Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

Prawo

Czy bracia Wright rzeczywiście wymyślili samolot? O trollach patentowych i ACTA słów kilka.

pfornalski

Ostatnio przeczytałem, że Amazon został pozwany przez patentowego trolla, firmę NPS, która nie robi nic innego jak tylko pozywa inne firmy za patenty, które skupuje od innych firm. Niektórym może się wydawać, że patenty w USA stały się patologiczną przyczyną niszczenia biznesu IT. Jednak, jeżeli poszukasz w historii gospodarczej USA, dowiesz się, że np. Bracia Wright, Orville i Wilbur, nie tylko wznieśli się w powietrze jako pierwsi, ale także wymyślili świetny sposób na zarabianie na swoim w sumie niepraktycznym wynalazku. Opatentowali coś co nazwali metodą kontroli lotu, a następnie pozywali lub pobierali opłaty licencyjne od każdej firmy lotniczej czy pilota (więcej na Wikipedii – The Wright brothers patent war). Jeżeli przeczytasz ten artykuł uważnie, zauważysz, że 100 lat temu firmy z innowacyjnej gałęzi gospodarki (lotnictwo) miało dokładnie te same kłopoty co obecne firmy IT. Bracia Wright nie byli pierwszymi w swoim wynalazku patentowego trollingu. Wcześniej „patent” na patent zdobył prawnik patentowy George B. Selden ustanawiając precedens w historii patentów USA – tzw. Selden Patent. Było to 50 lat wcześniej niż bracia Wright. Patent Seldena dotyczył samochodów, czyli również dziedziny, która w tym okresie dynamicznie się rozwijała.

Ciekawe, opisane również na Wikipedii, w historii braci Wright jest wpływ na ostateczny kształt lotnictwa amerykańskiego podczas pierwszej wojny światowej: „The Wrights' preoccupation with the legal issue hindered their development of new aircraft designs, and by 1911 Wright aircraft were inferior to those made by other firms in Europe. Indeed, aviation development in the US was suppressed to such an extent that when the U.S. entered World War I no acceptable American-designed aircraft were available, and the U.S. forces were compelled to use French machines.” A zatem amerykanie sami padli ofiarą swojego własnego prawa.

W przypadku historii IT, amerykanie rzeczywiście byli najbardziej innowacyjni, podczas wszystkich 5 epok rozwoju współczesnej informatyki:

  1. Wymyślenie mikroprocesora

  2. Wymyślenie systemu operacyjnego

  3. Wymyślenie graficznego środowiska pracy i systemu operacyjnego

  4. Sieci komputerowych

  5. Powstania usług Webowych (w tym sklepów internetowych)

Wszystko jednak wskazuje na to, że przez wypaczony system patentowy, po okresie pierwszego bumu innowacyjnego, to inne gospodarki, zwłaszcza europejska w przemyśle czy daleko wschodnia w IT, wyprzedzają amerykanów. Amerykanie mogą podjąć 2 kierunki zmian:

  1. Mogą zmienić swoje prawo patentowe – przeciwko temu przemawiają miliony patentów, którymi amerykańskie firmy skutecznie blokują dostęp do swojego rynku, skuteczniej niż cłami.

  2. Mogą zmusić resztę świata, aby respektowała ich patenty – tutaj dochodzimy do niedawno szeroko dyskutowanej publicznie sprawy ACTA.

Specjalnie poczekałem z napisaniem tego posta, aby nie zginął w bełkocie dyskusji nad ACTA, jaka się niedawno przetoczyła w polskich mediach społecznościowych. Mam wrażenie, że większość ludzi w ogóle nie zdaje sobie sprawy po co ACTA jest. Myślą, że ktoś będzie im zabraniał oglądać youtube czy redtube. Zupełnie nie o to w tym wszystkim chodzi. ACTA czy patenty amerykańskie nie są stworzone z myślą o inwigilacji w internecie. Dzisiaj tematem nr 1 w prawie patentowym są Internet i Elektronika, ale jak pokazałem, wcześniej były to samochody czy samoloty. Za 100 lat będą to np. neuroprzekaźniki radiowe montowane w płacie czołowym mózgu, a za 200 lat może będą to teleporty.

Nie jestem przeciwko ochronie intelektualnej. Wręcz zdecydowanie się za nią opowiadam. Uważam jednak, że jej wprowadzanie ma sens na skalę światową, dopiero gdy amerykanie uporządkują swój system patentowy. Inaczej cały świat może stanąć w obliczu pozwów, których wcale nie będą składali wynalazcy, ale finansiści z Nowego Yorku, którzy odkupią te patenty za relatywne grosze od prawdziwych wynalazców.

Warto też zastanowić się, czy amerykańskie zawsze znaczy lepsze? Czy Twitter jest rzeczywiście najlepszym mikroblogiem, a Basecamp najlepszym systemem do pracy grupowej? Czy amerykańskie porównywarki cen czy systemy sklepowe są lepsze od naszych własnych? Z moim obserwacji wynika, że często są gorsze, a zapraszanie trolli patentowych na swoje podwórko jest proszeniem się o duże kłopoty. Osobiście, mimo całej niechęci do Allegro, uważam że znacznie lepiej się stało, że eBay został przegnany z naszego rynku. Podobnie cieszę się, że polskie systemy płatności przegnały wiele innych, które próbowały się u nas zadomowić. Tak po prostu jest bezpieczniej, chociaż nie zobaczysz np. mBanku w amerykańskim filmie.

p.s. W poprzednim poście „Internauci vs. reszta świata” nie pisałem o ACTA, o czym napisałem już w pierwszym zdaniu. Mimo to wielu ludzi uznało, że to tekst o ACTA. Dopiero teraz, gdy jak zwykle po medialnej zawierusze, większość ludzi zapomniała o problemie, piszę ten post i mam nadzieję, że trafi on jako merytoryczny argument do kogoś kto ACTA się realnie zajmuje.

Ochrona danych osobowych jest jak słaba kłódka

pfornalski

Każde prawo musi czemuś służyć. Jeżeli niczemu nie służy, jest zwyczajnym utrudnieniem, które powoduje, że przedsiębiorcom trudniej prowadzi się w jakimś kraju działalność. W Polsce mamy wiele złego prawa, które utrudnia działalność. To dlatego zajmujemy np. w rankingu Doing Business 70 miejsce na świecie, a nie dlatego że mamy np. wszędzie góry jak Austriacy. Tak zwany ogół bez zająknięcia przystosowali się do idiotycznej Ustawy o Ochronie danych osobowych. Np. sklepy internetowe grzecznie zgłaszają do GIODO dane klientów. Wszystko to w imię wyuczonego przez lata PRL posłuszeństwa do nawet najbardziej idiotycznych przepisów. W mediach słyszymy o próbach stworzenia jednego okienka przy rejestracji działalności gospodarczej. Ale to, że istnieje GIODO z absurdalnie skomplikowanymi formularzami nikomu nie przeszkadza. Nawet samo GIODO nie do końca wydaje się wiedzieć po co jest, bo na wszelkie pytania np. czy określone dane podlegają rejestracji odpowiada szablonowym e-mailem odsyłającym do ustawy. Na wszelki wypadek wszyscy zatem rejestrują swoje zbiory lub wynajmują do tego prawników (cena usługi to np. 200zł), a GIODO się cieszy, bo jego sens i środki na utrzymanie są wtedy zapewnione - przecież urząd jest oblegany czyli pracuje.

Kupuję mnóstwo przez Internet, w sklepach na świecie, nie tylko w USA. Jeszcze nigdy nie akceptowałem zgody na przetwarzanie danych osobowych w innym sklepie niż w Polsce. Owszem, akceptuję się regulamin i z tym ludzie na całym świecie są zapoznani. Ale dodatkowy, drugi checkbox w procesie zamawiania wymagający zgody na przetwarzanie danych osobowych jest niezłym ewenementem. Zapewniam, że ludzie z zagranicy potrafią zatrzymać się w procesie zamawiania w momencie gdy przytaczamy im ustawę i wymagamy zgody w myśl jej postanowień. Polacy do tego absurdu już przywykli. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że mając sklep z siedzibą w Polsce, teoretycznie musisz mieć wyrażanie zgody na przetwarzanie danych osobowych nawet w specjalnej wersji dla klientów zagranicznych. A z drugiej strony, klienci zagraniczni nie są oswojeni z tym polskim wynalazkiem.

Jak pisałem we wstępie, każde prawo musi czemuś służyć. Czy ustawa o ochronie danych osobowych w przypadku sklepów internetowych przed czymś chroni? Ani trochę. Jak dostawałem niezamówione wiadomości e-mailowe lub telefony z ofertami lub SMSy z reklamami tak dostaję. Nie ma dnia, abym na moją skrzynkę nie otrzymał e-maila takiego jak na tym zdjęciu:

Niezamówiona oferta 

Autentyczny niby legalny SPAM. Dane firmy ukryłem aby jej nie reklamować.

 

Jeszcze inne e-maile zaczynają się od „W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej przesyłamy ofertę na ...” mimo iż nikt takiej rozmowy telefonicznej nie prowadził.

Wyrażanie wszędzie zgody na przetwarzanie danych osobowych jest jak słaba kłódka. Utrudnia życie właścicielowi np. szopy lub innym osobom, które powinny mieć do niej dostęp, ale nie utrudnia życia złodziejowi. Ten bowiem bierze cegłę leżącą opodal i wali w kłódkę, bez problemu ją otwierając. Jeszcze bardziej śmieszy mnie poczucie bezpieczeństwa, które rzekomo przeciętny zjadacz polskiego chleba. Nie akceptuje on zgody na przetwarzanie danych do celów marketingowych, ale w zamian za termo-kubek w promocji na Facebooku, wyraża nie tylko zgodę mechanicznie i bezapelacyjnie na przetwarzanie danych osobowych ale i na ich odsprzedaż. W efekcie 1000 kolejnych firm staje się legalnie posiadaczem tych danych i robi legalnie to, na co wydaje się temu zjadaczowi chleba, że nie wyraził zgody. Jeszcze zabawniejsze są reakcje co butniejszych, którzy próbują przed tym protestować, awanturując się.

Trzeba powiedzieć otwarcie, że GIODO i Ustawa o ochronie danych osobowych to bubel jakich na świecie próżno szukać. Polski ustawodawca jak zwykle starał się być świętszy od Papierza. W efekcie nie tylko polski podatnik utrzymuje bandę darmozjadów, ale pada ofiarą tego, że wszędzie musi podpisywać zgodę na przetwarzanie danych osobowych, a polskie sklepy internetowe tracą sporą część klientów przez konieczność zatwierdzania ustawy, której nie mają prawa znać.

Niesprawiedliwie traktowanie sprzedawców internetowych na przykładzie zakupu krzeseł

pfornalski

Kontynuując ostatni temat, zwrotów i ochrony konsumenta, chciałem opisać jedną sytuację z mojego życia. Zamówiłem 7 tygodni temu w Ekoline (Sklep w Szczecinie w centrum Top Shopping) stół i krzesła do mojej kuchni. Ponieważ mamy 21 wiek i personalizację towarów pod klienta, nie można kupić tego co widać na wystawie, nawet kiedy bardzo się chce. Wytłumaczenie jest takie, że czas oczekiwania na towar wynosi 8 tygodni, podczas których sklep sprzeda kilka takich towarów. No, ale dobrze jest - mogę mieć co chcę, w indywidualnym stylu. Wybrałem zatem stół, krzesła i wybrałem parametry takie jak kolor obicia i nóg, wszystko w granicach standardowego zamówienia w ramach oferty producenta.

Widok na katalog z którego wybrałem krzesła do mojej kuchni.

Zdjęcie zrobione przeze mnie z katalogu w sklepie gdzie kupowałem krzesła do Kuchni. Czemu zatem trzeba szczególnie chronić kupujących na podstawie dużych zdjęć wyświetlanych na monitorze, a tych którzy kupują na podstawie małego zdjęcia w drukowanym katalogu już nie?

Jak został mi przedstawiony towar? Pokazano mi papierowy katalog w którym musiałem sobie wybrać produkt. Zdjęcie prezentuje raptem krzesło z jednej strony. Podane są wymiary i tyle. Na pytanie czy są wygodne, usłyszałem że mogę siąść na zupełnie innych modelach krzeseł tego producenta i stwierdzić czy są wygodne. Kiedy okazało się, że tak, powiedziano mi, że w takim razie tamte są nie mniej wygodne. Na tej podstawie musiałem zamówić 8 krzeseł które kosztują kilka tysięcy złotych. Termin oczekiwania miał wynieść 6 – maksymalnie 8 tygodni. Wpłaciłem zaliczkę (40% wartości zlecenia) i zacząłem niczym dziecko czekające na Wigilię odliczać dni. Po około 4 tygodniach otrzymałem telefon – „stół już jest, na krzesła musi Pan poczekać około 10 tygodni”. Żadnego „przepraszam”, żadnego „damy panu rabat”. Nic. Kiedy wyraziłem moje oburzenie, usłyszałem „Krzesła idą z Włoch, tyle trzeba na nie poczekać.”

I w tym momencie we mnie zawrzało. Nie widziałem tych krzeseł, nie zamówiłem nic szczególnego, wpłaciłem zaliczkę i jeszcze muszę czekać 10 tygodni, a więc 7 razy dłużej niż zamówienie realizuje opieszały sklep internetowy. Po tym czasie zostaną mi one doręczone do domu. Przed dostawą przelewem będę musiał zapłacić pozostałą kwotę. Kiedy krzesła przyjdą, nie będę mógł się wycofać z zakupu, nawet jeżeli wybitnie mi się nie spodobają. I doskonale rozumiem, co podpisałem w momencie zamówienia.

Dostałeś ankietę z GUS? Szczerze współczuję...

pfornalski

Nigdy, przenigdy rejestrując firmę nie podawaj w GUS (przy rejestracji REGON), że zamierzasz zatrudniać powyżej 10 osób. My tak zrobiliśmy i teraz regularnie, raz na miesiąc przychodzi do nas ankieta na około 20-40 stron o złożoności przekraczającej bilans, w której mamy podawać jakieś absurdalne informacje. Najlepsze jest to, że kiedy rejestrujesz firmę nikt Ci tego nie mówi. Pani w okienku zapewnia - te informacje służą jedynie celom statystycznym.

Prawda jest taka, że jeżeli podasz, że jesteś wieloosobową firmą (nawet jeżeli tylko startujesz i masz 1 pracownika) wtedy masz duże szanse na wylosowanie Twojej firmy w „wielkiej loterii GUSu", który mimo, że wydaje się zupełnie niepotrzebnym i nieszkodliwym urzędem, w rzeczywistości może zabrać więcej czasu niż kontrole Urzędu Skarbowego.

Ankiety które przysyłają zawierają takiej złożoności pytania:

  • Podaj ilu masz pracowników, od kiedy pracują, ile zarabiali średnio na przestrzeni ostatniego miesiąca, trzech miesięcy, pół roku, roku?

  • Ile faktur wystawiasz średnio w ciągu ostatniego miesiąca, kwartału, półrocza, roku. Jaka była ich średnia wartość w tych okresach z uwzględnieniem podziału na faktury dla podmiotów będących płatnikami vat i nie będących płatnikami vat?

  • Ile procentowo wystawiasz faktur dla firm małych, średnich, dużych?

  • Ile procentowo wydajesz na energię elektryczną, ogrzewanie, paliwa, materiały biurowe z wyłączeniem środków czystości ...?

A teraz wyobraź sobie, że co miesiąc dostajesz takie arkusze do wypełnienia, każdy średnio po 100 rubryk i grożą, że jak tego nie wypełnisz to dostaniesz karę. Najlepsze jest to, że mogliby część tych informacji uzyskać od Urzędu Skarbowego, ale niestety ustawodawca wymyślił, że niestety to niemożliwe, bo aparat skarbowy jest przeładowany.

Sebastian początkowo próbował odpowiadać na te ankiety spędzając przeciętnie na każdą dużą sporą część tygodnia. W odpowiedzi wracały 2 kolejne ankiety, niczym odrastające głowy mitologicznej hydry. W końcu wkurzyłem się widząc, że nic innego już nie robi i zadzwoniłem do Pani z GUS odpowiedzialnej za te badania i powiedziałem jej szczerze i od serca co o tym myślę i że nie zamierzamy brać udziału w tej błazenadzie, bo byśmy musieli zatrudnić jeszcze jednego człowieka. Wyjaśniła mi mechanizm losowania i okazuje się, że kluczem do sukcesu jest nie podawanie nigdy we wniosku o rejestrację REGON, że ma się więcej niż 10 pracowników.

Czy coś grozi za odmowę wzięcia udziału w badaniu? Tak.
Czy mała firma musi brać udział w badaniu? Nie.
Czy możesz zmienić w REGON ilość pracowników? Tak.
Czy coś grozi za podanie mniejszej liczby pracowników? Nie, bo to tylko orientacyjne dane.

Jeżeli zatem zacząłeś otrzymywać idiotyczne ankiety z instrukcją wypełnienia na 30 stron, biegnij do GUS i wypisz się z tego bałaganu. Ciekawe czy rząd wydając ciężkie miliony na badania pt. „Co krępuje polskich przedsiębiorców" zastanowił się również nad tym ile trzeba by było poświęcać czasu na odpowiedzi na te obowiązkowe badania statystyczne. Zastanawia mnie również, czy ktoś w ogóle zastanawia się nad liczbami, które wychodzą na koniec. Konia z rzędem temu kto pokaże mi przełożenie setek tysięcy roboczogodzin poświęcanych co miesiąc, na polepszenie stanowionego prawa.

Prosty test dla znaków towarowych

pfornalski

Po moim ostatnim artykule dotyczącym wykupowania rodziny domen , otrzymałem kilka pytań jak sprawdzić, że określona nazwa nie narusza czyjegoś zgłoszenia znaku towarowego lub międzynarodowego znaku towarowego. Problem jest o tyle krytyczny, że wybierając dla swojego sklepu lub witryny logo lub domenę opartą na zarejestrowanym lub chociaż zgłoszonym znaku towarowym mamy duże prawdopodobieństwo jej utraty, w najlepszym przypadku jedynie tracąc pieniądze wydane na promocję.

Podstawową czynnością, jaka powinna poprzedzić stworzenie znaku towarowego jest sprawdzenie Bazy danych Urzędu Patentowego RP. Dostęp do bazy jest darmowy i od około 2 lat możliwy przez WWW. Po kliknięciu na link przeglądania bazy danych pojawia się wyszukiwarka. Należy zawsze zaznaczyć przynajmniej „znaki towarowe" i „międzynarodowe znaki towarowe" i wpisać poszukiwaną nazwę lub jej fragment. W następnej kolejności sprawdź, czy ktoś nie zarejestrował w określonej grupie towarowej klasyfikacji Nicejskiej, nazwy którą chcesz używać.

Co ważne, taki prosty test nie pozwala Ci stwierdzić, że jesteś zupełnie bezpieczny. Jedynie pozwoli Ci wyeliminować sytuację w której na 100% naruszasz czyjąś własność do znaku towarowego i tym samym nieco zwiększy Twoje bezpiczeństwo. Większym firmom zalecam kontakt z wykwalifikowanym Rzecznikiem Patentowym, który przeprowadzi dokładniejszy test. Wiadomo, że operacja sprawdzania przez rzecznika kosztuje, a samodzielny test wyeliminuje potrzebę płacenia za sprawdzenie czegoś co na pewno jest zarezerwowane.

Licencja na grafikę - nie lekceważ jej

pfornalski
Kiedy do tworzonej w naszej firmie grafiki np. znaków towarowych, wystawiamy pisemną licencję, klienci bardzo się dziwią, bo najczęściej się z tym wcześniej nie spotkali. Warto wiedzieć, po co w ogóle potrzebna jest licencja i do czego może doprowadzić jej brak. Niestety ten temat przez wielu ciągle traktowany jest jak temat tabu.

Skąd bierze się potrzeba wystawiania licencji?
Warto wiedzieć, że istnieje coś takiego jak prawo autorskie. Nie będę się wdawał w jego szczegóły, ponieważ na tą chwilę wystarczy to, że w ogóle takie prawo istnieje. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, zakłada istnienie czegoś takiego jak:

  • prawo autorskie - niezbywalne określenie kto jest autorem np. Jan Kowalski jest autorem loga „XXX.pl"

  • prawo majątkowe - zbywalne określenie kto jest właścicielem np. firma ABC S.A. jest właścicielem loga „XXX.pl"

Zlecając wykonanie projektu należy bezwzględnie zadbać o licencję. Może to być w najgorszym przypadku e-mail. Ważną rzeczą jest również wskazanie przez sprzedającego kto jest autorem dzieła. W przeciwnym wypadku może Cię spotkać przykra niespodzianka, że autorów było np. 3 i nabyłeś 1/3 praw majątkowych do projektu np. strony czy loga.

Przy okazji sprzedaży praw majątkowych ważne są dwa zwroty wytrychy:

  • licencja wyłączna (tzw. exclusive license) - sprzedający sprzedaje dzieło tylko nam i nikomu innemu nie będzie go sprzedawał. Jeżeli nie zastrzeże sobie prawa do wykorzystywania znaku np. do umieszczenia w portfolio, nie ma prawa tego zrobić bez Twojej zgody.

  • licencja niewyłączna (tzw. non-exclusive license) - sprzedający daje nam prawo do wykorzystywania dzieła, ale zachowuje prawo do dalszej odsprzedaży projektu. Sytuacja taka ma miejsce np. kiedy kupujemy szablon strony.

Jest to o tyle ważne, że jeżeli kupujesz np. licencję wyłączną do szablonu strony upewnij się, czy ktoś nie kupił już licencji niewyłącznej. W takiej sytuacji twoja licencja wyłączna nie będzie pełnowartościowa. Podobnie jeżeli kupujesz jakikolwiek szablon warto sprawdzić czy ktoś go już nie kupił na wyłączność. Warto zwrócić też uwagę na to, czy będziesz miał prawo do modyfikacji. Jeżeli przekazywane jest pełne prawo majątkowe, wtedy w dużym skrócie masz prawo z projektem robić co Ci się podoba. Taka licencja jest dla nabywcy najbardziej dogodna.

Jak sprawdzić sprzedawcę?
W zasadzie jeżeli znak nie jest kopią jakiegoś znanego projektu praktycznie nie mamy szans na ustalenie samodzielnie czy autor sam wymyślił projekt. IAI-System.com jest właścicielem zastrzeżonego znaku towarowego Hip-Hop.pl. Otrzymaliśmy informację, że jeden skateshop w Poznaniu wykorzystuje nasze logo. Kiedy zadzwoniłem do właścicielki aby sprawdzić czy to prawda, okazało się, że sklep wykorzystuje większość loga (bez „pl"). Okazało się, że Pani zleciła wykonanie loga agencji reklamowej, która okazała się być nieuczciwa i po prostu skopiowała nasz znak towarowy. Pech polegał na tym, że znak był dobrze rozpoznawany i co ważniejsze zastrzeżony w Urzędzie Patentowym. Gdyby właścicielka sklepu miała napisane na licencji zapewnienie, że agencja stworzyła znak całkowicie sama, mogła by ich pozwać do sądu. Ponieważ faktura zawierała jedynie pozycję „wykonanie szyldu" nie mogła praktycznie udowodnić, że agencja dopuściła się kradzieży znaku. Cała wina spadła na nią.

W praktyce, trzeba brać od autora pracy oświadczenie, koniecznie pisemne, że sam wykonał pracę. Jeżeli nie wykonał tego sam, niech wskaże kto jeszcze ją wykonywał ewentualnie na jakich materiałach bazował. Należy sprawdzić też czy miał prawo wykorzystać te materiały. Jeżeli autorów jest więcej należy uzyskać zgodę od pozostałych również. Dopuszczalna jest sytuacja gdy np. projektant strony podzleci np. zaprojektowanie logo i kupi na wyłączność szablon i go przerobi. Ważne jednak aby to wszystko opisał i udostępnił przynajmniej do wglądu uzyskane licencje. Pamiętaj też, że czcionki podobnie jak inne prace graficzne, podlegają ochronie licencyjnej.

Czasami jest tak, że na licencji sprzedający chce napisać wyłącznie nazwę firmy. Niestety firma nie projektuje znaku tylko konkretny człowiek lub ludzie pracujący w niej i oni są autorami tych prac. Chcąc zarejestrować znak lub wzór użytkowy w Urzędzie Patentowym będziesz poproszony o wskazanie autora projektu. Nawet jeżeli ktoś był etatowym pracownikiem firmy, może już w niej nie pracować. Wymagaj zatem od firmy, aby wpisała przynajmniej imiona i nazwiska autorów. Bez tego nie będziesz mógł zastrzec pracy w Urzędzie Patentowym.

Czemu to jest takie ważne?
Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś firmą jednoosobową, zlecasz wykonanie np. na Webhandel wykonanie logo. Płacisz za nie np. 200zł. Ponieważ znak projektował jakiś nastolatek, przelewasz mu pieniądze bez rachunku, albo nawet wystawi Ci rachunek „o dzieło". Twoja firma rozwija się, reklamujesz firmę w gazetach, produkujesz pieczątki, szyldy nawet koszulki dla pracowników. Po 10 latach firma otwiera filię w Szczecinie, gdzie na zakupy wpadł Niemiec, który ma niewielką firmę budowlaną. Okazuje sie, że znak Twojej firmy jest bardzo podobny do znaku, który jego rodzina wykorzystuje od 60 lat. Jeżeli skieruje sprawę do sądu, będzie Cię to słono kosztowało. Próbujesz kupić znak za 20 tysięcy euro, jednak Niemiec unosi się honorem i nie chce sprzedać znaku. W związku z tym, że dowody są bezsporne idziecie na ugodę. Kupujesz mu 2 litrową Wyborową i zobowiązujesz się w ciągu 7 dni usunąć wszystkie znaki. W tym momencie obdzwaniasz wszystkie filie i każesz natychmiast zlikwidować wszystkie znaki towarowe i rozpaczliwie poszukujesz nowego znaku. Scenariuszy jest bardzo realny, jeżeli będziesz beztrosko traktował sprawy licencji na grafiki.

Warto już od początku zabezpieczyć prawa majątkowe do zlecanych prac. Sam doprowadziłem do unieważnienia rejestracji znaku towarowego w Urzędzie Patentowym, który był modyfikacją mojego projektu. Firma chciała zarejestrować znak towarowy. Znak był modyfikacją mojego znaku. Miała fakturę i licencję na znak po modyfikacji, jednak nigdy nie uzyskała pełnych praw majątkowych na ten znak, który zaprojektowałem. Był to znak przedsięwzięcia prowadzonego wspólnie z tą firmą, więc jak najbardziej mieli prawo posługiwania się nim do reklamowania przedsięwzięcia i tak traktowałem udzieloną licencję. Nasze losy się rozeszły, więc firma chcąc bazować na naszej współpracy zmodyfikowała znak tak, aby nawiązywał wizualnie do mojego projektu, ale był innym. Ponieważ nie mieli licencji na mój znak, bez problemu unieważniłem zgłoszenie w Urzędzie Patentowym na jego rejestrację. Firma ta obecnie zaprojektowała nowy, zupełnie inny znak, który jest nieznany i musi go reklamować „od zera"

Jak należy się zabezpieczać?
Oto garść podstawowych rad:

  1. Nie kupuj prac od nieznanych i niesprawdzonych ludzi. Nie sugeruję abyś od razu kupował projekty od wielkich agencji reklamowych, które koszą jak za zboże. Jednak poproś o dokładne dane sprzedającego i postaraj się je zweryfikować. Sprawdź portfolio grafika od którego kupujesz projekt i to od ilu lat pracuje. Ktoś kto pracuje przez lata jako projektant freelancer z dużym prawdopodobieństwem nie „wytnie numeru" sprzedając „lewe" logo.

  2. Koniecznie żądaj faktury na przeprowadzone prace. Na fakturze poproś aby było napisane jakie dokładnie prace zostały wykonane i niech jedna z pozycji nazywa się koniecznie np. „wyłączna licencja na znak towarowy X". Jeżeli grafik nie ma firmy, niech wystawi rachunek do umowy o dzieło. Taki dokument przy okazji pozwoli zweryfikować dane sprzedającego. Dokument sprzedaży jest wręcz obowiązkowy z punktu widzenia prawa autorskiego, które gwarantuje prawo do „adekwatnego" wynagrodzenia za dzieło. Brak zapłaty może być podstawą do unieważnienia transakcji.

  3. Oprócz faktury obowiązkowo zawsze sporządźcie umowę sprzedaży projektu. Umowa taka powinna zawierać precyzyjne dane sprzedającego i kupującego. Obowiązkowe elementy to również określenie jaką licencję nabywamy oraz jeżeli nie jest to przekazanie pełnych praw majątkowych to co mamy prawo zrobić ze sprzedanym projektem. Może się przecież okazać, że np. autor nie pozwala nam modyfikować projektu.

  4. Umowa powinna zawierać dokładny opis co zostało zrobione, a najlepiej wydruk projektu (np. loga).

  5. W umowie musi zostać wskazany autor dzieła.

  6. Umowa musi zawierać oświadczenie czy projekt został opracowany od zera, czy wykorzystywane były zasoby innych firm. Jeżeli były wykorzystane zasoby innych firm, muszą one zostać wskazane i opisane na jakiej podstawie firma uznała, że ma prawo je wykorzystać.

  7. Nie wykorzystuj znaku, zanim nie uregulujesz kwestii licencji. Kiedy zaczniesz produkować materiały reklamowe, wartość znaku wzrośnie i ciężko będzie Ci się wycofać z jego używania.

  8. Jeżeli zatrudniasz kogoś na umowę inną niż umowa o pracę, dodaj klauzulę o przekazywaniu praw majątkowych lub zadbaj o licencję na każdą pracę. Nie zaszkodzi także wpisać takiej klauzuli do umowy o pracę np. dla grafika.

Przesłanie na koniec
Nie lekceważ kwestii licencji. Wiele osób uznaje, że nie ma czasu na takie zabawy. Nic bardziej mylnego. Jasna i klarowna sytuacja prawna projektów, programów czy znaków, pozwala Ci spać spokojnie. Lepiej teraz spędzić 30 minut na spisanie umowy licencyjnej, niż w przyszłości ciągać się przez rok po sądach.

Na podstawie doświadczenia mogę również dodać, że nie współpracuję z ludźmi, którzy nie chcą wystawiać licencji. Skoro ktoś nie chce takiej licencji wystawić, jest to dla mnie wyraźnym sygnałem ostrzegawczym, że coś jest nie tak z tym projektem. Pamiętam sytuację, gdy kiedyś ogłosiliśmy konkurs na nowy design do Hip-Hop.pl. Spodobała nam się jedna propozycja, która na koniec okazała się być kopią strony hip-hop'owej z mało znanego kraju. Gdybyśmy ją wykorzystali, po pewnym czasie mielibyśmy duże kłopoty.

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci