tego sami, częściowo dzięki temu, że moi rodzice prowadzili od 19 lat własne firmy, częściowo dzięki wykształceniu ekonomicznemu Sebastiana (ekonometria na Uniwersytecie Szczecińskim).

Zgodnie z prośbą z komentarza poniżej, prezentuję gadżet geeka na ten tydzień. Jest to kula ułatwiająca podejmowanie decyzji inwestycyjnych. Potrząsa się nią i pojawia się odpowiedź (napis na niebieskim trójkącie). Możliwości jest kilkanaście. Ktoś mądry kiedyś udowodnił, że analityk giełdowy ma gorsze wyniki od małpy, która inwestuje na oślep. Czemu zatem nie przeskoczyć analityków stosując taki dopalacz?

Venture Capital cz. 4 - instrukcja obsługi i wszystko to czego od politycznie poprawnych marketoidów nie usłyszysz

pfornalski

Oprócz wszystkich opisanych wcześniej kwestii (części 1 , 2 i 3) związanych z naturą VC, pozostają jeszcze bezpośrednie wady VC. Postarałem się opisać kilka wad z których intuicyjnie możesz zdawać sobie sprawę lub nie.

Utrata kontroli – opisane wcześniej dyskonta powodują, że VC zazwyczaj są w stanie nabyć relatywnie niedrogo duży pakiet akcji. Aby zabezpieczyć swoją inwestycję (pisałem o tym w części 2 przy okazji Pana Kowalskiego i Malinowskiego) nabywają większościowy pakiet akcji. Oczywiście VC nie są zainteresowani przejęciem sterów firmy innowacyjnej, ponieważ nie znają się na Twoim biznesie tak jak i ty. Obiecają Ci również, że nie będą się wtrącali do prowadzenia firmy i tak zazwyczaj jest. Prawo własności działa jednak w sposób nieubłagany. Jeżeli nie zastosujesz specjalnych zabiegów tjnp. akcje uprzywilejowane lub specjalny statut spółki, to fundusz VC będzie miał decydujący głos w sprawach strategicznych. Może Ci się wydać, ale co właściwie taki VC będzie miał do mojego biznesu. Otóż nie zapomnij, że zadaniem VC jest maksymalizacja zysku dla ich właścicieli. Jeżeli pewnego dnia fundusz VC otrzyma od innej firmy, np. twojego konkurenta, propozycję sprzedania swojego większościowego udziału w firmie, może to zrobić, bez mrugnięcia okiem. Twój konkurent natomiast doprowadzi do zamknięcia konkurencyjnego projektu, przejmując tylko kluczowych pracowników. I tyle zostanie z Twojego genialnego pomysłu.

Zmiana formy prawnej – Fundusze VC wymagają aby spółka zmieniła osobowość prawną, co najmniej do spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub spółki akcyjnej. Koszt prowadzenia i ilość buchalterii i pełnej księgowości w stosunku np. do spółki jawnej jest niebotycznie większa. Aby uzmysłowić Ci drastyczną różnicę w kosztach prowadzenia firmy wspomnę tylko, że biuro rachunkowe prowadząc książkę przychodów i rozchodów weźmie od Ciebie 300-500zł, a biuro rachunkowe prowadząc księgę podatkową weźmie co najmniej 2000zł. Może się zatem okazać, że pieniądze, które otrzymałeś od inwestora w perspektywie 3 lat pochłonie sama obsługa firmy. Pisałem o tym również wcześniej przy okazji tego, że kapitał VC zazwyczaj ma doprowadzić tylko do IPO. Droższa forma prowadzenia firmy, nie generuje żadnej nowej wartości dodanej, a więc zwyczajnie ujmując tracisz niepotrzebne pieniądze. Dlatego w IAI-System.com funkcjonujemy nadal jako spółka jawna, a ostatecznego przekształcenia w spółkę akcyjną (IAI S.A.) dokonamy dopiero tuż debiutem giełdowym.

Strata czasu – szukanie inwestora to długo trwający proces. Od momentu podjęcia decyzji o przyjęciu inwestycji może minąć rok albo dwa do momentu otrzymania pieniędzy na konto. Tak było w moim przypadku. 2 lata prowadziłem rozmowy z różnymi inwestorami, by na koniec z nich nie skorzystać (patrz część 3 ). Dlatego nie wolno Ci uzależniać dalszego funkcjonowania firmy od pozyskania inwestycji. Powinieneś funkcjonować tak, abyś mógł funkcjonować nieskończenie długo bez VC, generując pozytywny cashflow (patrz dalej „Brak koncentracji na zysku”). Innym rozwiązaniem jest wypracowanie pierwszych efektów badań bez podejmowania długofalowych zobowiązań (np. nie zatrudniając pracowników) i dopiero wtedy szukając VC. W ten sposób nie sprzedasz firmy za mniej niż zainwestowałeś, ani nie doprowadzisz do sytuacji w której będziesz musiał przyjąć wycenę, która będzie rażąco krzywdząca. Poza tym znowu docieramy do porównania VC w USA i w Polsce. Tutaj wszystko dzieje się znaaacznie wolniej. A w międzyczasie ktoś może ukraść Twój pomysł.

Utrata prawa do dywidendy – Jak wyjaśniłem już wcześniej, przyjmujesz inwestycję od VC nie po to aby wyjść z biznesu, czyli kupić sobie dom i samochód, ale po to aby rozwinąć firmę. Oznacza to, że pieniądze pozyskane od VC zainwestujesz i w ten sposób firma będzie przynosiła długo księgową stratę. Operując taniej i spokojniej możesz wypracowywać niewielki zysk. Przyjmując inwestycję zewnętrzną, zysku długo nie zobaczysz, bo i nie jest on niezbędny mając zapas kapitału. Wartość dla VC będzie stanowiła suma dywidend i wartości po jakiej może sprzedać swój udział. Inwestując osiąga szybciej większy kapitał na wartości firmy. Absolutnie krytyczne jest zatem to, abyś zabezpieczył swoje prawo do pensji. Jeżeli zapomnisz o tym, możesz popaść w poważne tarapaty finansowe. Będziesz pracował kilka lat nie oglądając ani grosza.

Zagrożenie koncentracją na zysku – Przeciwieństwem tego co napisałem powyżej jest zagrożenie tego, że VC kupując Twoją firmę będzie koncentrował się tylko na zysku. Tak działa znany wszystkim QXL (obecnie Tradus). Kiedy QXL kupił iStore, naszego konkurenta, wielu ludzi z zawiścią pytało się czy będziemy mieli kłopoty. Ja cieszyłem się z tej transakcji, ponieważ obserwuję to, że QXL koncentruje się jedynie na zysku, a więc nie zwiększa wartości firm poprzez inwestycje (patrz post „Allegro nie będzie działało przez miesiąc”). Każdy ich nabytek jest drenowany. Optymalne jest zachowanie balansu pomiędzy dywidendami, a pozostawianymi w firmie środkami dla szybszego rozwoju (akumulacja kapitału własnego). Oceniając inwestora należy dokładnie sprawdzić historię innych firm, w które zainwestował. Nie łódź się, że z Tobą postąpi inaczej niż ze „starszym rodzeństwem”.

Rozdmuchanie wydatków – przyjęcie dużej inwestycji powoduje, że na początku zupełnie nie troszczysz się o wydatki. Prowadzenie firmy bez racjonalizacji wydatków to droga w kierunku przepaści. Co może się stać w efekcie gigantycznych inwestycji i braku racjonalizacji wydatków pokazała słynne pęknięcie bańki firm internetowych. Bańki takie powstają cały czas (patrz „Here comes another buble”). Fajnie ten temat omawia książka Ernst Malmsten „boo hoo”. Operowanie na własnym kapitale lub pozyskanym w rozsądnych ilościach może spowodować, że od początku będziesz zmierzał we właściwym kierunku. Nie zawsze branie maksymalnej ilości kapitału może być korzystne. Podczas IPO IAI zaplanowanego na drugi kwartał 2008 zamierzamy sprzedać 10% akcji. Tyle wystarczy na nadanie większego impetu. Wyliczenia poprzedziliśmy miesiącami zbierania danych i symulacji ile kapitału nam potrzeba. Okazało się, że 1,5 miliona w pełni wystarczy. Zbyt wielki kapitał pozyskany na początku może być okupiony dużym dyskontem i utratą kontroli. Nie należy być zatem zbyt zachłannym, zwłaszcza na początku.

Odsunięcie od podejmowania decyzji ekonomicznych – niektóre fundusze VC chcą w tobie wyrobić przyzwyczajenie, abyś skupił się na technologii, pozostawiając kwestie zarządzania finansów im. Jednym ze zwyczajów jest wprowadzenie funkcji dyrektora finansowego (CFO) i zatrudnienie na tym stanowisku kogoś od VC. Możesz utracić wszystkich pracowników, kod źródłowy i serwery, ale dopóki masz pieniądze twoja firma istnieje. Dlatego zabieg ten jest celowy i ma odsunąć Cię od najważniejszej funkcji w firmie. Element ten podam dla sprawiedliwości w następnej części w zaletach.

Venture Capital cz. 3 - instrukcja obsługi i wszystko to czego od politycznie poprawnych marketoidów nie usłyszysz

pfornalski

Jak to wszystko co napisałem w części 1 i części 2 poradnika dotyczącego Venture Capital ma się do warunków Polskich?

Wielkość inwestycji VC w Polsce jest żenująco niska. Dlatego czytając o VC w USA, nigdy nie myśl, że Polsce jest tak samo. W Polsce mają miejsce przejęcia sporych firm, po wartości sprzętu biurowego. A fundusze VC obecne w Polsce mogą śmiało to robić, ponieważ nieubłaganie rządzi zasada podaż-popyt o której pisałem w pierwszej części. Jeżeli na fundusze jest większy popyt niż podaż pieniądza, pieniądz staje się relatywnie drogi. Wycena rzeczywista, w stosunku do wyceny po której chcą inwestować w firmy jest rażąco niska. VC to instytucje finansowe, podobnie jak lichwiarze. Jeżeli Twojej firmie świetnie się powodzi, bez problemu pozyskasz kapitał z giełdy lub zaciągniesz kredyt inwestycyjny w banku. Jeżeli zgłaszasz się do VC oznacza to, że giełda czy kredyt są dla Ciebie nieosiągalne, bo nie masz swojego kapitału ani pozytywnego cashflow, aby kapitał zakumulować. Analitycy VC wiedzą doskonale, że jesteś w potrzebie. Nie mówię, że to coś złego, ale zdawaj sobie z tego sprawę. Jeżeli masz duży, pozytywny cashflow, tak jak ja i chcesz otrzymać finansowanie wspomagające, to zgłaszanie się do VC nie jest dobrym pomysłem, podobnie jak pożyczka w lombardzie na inwestycję. Kapitał pozyskany w ten sposób będzie bardzo drogi.

Oznacza to, że oddając im za pół darmo firmę np. wspomniane 50% za 250 tysięcy oddajesz im tak naprawdę 50% z wartości, którą firma osiągnie za 10 lat (dyskonto do wyceny przyjmuje się właśnie dla tego okresu). A więc jeżeli Twoja firma dzisiaj warta jest 10 milionów, a za 10 lat będzie warta miliard, nie oddałeś im 5 milionów, oddałeś im 500 milionów.

Naturalnie idiotą byłby ten, kto oczekiwałby na starcie przy wycenie 10 milionów, mając perspektywy w 10 lat podniesienia wartości do 500 milionów, że ktoś dzisiaj zapłaci mu za udział według wyceny za 10 lat, czyli że 50% wartości firmy sprzeda za 250 milionów.

Konstatując, dopóki w Polsce nie wytworzy ekosystem start-upowo inwestorski, dopóty fundusze VC nie będą oferowały interesujących wycen. I każde kolejne doniesienie prasowe o inwestycji w Polsce, póki co zdaje się potwierdzać tą regułę. Pamiętaj, że bez start-upów VC nie osiągną zysków dla inwestorów, którzy ulokowali w nich swoje pieniądze. Tak więc start-upy to ekosystem oparty na symbiozie. Nie ma powodów aby sądzić o tej relacji inaczej.

VC często nie postrzegają swojej roli jako lokalnej. W dobie globalizacji VC inwestują tam, gdzie z zwrot z inwestycji może być największy. Oznacza to, że ich portfele inwestycyjne są dzielone na różne rynki w których istnieją. Jeżeli polska gospodarka jest mało konkurencyjna przez uwarunkowania socjalistyczny ustrój (to nie żart), to nie dziw się również że wielkości funduszy są małe. W Polsce nie ma też zwyczaju promowania ludzi sukcesu, a więc niechętnie pomagają rozwijającym się firmom, a kapitał rodzimy będzie kluczowym do wytworzenia się zdrowych zasad inwestycji VC. Wystarczy wspomnieć o wysokich kosztach pracy, wysokich podatkach, biurokracji i polowaniu przez urzędy skarbowe na firmy, aby dojść do wniosku, że dyskonto musi być wielokrotnie wyższe. Gwarantuję Ci, że jeżeli w Polsce te uwarunkowania zmienią się, a do tego kilka firm innowacyjnych, na których właściciele zarobią gigantyczne pieniądze, a kilka marek stanie się markami globalnymi, nie będziemy narzekali na brak kapitału inwestycyjnego.

Naturalnie władze Polskie mogły by pomóc w ściąganiu inwestorów, kusząc dobrymi warunkami do rozwoju młodych firm, ale to temat na zupełnie inną rozprawę.

Paweł Fornalski przy pracy

Ja podczas jednej z narad. Zdjęcie zrobione w marcu 2008 w moim biurze. 

Venture Capital cz. 2 - instrukcja obsługi i wszystko to czego od politycznie poprawnych marketoidów nie usłyszysz

pfornalski

Jak napisałem w pierwszej części , VC to ludzie biznesu, znający wartość swoich pieniędzy. Ponoszą ogromne ryzyko inwestując w nic nie znaczące spółki, gdyż jeżeli pomysł w który zainwestowali upadnie, nie mają szans na odebranie pieniędzy. Inwestycja w spółkę dobrze zarządzaną, która nie odniesie sukcesu powoduje, że nawet nie mogą nikogo pozwać. Po prostu pieniądze zostają wyrzucone w błoto.

Statystyka
Drugą część rozpocznę od bezlitosnej statystyki. Jeżeli ryzyko zwrotu z inwestycji dla całego sektora IT (znowu strzelam) wynosi 1:6 to dyskonto 1:5 spowoduje, że inwestor straci pieniądze, a żaden rozsądny biznesmen tego nie zrobi. Co zatem musi zrobić VC? Musi dokładnie zrozumieć Twój biznes, zrozumieć na czym chcesz zarobić i dokonać bardziej dokładnej analizy ryzyka. Może się bowiem okazać, że Pan Kowalski oferuje ryzyko na poziomie 2:3 i warto w niego zainwestować nawet przy dyskoncie 1:5, a Pan Malinowski (nazwisko fikcyjne) skopiował pomysł na biznes, jest nieudolny i jedynie szuka frajera do sfinansowania jego pensji prezesa i oferuje ryzyko na poziomie 1:30. W tym momencie mądry inwestor VC powie Panu Malinowskiemu spieprzaj, w ten sposób, że ucieszy się na nadchodzącą drogę. Biznes Pana Kowalskiego otrzyma więcej pieniędzy niż w przypadku, gdyby inwestor wszystkich pomysły wyceniał po dyskoncie 1:20.

Dlaczego VC tak działają?
Podstawowym zadaniem VC jest doprowadzenie do możliwości odzyskania zainwestowanych pieniędzy. Inwestycje VC mają charakter długofalowy. Jednakże, nie są to inwestycje na 100 lat, raczej 3-10 lat. Dlatego emisję publiczną na giełdzie należy traktować w momencie przyjęcia inwestycji jako coś nieuniknionego. Kiedy rozmawiam z początkującymi przedsiębiorcami, to debiut na giełdzie jest tym co chcą osiągnąć, jednak rozglądają się za VC, jak by to było to samo. Należy jednak liczyć się z tym, że VC może nigdy nie wprowadzić firmy na giełdę. Po pierwsze może stwierdzić w połowie drogi, że likwiduje firmę, albo sprzedać ją komuś innemu. Są całkiem spore szanse, że właśnie tak się stanie, jeżeli oddacie swoją firmę w cudze ręce. Przecież VC robi to dla pieniędzy, a wy nie tylko dla nich.

IPO jest dopiero punktem wyjścia do dalszych inwestycji. Początkowa inwestycja VC rzadko służy sfinansowaniu pomysłu. Sam debiut na giełdzie (IPO ) nie stanowi momentu dobrego do zwrotu z inwestycji, ponieważ sprzedaż akcji po debiucie spowodowała by nadpodaż akcji i w ostateczności drastyczny spadek notowań. Zazwyczaj pieniądze VC mają wystarczyć na rozkręcenie biznesu i doprowadzenie go do takiej postaci, aby inwestorzy giełdowi byli chętni kupić udziały w firmie. Jeżeli firma po przeprowadzenia inwestycji będzie w pełni samowystarczalna finansowo, nie licz na to, że firma znajdzie się na giełdzie. Po co VC miałby wydawać mnóstwo pieniędzy na debiut i dzielić się kontrolą w firmie z akcjonariuszami, jeżeli nie potrzebowałby większej ilości pieniędzy?

Jak wspomniałem wcześniej w początkowym stadium rozwoju firmy szukaliśmy inwestora strategicznego, który niczym książę na białym rumaku miał nas uwolnić od wszelkich problemów z kapitałem i pozwolić nam się skupić na pracy. Na szczęście prowadzenie firmy przez kilka lat wcześniej (od 2000 roku) pozwoliło nam wyrobić w sobie mechanizmy obronne. Najczęstszą przyczyną dla której ludzie wierzą w VC jest ich doświadczenie i myślenie biznesowe. Kiedy zaczęliśmy prowadzić rozmowy ze specjalistami zaczęliśmy skupiać się na tym, w jaki sposób formułują swoje pytania, na czym skupiają się itp. Zaczęliśmy zatem równolegle z prowadzeniem rozmów wdrażać zasady stricte biznesowe m.in. to aby każda czynność generowała zysk. W dużym skrócie skupiliśmy się na cashflow firmy. Jeszcze w styczniu 2008 roku kończyliśmy kilkumiesięczny etap uzgodnień z inwestorem strategicznym. Niestety, kiedy przyszło do wiążącej deklaracji, zaproponowano nam wycenę firmy na poziomie 2,5 miliona złotych. Dzisiaj, czyli 3 miesiące później wiemy, że nasza firma jest warta przy wycenie DCF ponad 45 milionów, a wycena którą chcemy uzyskać przy debiucie giełdowym to 20 milionów. Ponieważ z naszych wyliczeń wynikało, że potrzebujemy 1,5 miliona oznaczało to, że musielibyśmy oddać inwestorowi 60% firmy, a więc pakiet kontrolny.

W styczniu 2008, byliśmy już po tzw. break event, czyli punkcie w którym IAI-Shop.com generował już pozytywny przepływ gotówki. Podczas mojej rozmowy z Sebastianem, moim wspólnikiem, mówię do niego „Słuchaj, mamy wielkie jaja, czemu nie wprowadzimy firmy na giełdę sami?”. Po 2 miesiącach rozmów z autoryzowanymi doradcami, kancelariami okazało się, że była to jak najbardziej słuszna decyzja. Stało się to dla nas osiągalne i w lipcu stanie się faktem. IAI S.A. zadebiutuje na giełdzie.

Gadżety geeka na ten tydzień: termokubek

Gadżet na ten tydzień: termokubek (nieoceniony w powolnym dozowaniu kofeiny) oraz wcześniej opisana na blogu słuchawka bluetooth.

Venture Capital cz. 1 - instrukcja obsługi i wszystko to czego od politycznie poprawnych marketoidów nie usłyszysz

pfornalski

Już w pierwszym komentarzu w moim poście pt. „Co u mnie słychać? Wybieram się na giełdę” dało się wyczuć, że temat Venture Capital (VC) wzbudza ogromne zainteresowanie. Zresztą na pierwszym Netcampie właśnie ten temat rozgrzał publiczność. Mam wrażenie że to jest temat za który wiele osób będzie mi najbardziej wdzięcznych, jeżeli właśnie niemu poświęcę nieco uwagi. Faktem bowiem jest to, że w Polsce VC są tematem rozgrzewającym publiczność każdego mojego wystąpienia do czerwoności. Oto pierwszy z serii postów, dlaczego wybrałem dla IAI drogę pozyskania kapitału przez giełdę, a nie od inwestora strategicznego tak jak zrobiła to np. Nasza-Klasa.pl

Ten post jest pierwszym z serii 6 odcinków porządkujących moje wypowiedzi na temat funduszy Venture Capital i dofinansowywania nowych firm.

Co robią VC?
Aby w ogóle omówić dlaczego nie przyjąłem inwestycji od VC zacznę od przedstawienia kim są VC (Venture Capital). Są dwa rodzaje funduszy VC. Pierwszą grupę stanowią te fundusze, które utworzyły banki i instytucje finansowe. Drugi rodzaj to fundusze utworzone przez ludzi, którzy zbili ogromny majątek, np. poprzez IPO własnej firmy i nie chcą budować kolejnej firmy start-up, chcąc jednak nadal pomnażać swoje pieniądze. W VC pracują ludzie, którzy zazwyczaj znają się na danym rodzaju technologii (w którą inwestują) i posiadają duże ilości pieniędzy. Ta definicja stosuje się głównie do VC Amerykańskich. Drugą różnicą jest wielkość kapitału. W Stanach fundusze posiadają ogromne ilości pieniędzy, w Polsce bywa z tym różnie, najczęściej nieciekawie.

Konsekwencją tego, że polskim VC pieniędzy brakuje jest to, że cenne pomysły będą przez nich odrzucane, nie dlatego, że są złe, ale ponieważ nie stać ich na wykupienie udziałów lub udziały jakie chcą kupić liczą po dużym dyskoncie np. 1:10 lub nawet 1:50. Tak było w naszym przypadku. Kiedy prowadziłem rok czy jeszcze dwa lata temu rozmowy z dwoma obecnymi w Polsce funduszami VC dało się wyraźnie wyczuć to, że chcą nabyć udziały po ogromnym dyskoncie. Najczęściej stosowaną techniką nie jest skupianie się na innowacyjności, ale pytanie o wielkość przychodów w poprzednim roku.

Na czym polega dyskonto inwestycyjne? Aby wytłumaczyć to prostym językiem, wyobraź sobie że Twoja firma mająca innowacyjny pomysł warta jest 10 milionów. W praktyce oznacza to, że jeżeli za Twój pomysł dostałbyś 10 milionów złotych, to bez dyskonta sprzedając 50% udział otrzymałbyś 5 milionów. Jednak w tym przypadku inwestor VC nic by nie zarobił. Na uczciwych warunkach zaoferuje Ci zatem np. 3 miliony (dyskonto 3:5). 2 miliony to zarobek VC, który świętym mikołajem nie jest. Przy dużym dyskoncie np. 1:10, otrzymasz za 50% udział 500 tysięcy złotych. Jeżeli Twój pomysł będzie naprawdę innowacyjny, a przez to bardziej ryzykowny możesz spotkać się z jeszcze większym dyskontem u Polskich VC, czyli np. 1:20, czyli coś co jest warte 10 milionów złotych oddasz za 250 tysięcy. Jeżeli nie chcesz pieniędzy dla siebie, tylko tak jak my chcesz pozyskać kapitał na rozwój i potrzebujesz określonej kwoty, to musisz oddać pakiet kontrolny w firmie.

Załóżmy, że potrzebujesz na rozwój firmy pozyskać 700 tysięcy złotych. Za swój pomysł warty 10 milionów, przy dyskoncie 1:10, musisz oddać 70% w firmie. W tym momencie, możesz błędnie pomyśleć. O rany, przecież 700 tysięcy to strasznie dużo pieniędzy. Jeżeli tak pomyślałeś, dałeś złapać na wędkę, ponieważ to nie są pieniądze dla Ciebie, tylko dla firmy. Im większy udział oddasz w firmie, tym mniej jest Twoje. Poza tym to kapitał inwestycyjny, a więc zarobisz udział z tego co firma wygeneruje w przyszłości. Pieniędzy, które są inwestowane jako dokapitalizowanie firmy, nie tkniesz. A więc nie myśl w ogóle w kategoriach tego ile z nich jest twoich, ale w kategoriach, czy rzeczywiście taka ilość kapitału pozwoli Ci szybko wygenerować zysk z którego wystarczająco dużo zarobisz.

Kiedy czytam artykuły o Macieju Popowiczu (założyciel Nasza-Klasa) w kontekście tego, że jest najmłodszym milionerem, to zwijam się ze śmiechu. Otóż jeżeli dostał wiele milionów (dokładna wysokość inwestycji zostaje tajemnicą), musiał oddać pakiet kontrolny. Oznacza to, że: po pierwsze pozbyłem się 70% majątku, czyli w moim przypadku pozbyłem się 7 milionów złotych, a w zamian moja firma (nie ja!) uzyskałem 700 tysięcy złotych, czyli środki obrotowe. W ten sposób mając 70% udziałów mam 3 miliony z wyceny firmy i 210 tysięcy złotych (30% z 700 tysięcy). W przypadku Naszej-Klasy można było przeczytać o dwóch falach inwestycji. Możliwe zatem, że inwestor nabył (z góry uprzedzam że strzelam na ślepo) np. 50% udziałów za 1:20 wartości, aby następnie nabyć pozostałe 50% udziałów za kolejne 1:20 wartości.

Inwestycje VC podlegają regułom podaży i popytu. Jeżeli w USA mamy funduszy mnóstwo i te fundusze mają miliardy dolarów, powoduje to, że margines zarobku (marża) nie może być tak ogromna jak w Polsce. Jeżeli inwestor X zastosuje wycenę 1:20, pójdziesz do inwestora Y, który zaproponuje Ci wycenę 1:5, a inwestor X za swoje pieniądze co najwyżej kupi sobie nowy samochód nie zarabiając na tym ani grosza. Zmniejszenie marży do 1:5 wiąże się jednak z większym ryzykiem inwestora.

 Paweł Fornalski 2008-05-03, w 8 lat po założeniu firmy

Dzisiaj mija dokładnie 8 lat od momentu kiedy wystartował Hip-Hop.pl . Co roku z Sebastianem świętujemy ten dzień wyjątkowo. Zdjęcie uchwycone w biurze IAI-System.com, właśnie dzisiaj przez moją dziewczynę. 

Praca w IAI-System.com?

pfornalski

W ostatnich miesiącach moja firma rozwija się w zawrotnym tempie. To wiąże się ciągle z poszukiwaniem nowej powierzchni biurowej i zatrudnianiem nowych osób.

Wczoraj uczestniczyłem w spotkaniu z Prezydentem Miasta Szczecina Piotrem Krzystkiem (więcej o spotkaniu tutaj). W Szczecinie bardzo wiele teraz się dzieje, jeżeli chodzi o outsourcing usług IT. Jest tutaj wiele firm informatycznych, zwłaszcza programistycznych, które odnoszą sukces nie tylko na rynku loklanym czy krajowym, ale i międzynarodowym. Aż miło było siedzieć współnie ze wszystkimi szefami firm IT ze Szczecina. Jeszcze milej wiedzieć, że władze miasta w którym się żyje zamierzają pomóc mojej firmie i innym, które tworzą systemy internetowe. Jak możesz przeczytać w relacji na stronie Urzędu Miejskiego powstanie ogromny kompleks biurowy. Może to wyświechtane ale mamy szansę stworzyć tu prawdziwą dolinę krzemową. Tak więc już wkrótce Szczecin stanie się Polskim, jeżeli nie Europejskim centrum programistycznym i outsourcingowym i to w zakresie, który dla mnie i dla Ciebie jest prawdopodobnie najbardziej interesującym, czyli systemów internetowych. Napiszę tylko tyle, że jestem strasznie zmotywowany do dalszego rozwoju swojej firmy. Jeżeli wybierasz się na studia informatyczne a Internet jest Twoim konikiem, zastanów się czy nie przyjechać do Szczecina.

Przy tej okazji małe ogłoszenie. Ostatnio podpisałem umowę z Wydziałem Informatyki Politechniki Szczecińskiej . Już wkrótce informacja na ten temat znajdzie się na stronie internetowej WI PS. Od marca rusza pełną parą program rekrutacji młodych adeptów głównie webmasteringu i grafiki komputerowej oraz programistów aplikacji internetowych i desktopowych. Planuję do końca roku stworzyć co najmniej 20 do 40 nowych etatów. To ambitny cel. Ponieważ czytając mojego bloga, możesz być podobnie jak ja zafascynowany e-commerce i tworzeniem systemów internetowych, sprawdź czy któraś oferta pracy na www.iai-system.com/jobs.phtml nie odpowiada Twoim aspiracjom. Ponieważ często tworzymy miejsca z dnia na dzień, prosżę o przesyłanie do mnie CV przez osoby, chcące pracować na stanowiskach:

  1. Webmaster - koder xHTML/CSS/JavaScrip
  2. Grafik internetowy - tworzenie projektów stron internetowych
  3. Programista PHP - tworzenie systemu IAI-Shop.com i innych naszych aplikacji serwerowych
  4. Programista .NET - tworzenie aplikacji desktopowych dla IAI-Shop.com i innych naszych systemów
  5. Pracownik helpdesk lub handlowiec internetowy - wsparcie techniczne dla klientów, testowanie aplikacji z możliwością kształcenia na jedno z w/w stanowisk programistycznych

Kogo szukamy? W pierwszej kolejności ludzi inteligentnych i potrafiących samodzielnie rozwiązywać problemy stawiane przez nas i klientów. Na drugim miejscu, ale równie ważne stawiamy predyspozycje wrodzone i nabyte poprzez doświadczenie. Dopiero na końcu stawiamy formalne wykształcenie. Jeżeli zestawimy to jeszcze z elastycznym czasem pracy, który umożliwia studiowanie, zwłaszcza pierwsze 2 oferty mogą być interesujące dla studentów ze Szczecina i okolic.

Obecnie poszukuję:

  1. Jednego grafika internetowego
  2. Jednego webmastera (kodera sklepów)
  3. Jednego testera/pracownika helpdesku

Wyślij na pfornalski(at)iai-system.com swoje CV, list motywacyjny i portfolio, a jeżeli jesteś inteligentną osobą, chcącą z nami zmienić oblicze światowego e-commerce zaproszę Cię na spotkanie przy kawie w moim biurze, podczas którego razem pomyślimy nad tym co mógłbyś robić w IAI-System.com.

Spotkanie z Prezydentem Miasta Szczecina Piotrem Krzystkiem, 19 lutego 2008r., w sali Rady Miasta (zdjęcie własne)

Stań się inwestorem w portale społecznościowe

pfornalski
Każdy sklep internetowy potrzebuje reklamy, to wyświechtany slogan. W ostatnim czasie tematem „hot” stały się serwisy społecznościowe. Wielu właścicieli sklepów internetowych zaczęło zwracać swoje oczy właśnie ku serwisom społecznościowym, których wycena dzięki temu potencjałowi potrafi być astronomiczna. Ponieważ większość z serwisów społecznościowych nie ma najczęściej sensownego modelu biznesowego właśnie tak astronomiczna wycena bierze się z potencjału na przyciągnięcie klientów do usług lub zakupów. Najczęściej jednak właściciele sklepów patrzą na portale krótkowzrocznie, zawierając umowy na wyświetlanie reklam lub program partnerski. Fajnie by było jednak zagwarantować sobie ruch długofalowo.

W Dolinie Krzemowej milionerzy czują się biedni

pfornalski

Natrafiłem na prawdziwy cymesik na Gazeta.pl - artykuł o milionerach w USA żyjących w dolinie krzemowej. Artykuł daje sporo do myślenia. Ludzie mają po kilka milionów dolarów co stawia ich w promilu najbogatszych ludzi na świecie, a mimo to czują się biedni i pracują nadal po 60-80 godzin tygodniowo. Czy tylko rynek informatyczny jest to porąbany? Na szczęście posiadanie w Polsce kilku milionów złotych pozwala Ci już czuć się w miarę komforotowo.

Zapraszam do lektury w wolnej chwili: http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33407,4437114.html

Startup.com - cz.3 - konsekwencja w działaniu

pfornalski

Był 28 kwietnia, miałem z powrotem serwer od Optimusa. O 15:00 dostarczyłem go koledze ze studiów, Pawłowi. Poznałem go przez przypadek, bo siedział ze mną na Analizie (matematyka) więc zaczęliśmy rozmawiać parę dni wcześniej o tym co robię. Porozmawiałem z nim i dostarczyłem mu serwer. Zostawiłem mu go na parę dni, aby mógł wszystko dopracować. Paweł był samoukiem który również pasjonował się muzyką Hip-Hop, ale okazał się być dużo bardziej skutecznym administratorem. Po paru dniach na serwerze miałem poprawnie zainstalowany i skonfigurowany serwer WWW Apache na FreeBSD. 3 dni weekendu majowego spędziłem pracując do drugiej w nocy nad stroną dla jednego z klientów Optimusa, Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, która to pozwoliła mi zarobić pierwsze konkretne pieniądze na webmasterstwie i pozwoliła mi zrewanżować się częściowo Optimusowi. Pieniądze były potrzebne na rozwój portalu, więc przez najbliższych kilkanaście miesięcy podejmowałem się różnych zleceń aby zarobić jak najwięcej.

4 maja przyszedł wreszcie pamiętny dzień. O 10:15 miałem laboratoria z „języków maszynowych", a o 14:15 miałem ćwiczenia z „architektury systemów komputerowych". Ponieważ opuszczanie zajęć nie wchodziło w rachubę miałem 4 godziny na przeprowadzenie instalacji serwera. O 12:00 umówiłem się z Pawłem w nieistniejącej już kawiarence internetowej X-Zone. Spakowałem serwer i pojechaliśmy samochodem do Optimusa. Tym razem wszystko poszło w miarę sprawnie i po godzinie narodził się Hip-Hop.pl. Czas przyjścia na świat 4 maja 2000 roku, godzina 13:15. Serwer nazywał się scratch.hip-hop.pl (194.204.189.245), czyli wprawne oko zauważy klasę adresową TP. To prawda, serwer był podpięty do sieci Polpak-T 1 Mbit/s. Tę datę uznajemy za narodziny naszej firmy i od tej pory co roku świętujemy urodziny.

Następnego dnia, czyli 5 maja w miejsce strony zapowiadającej serwis w nocy próbowałem uruchomić pierwsze skrypty CGI. W tym czasie programowałem jeszcze w C++, przegrywając kody źródłowe na serwer, gdzie kompilowałem je i uruchamiałem. Zważywszy na to, że pracowałem w tym czasie na komputerze 486 na modemie 33,6kbps i wdzwanianym dostępie 0202122, tworzenie portalu było nie lada wyzwaniem. 9 maja, w dniu urodzin mojego brata siedziałem ja, Sebastian, Wojtek aka Dabon i Ania do 21:00 i planowaliśmy dalszy wygląd strony. Przede wszystkim jednak pracowaliśmy nad e-zine, czyli gazetą elektroniczną wysyłaną poprzez e-mail, która jak pamiętasz z pierwszej części opowiadania miała być filarem serwisu. Planowaliśmy wydać ją w ciągu paru najbliższych dni. Spotykaliśmy się co parę dni w różnym składzie i pracowaliśmy nad pierwszymi artykułami. W drugiej połowie maja zaczęliśmy pozyskiwać do naszej gazety autorytety takie jak DJ Twister, MCK, Penny, Cerber i inni. 18 maja DJ Twister w audycji VoDoo wspomina o powstającym portalu Hip-Hop.pl i od tego dnia rozpoczęło się nieustający proces reklamowania się. Oczywiście nie było mowy o płatnej reklamie. Rozpowiadaliśmy wszystkim, na lewo i prawo o serwisie, Dabon poprzez swoją mamę wydrukował plakaty, które naklejaliśmy w mieście. Ciekawym pomysłem było wydrukowanie kilkuset naklejek na papierze samoprzylepnym z napisem „WWW.HIP-HOP.PL" i jeżdżąc tramwajami i autobusami, naklejaliśmy je dosłownie wszędzie. Niektóre można spotkać po siedmiu latach nadal. Czasami ludzie z klimatów muzyki Hip-Hop mówią mi że załapaliśmy się na modę. Ale to nie jest prawda. W tym czasie istniało mnóstwo serwisów o dużo większej oglądalności. Pamiętam jak wszyscy mówili nam, że nie przewyższymy oglądalnością strony Enigma, która miała 300 UU dziennie. Prześcignęliśmy Enigmę już po paru miesiącach, mimo iż Enigmę prowadził Tytus, czyli jedna z bardziej znanych osób w środowisku, właściciela wytwórni Asfalt Records. Wszystko to wymagało ogromnej determinacji, byłem w gorącym okresie zaliczeń, na drugim roku studiów.

Niestety pod koniec maja stało się jasnym, że przemysł wydawniczy rządzi się innymi prawami niż informatyka i z obiecanych 20 artykułów mieliśmy tylko kilka. Czułem podświadomie, że odwlekanie wydania spowoduje, że wszystko się rozmyje. Ostatecznie, mimo wielkiego sprzeciwu Dabona, który wtedy był redaktorem naczelnym e-zine, przeforsowałem „wydanie" na przełom maja i czerwca. Od paru tygodni na stronie widniało pole zapisywania się na e-zine. Był to prosty skrypt w C++, który otwierał plik, dopisywał do niego podany przez użytkownika string. Ludzie trafiali na stronę często wpisując na ślepo adres strony lub znając nas z naklejek, plakatów i przekazów ustnych. Dzisiaj takie rozwiązanie wyda się wszystkim prymitywne, ale wspomnę tylko o tym, że programowania WWW uczyłem się z czytelni uczelnianej, czytając rozdziały albo połówki rozdziałów do książek do Linuxa. Coś takiego jak książki do programowania WWW nie istniały. Były tylko książki o HTML, DHTML itp. Nie było też Google, a reklamy w portalach było straszliwie drogie.

Strona www.hip-hop.pl w pierwszych tygodniach istnienia portalu

Widok na stronę www.Hip-Hop.pl w pierwszych tygodniach istnienia. Menu po lewej było bardziej manifestem tego co chcemy mieć na stronie niż tym co rzeczywiście na niej można było znaleźć.

2 czerwca po walce z systemem pocztowym od 14 do 21 udało mi się wysłać 1 numer gazety Hip-Hop.pl. Miał on postać archiwum ZIP spakowanych kilku stron HTML i grafik. Wiedziałem że musimy oszczędzać na rozmiarze. W tym czasie skrzynki miały po 1-2MB a więc rozmiar 280kB był maksimum. Do dzisiaj archiwum e-zine możesz pobrać ze strony http://www.hip-hop.pl/gazeta/ - przetrwały one wszystkie zmiany na portalu.

Czego nauczyły mnie wydarzenia z maja i czerwca? Dziś wiem, że nie wolno odwlekać w nieskończoność startu firmy ani jakiegokolwiek projektu. Ten styl pracy przetrwał przez lata. Zaczynamy z czymkolwiek, nawet jeżeli nie uda się zrealizować 100%, aby stopniowo ulepszać to co już osiągnęliśmy. Gdybyśmy czekali na uzbieranie się 20 artykułów czekalibyśmy do września. W tym czasie nasza marka nie istniałaby na rynku muzycznym, a w wakacje sporo się działo. Wydanie czegokolwiek pozwoliło nam nabrać pewności siebie funkcjonować jako byt. Przede wszystkim to, że ukazaliśmy się 2 czerwca, spowodowało, że wszyscy związani z Hip-Hop.pl dowiedzieli się, że to nie jest czcze gadanie. Cokolwiek by się działo, będziemy istnieli i będziemy realizowali swoje cele. Od 4 maja 2000 roku poza krótkimi przerwami technicznymi Hip-Hop.pl działa non stop, zmieniając serwery, administratorów, wygląd. Jednak nie ma takiego dnia, którym nie dodalibyśmy do niego jakiejś informacji, wyłączyli go na tydzień przy przenoszeniu serwera. W międzyczasie zniknęli wszyscy „ładniejsi", „mądrzejsi" lub „lepiej zorganizowani" konkurenci. Wystarczyło tylko pracować ciężko i czekać.

Ostatecznie ja sam dostrzegłem bardzo wielką różnicę pomiędzy sobą i wszystkimi innymi osobami zaangażowanymi w ten projekt. Miałem wolę, pragnienie. Potrafiłem wywierać presję. Byłem przez te wszystkie lata niczym metronom, który niezłomnie gna do równej pracy. Musiałem Czasami mam wrażenie że jestem niczym Mojżesz, który prowadzi swój mały naród przez morze, które się rozstąpiło. Nadal jest we mnie to samo pragnienie, konkurowania z większymi, ciągłego ulepszania, systematycznej pracy i nieprzerwanego rozwoju. To czego dokonałem było na prawdę niezwykłe. Nie miałem nic do zaoferowania tym ludziom wszystkim ludziom którzy współpracowali. Nie miałem pieniędzy, nie miałem żadnych profitów. Byliśmy nieznani, zbyt młodzi i zbyt niedoświadczeni. Jedyne co miałem to pasja i umiejętność motywowania. Wiedziałem, że większość ludzi chce mieć osiągnięcia, ale nie mają wystarczającej mobilizacji aby robić to co robią przez wystarczająco długi czas. Ja byłem dla nich zapalnikiem. Jeżeli ktoś zapytał się mnie co było kluczowe do zbudowania tego wszystkiego co mam dzisiaj, właśnie tą nieugiętość i determinację wskażę na pierwszym miejscu. Dzieje każdej firmy toczą się różnie. Zazwyczaj zmiany inicjuje przypadek. Ważne jednak aby był stale na posterunku, zawsze gotowy na kolejną falę, na której popłyniesz niesiony prądem.

Startup.com - cz.2 - znaj każdy zakątek swojej firmy

pfornalski

Moja ostatnia opowieść skończyła się na tym, że dostałem do domu serwer. Kiedy miałem już w domu serwer zaprosiłem dwóch mocnych w gębie kolegów, którzy twierdzili, że są świetnymi programistami PHP. Zresztą tworzyli znany w Szczecinie serwis Infoludek, co było dobrą rekomendacją. Ponieważ ja znałem dobrze tylko C++ i Pascal wydawało mi się sensowne poproszenie ich o pomoc. Przyszli do mnie do domu, mówili o rzeczach które były dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Uznałem zatem, że oni powinni zająć się częścią programistyczną, ja powinienem wyłącznie zarządzać i koordynować pracę Sebastiana, jego redaktorów i tych 2 chłopaków. Podkusiło mnie nawet aby pomyśleć, że w sumie reszta pójdzie już gładko.

Po 4 godzinnej sesji na przekazanym przez Optimus serwerze stał już Red Hat i były zainstalowane podstawowe usługi. Dodatkowo na moim pececie znalazła się jakaś kulawa dystrybucja Apache, PHP i MySQL. W sumie chłopacy przekopiowali tylko swoje pliki robiąc mi przy okazji spory bałagan, ale dzięki nim mogłem parę miesięcy później pracować nad kodem mając do dyspozycji tylko modem.

Pamiętam jak w połowie kwietnia pojechałem samochodem rodziców zawieźć serwer i podłączyć go do sieci szczecińskiego oddziału Optimusa. Siedziałem razem z Damianem (Barszczem) wierząc w to, że uruchomi wreszcie serwer. Po 10 minutach pracy, znudzony tym, że nie może włączyć sieci nawrzeszczał na faceta z Optimusa, że „Co wy mi za sprzęt jakiś pokręcony dajecie. Nie możecie dać zwykłego Pentium z NE2000?". Gwoli wyjaśnienia, dali mi sprzęt markowy, Intela, a Barszczu potrafił tylko włączyć obsługę najpopularniejszej w tym czasie karty sieciowej. Nie sprawdził sieci, bo takowej w domu nie miałem. Byłem zażenowany jego zachowaniem, tym bardziej że po tym jak to powiedział powalił jeszcze trochę w klawiaturę i wyszedł trzaskając drzwiami. Czułem, że znowu tracę grunt pod nogami. Tyle pracy i biegania za serwerem, a teraz mogłem to stracić. Przeprosiłem za zachowanie kolegi i próbowałem uruchomić system sam. Niestety w Optimusie potrafili pracować tylko na Windows, a ja w tym czasie znałem Linux tylko od strony użytkownika. Przez godzinę siedziałem skulony przy serwerze próbując rozpaczliwie włączyć obsługę sieci. Pamiętam jak powiedziałem „Muszę się jeszcze tego nauczyć". Pamiętam jak podirytowany pracownik Optimusa, Jarek, powiedział „Żebyś wiedział i to szybko". Dostałem lekcję - opieranie się na pracy innych, nie znając szczegółów technicznych jest proszeniem się o kłopoty. Aby prowadzić dalej projekt technologiczny musiałem wszystko potrafić zrobić samodzielnie. Całe szczęście że ciągle nie miałem nic do stracenia. Tą nauką kierowałem się przez wszystkie kolejne lata. Zawsze robię najpierw coś sam, a dopiero kiedy to opanuję lub brakuje mi czasu, przekazuje zadanie pracownikowi.

Spakowałem z powrotem serwer do samochodu i byłem tak zdenerwowany, że wycofując uderzyłem w błotnik przyczepki. Facet zmęczony drogą zaparkował na poboczu i kimał w samochodzie. Przyczepka miała przekrzywiony błotnik, ale facet był tak zaspany, że tylko wyszedł coś pomamrotał. Zapytałem się go „czy jest ok?". Powiedział „tak" i wsiadł kimać dalej. Ja odjechałem. Myślę że kiedy całkowicie się obudził mógł być dosyć wściekły, że powiedział, że „jest ok". Na moje szczęście nie było śladu na plastikowym spojlerze i mogłem pojechać do domu. Ja ocaliłem cnotę bezwypadkowego kierowcy, którą notabene noszę dumnie do teraz. Po paru tygodniach tkwiłem ciągle w punkcie wyjścia. Czas płynął i wiedziałem że nie dostałem serwera jako podstawki pod paprotkę. Musiałem szybko zacząć się uczyć i koniecznie znaleźć nowego administratora. Barszcza nie widziałem od tego dnia przez kilka lat.

Startup.com - cz.1 - nie musisz mieć nic poza wolą

pfornalski
Kiedy patrzę w przyszłość, codzienne zdarzenia wydają się nie mieć znaczenia. To co dzieje się każdego dnia wydaje się nic nie znaczącym bełkotem, nic nie znaczącymi, chaotycznie umieszczanymi na linii czasu zdarzeniami. Kiedy patrzy się na te wydarzenia układają się w jeden, sensowny ciąg. Ale można to zrobić dopiero po latach, z odpowiedniej perspektywy. Tak jak obiecałem w kilku postach opowiem Wam jak to wszystko się zaczęło, a za kilka lat opowiem co robię teraz.

Ze względu na to, że nie jest to książka, a jedynie wypełniam 20 minut pozostałych do pierwszej w nocy, o której to godzinie zazwyczaj zaczynam się zbierać do spania, opiszę tylko jak to wszystko się zaczęło.

Otóż w styczniu 2000 roku, Sebastian Muliński, mój obecny wspólnik zaproponował mi pewien prosty i jak się mu wydawało genialny interes. Wypatrzył, że wolna jest domena „hip-hop.pl". Wpadł na pomysł aby sprzedawać ludziom konta e-mail w tej domenie. Wystarczyło wynająć serwer. Pieniądze na serwer miał wyłożyć jego kolega Emil, któremu rodzice dali na drogę w dorosłość sporą ilość gotówki. Ponieważ znam się z Sebastianem od dzieciństwa i od zawsze przejawiałem smykałkę do interesu, a do tego studiowałem informatykę, zaproponował właśnie mi udział w tym przedsięwzięciu. W tym okresie jednak nie przebywaliśmy zbyt często ze sobą. Po naradzie, którą zrobiliśmy w pubie przy piwie plan był gotowy. Teraz mieliśmy spotkać się z Emilem. Niestety Emil się spóźnił na spotkanie prawie 60 minut. Ponieważ w tym czasie byłem bardzo „profesjonalny", po przeczytaniu wielu książek z radami typu „myśl jak milioner" postanowiłem ostentacyjnie wyjść po wypiciu piwa, mimo iż pojawił się właśnie z Sebastianem na progu. Mój temperament kazał mi powiedzieć coś na tyle przekreślającego możliwość dalszej współpracy iż oczywiście dalsza spółka z Emilem nie wchodziła w grę.

Spotkaliśmy się ponownie z Sebastianem i ponieważ nie mieliśmy inwestora, musieliśmy opracować plan B. Nie chciałem zawieść Sebastiana więc zaczęliśmy myśleć dalej. W tym czasie pisywałem do gazety internetowej (e-zine'a) Wirtu@l. Bardzo spodobał mi się pomysł e-zina i stwierdziłem że chcę czymś takim zarządzać. W związku z tym postanowiliśmy, że zaczniemy wydawać e-zine aby móc na to przyciągnąć jakiegoś sponsora, który pokryje koszty serwera. Przypomnę, że w roku 2000 szczytem marzeń był Polpak-T 1Mbit, który kosztował miesięcznie ze 2 średnie krajowe. Oczywiście mieliśmy zarabiać na sprzedaży kont e-mail. Plan wydawał się genialny i wkrótce rozpoczęliśmy jego realizację. Ja zacząłem tworzyć w C++ stronę. Sebastian zaczął pozyskiwać ludzi, którzy mieli nam pomóc merytorycznie w pisaniu artykułów i redagowaniu E-zine Hip-Hop.pl. Byli to ludzie znani w kulturze Hip-Hop.

O ile temat strony Hip-Hop.pl i e-zine zostawię w tym momencie na boku, o tyle skupię się na wydarzeniu najważniejszym dla naszej dalszej egzystencji, czyli serwerze. W skrócie - nadal go nie mieliśmy, mimo iż kwiecień był już w kalendarzach. Czasami sam, czasami z Sebastianem, udawaliśmy się do kolejnych firm. Byłem gotowy zrobić dla firmy, która udostępni nam pasmo wszystko. Gdyby kazali mi napisać dla nich własny system operacyjny, zrobiłbym to. Tak bardzo byłem zdeterminowany. Po około 50 odmowach zacząłem wątpić. Zaczynałem powoli godzić się z tym, że nici z genialnego pomysłu na biznes. W końcu, niemal przypadkiem mój tata zadzwonił do swojego dawnego znajomego ze studiów, Pana Łyczakowskiego, prezesa szczecińskiego Optimusa z pytaniem czy nie zna kogoś kto mógłby mi pomóc. Poprosił abym się u niego stawił. Przedstawiłem mu pomysł. Nie wydawał się nim zachwycony. Pamiętam jak szedłem przez most długi w Szczecinie do tramwaju przekonany, że czas dać sobie spokój. Los uśmiechnął się jednak do mnie i parę dni później dostałem telefon - „Damy Ci serwer i podłączymy go do naszego Polpaka. Przyjedź za tydzień po komputer". Miałem własny serwer i własne łącze. Czułem się jak kosiarz umysłów, bóg cyberprzestrzeni. Mogłem sam ustalić temat strony, jej zawartość i wpompować to wszystko do sieci, bez żadnych ograniczeń. Problem polegał na tym, że jednym z punktów umowy było to że nie mogłem sprzedawać kont e-mail na sponsorowanym sprzęcie. W tym momencie jednak to mi nie przeszkadzało.

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci