Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

Motywacja

Życzenia na 2016r.

pfornalski

Mogę już podsumować 2015 rok. Był bardzo udany, pod każdym względem. Nie tylko IAI S.A.​ ma się lepiej niż kiedykolwiek i z optymizmem i niecierpliwością czekam na 2016r.

Ale był to pierwszy rok w którym słowo "tata" stało się dla mnie ważniejsze niż "wzrost wartości", "wzrost przychodu", "rosnąca satysfakcja klientów", "GMV" itd. Dzięki kobiecie, która nie czyta jeszcze Facebooka, stałem się lepszym człowiekiem i z tego jestem bardzo zadowolony. Dzięki niej rozumiem lepiej samego siebie i innych ludzi. Życzę wszystkim aby znaleźli czas dla swoich połówek i ćwiartek które czekają na nas w domach, patrząc na zegarek kiedy przyjdziemy z pracy. I nie chodzi o to, aby być z nimi fizycznie, ale móc odłożyć smartfon i posłuchać co mają nam do powiedzenia, jak minął ich dzień i co chcieliby robić następnego.

To, jak w moim przypadku nie musi oznaczać lenistwa i ślizgania. Praca uszlachetnia i czyni nas lepszymi. Dzięki niej rozwijamy się i mądrzejemy. Pozwala też rodzinie i Tobie realizować Twoje pasje, zamiast martwić się jak przeżyć. Ważne aby złapać równowagę w tym wszystkim, szukać sposobu na pracę mądrzej i zwiększanie wydajności, a nie ilości godzin spędzonych na "siedzeniu w biurze", ploteczkach i kawkach ze znajomymi. Pamiętajmy aby żadna ze stron życia nie odbywała się kosztem drugiej. A wtedy odnajdziemy wszyscy szczęście, którego życzę wszystkim w 2016r.

Tym, którzy chcieliby coś na ten temat poczytać, i upewnić się że nagle nie odkryłem Ameryki, polecam:

Moja filozofia sukcesu, czyli jak utrzymać entuzjazm do pracy przez wiele lat

pfornalski

Moje stare teksty np. ten sprzed 4 lat pt. „Niedocenieni zdobywcy trofeów - o tyraniu wbrew sobie i innym słów kilka” od czasu do czasu są gdzieś wrzucane i widzę po statystykach, że rozchodzą się wiralowo. Dziękuję wszystkim którzy to robią, bo to motywuje do tego aby poświęcać czas na pisanie. Z maili wnioskuję, że interesuje Was to jak pogodziłem intensywną pracę z życiem prywatnym, jak to robię, że wstaję każdego dnia i pcham swój biznes do przodu i ciągle do przodu. Jak to się dzieje, że mój entuzjazm przez ponad 15 lat jest na 100% poziomie i chcę więcej i więcej, nie tracąc w życiu tego co dla mnie ważne. Mam zatem prezent dla tych, których to interesuje. Krótka i bardzo konkretna ściąga 8 elementów mojej filozofii życia i pracy:

Kiedy ktoś zapytałby mnie o „receptę na sukces” odpowiedziałbym, że takiej nie znam. Sukces jest pochodną szczęścia (bycia w odpowiednim miejscu, czasie z odpowiednim pomysłem), talentu i ciężkiej pracy. Recepta oznaczałaby gwarancję sukcesu w dowolnych okolicznościach, miejscu i czasie. Każda historia sukcesu o jakiej czytałem, była opisem okoliczności i dobrego ich wykorzystania. Często w historiach sukcesu pada stwierdzenie, że ta sama osoba, robiąc to samo nawet tylko o rok później, nie przebiłaby się i nie odniosła spektakularnego sukcesu.

Z obserwacji wielu historii, które znam osobiście lub mogłem o nich czytać w książkach, a także na bazie doświadczeń 16 lat własnego budowania firmy od zupełnego zera w kieszeni do spółki giełdowej o wycenie kilkudziesięciu milionów złotych, zdobywającej nagrody Deloitte Technology Fast50 przez 4 lata z rzędu, mogę powiedzieć śmiało, że istnieje coś takiego jak filozofia sukcesu. Jestem przekonany, że jej stosowanie może sprawić, że odniesiesz mniejszy lub większy sukces w każdych okolicznościach i czasie. Oto moja filozofia sukcesu:

  1. Bądź ambitny – zawsze walcz o bycie najlepszym w czymś. Możesz chcieć zdobywać nagrodę najbardziej ekologicznej firmy w Twojej branży albo generować największy zysk.
  2. To co było dobre wczoraj, dzisiaj to za mało – Kładąc się wieczorem i myślę „zrobiliśmy coś świetnego”, rano wstaję z myślą „to jest do bani”. Jeżeli tak nie masz, ulegasz wrażeniu, że osiągnąłeś wystarczająco wiele i od tego momentu zaczyna się Twoja emerytura. Sukces to przyśpieszanie, bez względu na to jaką aktualnie masz prędkość.
  3. Porażki to lekcje – Czuję się nieswojo, gdy ktoś mnie klepie po ramieniu i mówi „jesteś świetny”. Znacznie więcej energii do działania czerpię z tego, gdy ktoś mówi „dałeś ciała”. Wtedy wiem, że muszę działać szybko, aby nigdy więcej nie powtórzyć błędu. Sukces to nie suma sukcesów, ale porażek po których wstajesz i idziesz dalej do przodu. Nie popełniam tych samych błędów 2 razy. Więc jeżeli odnoszę porażkę, jestem szczęśliwy, że po jej przepracowaniu wyjdę z niej silniejszy i mądrzejszy.
  4. Dostrzegaj do połowy pełną szklankę – goniąc za ciągłym polepszaniem i rozwojem, muszę myśleć o tym, że „szklanka ciągle nie jest pełna”, że „to co było dobre wczoraj, dzisiaj to za mało”. Aby móc pracować latami, nauczyłem się też dostrzegać to co w tej szklance już jest. Dzięki temu zachowuję pogodę ducha i traktuję pracę jako drogę, która sama w sobie jest nagrodą; nie dotarcie do celu.
  5. Nie bój się zadymy, polub ją – Odnosząc sukces, jestem zawsze dla kogoś niewygodny. W najlepszym przypadku nienawidzi mnie tylko moja konkurencja. W praktyce nie lubi mnie znacznie więcej osób; uważają, że mam za dużo, że jestem zbyt zuchwały, albo zbyt brzydki i krzywy albo zbyt ładny i na pewno dali mi to rodzice. Pomiędzy wojnami, zmiany dokonują się wolno. Przygotowuje się więc w czasie spokoju i jestem gotowy na moment gdy nadchodzą niespokojne czasy, bo to one są prawdziwą szansą na skok. Jeżeli długo nic się nie dzieje, sam szukam zadymy, nawet jeżeli kuszące jest pogodzenie się z prawie dobrym rozwiązaniem.
  6. Bądź odpowiedzialny – Lider to nie ten kogo postawiono na czele ludzi, ale ten za którym ludzie chcą sami iść. Bez względu na rozmiar sukcesu, zawsze pracuję tak jak bym chciał aby pracowali najlepsi pracownicy. Pamiętam przy tym, że jestem odpowiedzialny za ludzi, którzy mi zaufali i ich rodziny.
  7. Nie ma zbyt małych rzeczy, pamiętaj o całości – Zatrudniam 90 osób. Często słyszę od innych „nie powinieneś się tym interesować, masz od tego ludzi”. Jeżeli chcę nadal skutecznie wprowadzać zmiany, musisz rozumieć każdy aspekt swojej działalności. Muszę też pogodzić się z tym, że to, że komuś coś poleciłem albo w przeszłości było dobrze robione, dzisiaj może nie być. Lider to jednak nie osoba chcąca kontrolować każdy szczegół. Umiem zmieniać optykę, co oznacza, że pracując nad detalami nie zapominam o całości obrazu.
  8. Bądź konsekwentny, nie uparty – Sukces nie przyjdzie w ciągu roku. Dlatego nie tylko musiałem być wytrwały, ale też dbać o zdrowie. Pamiętam też, że tak jak droga nigdy nie biegnie w linii prostej, tak i ja muszę mieć oczy otwarte aby dostrzegać to, że czasami trzeba się dostosować.

To właśnie tych 8 zasad, stosowanych łącznie, nigdy wybiórczo w mojej ocenie pozwala osiągnąć sukces w każdych warunkach. Dodam, że radzę w tym całym doskonaleniu samego siebie i czytaniu kolejnych motywacyjnych tekstów takich jak ten, zachować dystans do samego siebie. Rozwój osobisty to nie jest praca. To przyjemne uczucie, gdy po latach patrzę w lustro i oprócz większej ilości siwych włosów i zmarszczek widzę faceta, jakim zawsze chciałem zostać. To co mam na koncie, czym jeżdżę i w jakim domu mieszkam jest pochodną tego kim jestem, a nie jestem kim jestem bo posiadam to co posiadam.

Wszystkiego najlepszego i pomyślności w 2016r. Pokochajcie siebie samych, bądźcie najlepszymi partnerami w biznesie i związkach, najlepszymi rodzicami. Sprawcie, by być dumnym nie z tego ile pieniędzy zarobiliście, ale jakimi ludźmi staliście się przez lata i jakimi będziecie za kolejnych 10, 20 czy 50 lat. Cała reszta nie jest ważna.

Czemu nie wprowadzasz zmian wtedy gdy są potrzebne?

pfornalski

Informacje ze świata gospodarki i polityki leją się na nas strumieniami z radia, gazet i telewizji. Nawet facet w przepoconym podkoszulku, żłopiący 8 piwo danego dnia powie Ci to co wiedzą wszyscy, czyli że głównym problemem polskiej polityki gospodarczej było i jest odkładanie reform tak długo jak się da. Problemy rozwiązuje się dopiero ogromnym kosztem i przy awanturze, dopiero gdy już nie da się tego dłużej przeciągać, a dany temat wali się na głowę niczym stary sufit. I tak wiadomości pokazują nam nieudolnych polityków poruszających się codziennie od kryzysu do kryzysu. Dlaczego pozwalamy aby tacy ludzie nami kierowali, czyli kto ich wybiera?

Myślę, że przede wszystkim tacy ludzie nas reprezentują, bo są właśnie reprezentatywni dla typowego polskiego obywatela, nie wyłączając właścicieli firm. Reformy, zmiany czy jakiekolwiek działanie wprowadzają najczęściej dopiero gdy muszą. Np. właściciel sklepu internetowego doskonale wie, że przepłaca za usługi danego kuriera i nie świadczy on odpowiedniej jakości przesyłek, ale z lenistwa nie chce im się sprawdzić oferty innych kurierów. Zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia. Albo wiedzą, że ich obecny sklep internetowy ssie i to mocno, ale po co go zmieniać skoro jeszcze nie ma katastrofy? Przecież zmiana to tyle pracy. Fakt – zmiany to zawsze zamieszanie i trochę dodatkowego trudu. Czasami nawet może pomyślisz „po co mi to było”. Ale po skończeniu, jak po ciężkim treningu, czujesz satysfakcję, hormony szczęścia napływają i już myślisz o kolejnych. Uzależniasz się od tego (patrz post „Innowacja to nie wynalazczość”).

Ze zmianami jest jak z leczeniem zębów. Im wcześniej się je zacznie, tym mniejsza będzie dziura, krótsze i mniej bolesne borowanie. Ale większość osób woli chyba długie i bolesne wiercenie aż do korzenia, dopiero gdy ból uniemożliwia już dalsze normalne funkcjonowanie.

Jestem ciekawy Twojej opinii. Czy ty też wprowadzasz zmiany gdy tylko poczujesz że są potrzebne, czy czekasz tak długo jak się da? Jeżeli czekasz, to czy zdajesz sobie sprawę, że to jest totalnie irracjonalne?

Z okazji Nowego roku 2012, życzę wszystkim czytelnikom bloga aby ten rok był rokiem zmian. Potrzebujemy ich wszyscy aby nasze życie było coraz ciekawsze, wydajniejsze i po prostu abyśmy czuli się zwycięzcami. Życie którego dosiadasz i trzymasz je mocno mimo iż takie którego dosiadasz i Cię ponosi pozorne wygląda tak samo, to dwie zupełnie różne sprawy. Rok 2012 dla mnie będzie rokiem w którym zamierzam wywrócić po raz kolejny moje życie do góry nogami i to mocniej niż w jakikolwiek poprzednim roku wcześniej.

Nie znasz gwiazd ze swojej branży? Naprawdę nie szkodzi.

pfornalski

Dzisiaj dostałem oto taki miły e-mail:

Cześć Paweł,

Trafiłem na Twój post "Nie znasz gwiazd ze swojej branży? Nie szkodzi."

Jest on dokładnie taką strategią jaką wybrałem i ja od marca 2011.
Wcześniej przez 2 lata intensywnie promowałem firmę, w celu pozyskania
klientów (jak mi się wtedy jeszcze wydawało). Jednak b. dużo czasu i
energii zabierały mi te wszystkie "konferencje branżowe" czy też
barcampo-sabaty. Niepotrzebnie zawracałem sobie głowę tym co mówiła
konkurencja, a dodatkowe wzajemne puszenie się, powodowało iż człowiek
tracił prawdziwy kontakt ze swoimi klientami, których na tych
wydarzeniach prawie nie było.

Zmieniłem strategię, pochyliłem niżej głowę, zacząłem działać poniżej
radarów, poza uwagą konkurentów.

Całkowicie zrezygnowałem też z darmowych prelekcji i wykładów. Jeśli
szkolę, to tylko w projektach komercyjnych.

Efektem tego jest to, że mam duuuużo więcej czasu dla rodziny.
Przestałem skupiać uwagę mojej konkurencji, która nawet nie mam
pojęcia jak duży jest mój kawałek tortu ;) A przede wszystkim mam czas
aby w spokoju po prostu pomyśleć. Dzięki temu więcej podróżuję,
odpoczywam, myślę i czytam.

Napisałem powyższego @, aby wyrazić moją wdzięczność za to, że
opublikowałeś swoje przemyślenia na blogu :)

Pozdrawiam serdecznie.
Marcin.

Nic w sumie więcej w tym temacie nie trzeba dodawać. Uwielbiam dostawać takie listy, bo sam jestem daleki od ideału i mimo tego, że wierzę w to co mówię, czasami nie trzymam się swoich własnych postanowień. Dzięki Marcinie za e-mail.

To nie wielkość a przyśpieszenie czyni spółkę seksowną

pfornalski

Logo Deloitte Technology Fast50Za 2 dni jadę do Warszawy na uroczystą galę wręczenia nagród Delloite Technology Fast50 Central Europe. Jeszcze nie wiem które dokładnie miejsce zajęła IAI S.A., bo miejsca są trzymane do ostatniej chwili w tajemnicy. Po cichu liczę na pierwszą dwudziestkę, a byłbym wniebowzięty gdybyśmy uplasowali się w okolicy pierwszej dziesiątki. Ranking Fast50 różni się od innych tego rodzaju, przede wszystkim obiektywnością. Nie ma tu jury, które ocenia pomysły czy wpływ na lokalną gospodarkę. Do tej pory IAI zdobywała nagrody tj. Usługa roku 2010 przyznana przez Marszałka Województwa zachodniopomorskiego, czy Najlepsza mała firma w 2010 przyznana przez Prezydenta Miasta Szczecin. Póki co nie dostawaliśmy nagród ogólnokrajowych, bo jakoś nie znajdowaliśmy odpowiedniej dla nas formuły konkursu, a startupem już chyba nie jesteśmy. Stąd Fast50 był pierwszym konkursem, w którym udało nam się nie tylko wygrać z wieloma polskimi firmami, ale również z całej europy wschodniej i centralnej.

W rankingu Deloitte Fast50 ocenia się przyśpieszenie firmy. Przyśpieszenie to jest to co nas podnieca. Kupujemy samochody z turbinami i dużymi silnikami aby czuć ten dreszcz przyśpieszenia. To właśnie przyśpieszenie powoduje, że zarządzanie jakąś firmą jest podniecające. Nie jest ważna wielkość firmy, tylko właśnie jej przyśpieszenie. Zdecydowanie wolę kierowanie IAI niż np. kierowanie PKP, mimo że PKP jest większe. Jednak nie przyśpiesza. Parametrem przyśpieszenia jest procentowy wzrost przychodów, liczony w okresie 5 lat. I wiadomo, że łatwo jest zrobić 100 krotny wzrost jeżeli firma w pierwszym roku ma przychody 1000zł, a po pięciu 100 000zł. Dlatego bottom line to 50 000€.

Wbrew pozorom przedstawiona formuła konkursu jest bardzo prosta, ale w tym przypadku skuteczność leży w prostocie. Po pierwsze eliminuje spółki krótkookresowe. 5 lat to dużo aby zobaczyć czy pierwotny pomysł i kapitał przetrwa próbę czasu. Pamiętaj, że większość zakładanych firm, nie przeżywa 5 lat. Po drugie już pierwszy rok branego pod uwagę okresu musi mieć przychody na poziomie 200 000zł, czyli więcej niż ma większość startupów w Polsce. Formuła sprawdza się tak dobrze, że tegoroczna edycja była już 11-tą z rzędu.

Ile przyśpieszyło IAI? Soczyste 1100%. Całkiem imponujący wynik, prawda? Wypada powiedzieć, że tak. Mnie on jednak nie satysfakcjonuje. Pamiętasz mój post o metodzie rośnięcia 2 razy w ciągu roku? Jeżeli udało by się wypełnić mój plan wzrost wynosiłby 2*2*2*2*2 czyli 32 razy. Jak więc widać, plan udało się zrealizować raptem w 40%. Gdybyśmy urośli 32 razy to prawdopodobnie miejsce na pudle mielibyśmy zagwarantowane. Potwierdza to, że nie należy skupiać się na gigantycznym wzroście w trakcie 2 lat, a potem stagnacji i reperacji. Tak rósł m.in. MySpace. Wszyscy wiemy jak skończył. Polecam rośnięcie 2 razy w każdym roku. Ja nadal trzymam się tej metody i polecam ją wszystkim.

p.s. Na koniec dodam, że mimo przyznania Fast50 pseudo fachowe wydawnictwo jakim jest Internet Standard, nie uwzględniło IAI w najnowszym raporcie na temat e-commerce w Polsce. Może dlatego, że większości spółek w tym rapocie wróżono z fusów na temat ich przychodów i zysków, podczas gdy w przypadku IAI wystarczyło sięgnąć do audytowanego raportu rocznego. To może jednak przerastać wiedzę dziennikarzy tej gazety. Wspominam o tym, bo zapewne IAI to nie jedyna pominięta firma. Więc gdyby ktoś chciał się kierować takimi raportami to zalecam dużą ostrożność i start w rzeczywiście prestiżowym i transparentnym konkursie. Polecam więc patrzenie, kto wygrywa w prawdziwych i prestiżowych konkursach.

Niedocenieni zdobywcy trofeów - o tyraniu wbrew sobie i innym słów kilka

pfornalski

W ramach noworocznej podróży wewnątrz samego siebie, pociągnę temat wczoraj ledwie liźnięty. Dla ludzi, którzy są dopiero na etapie studiów i barcampów na których nakręcają się na pracę po 12h/365d w swoich start-upach może to być niewygodne i nie oczekuję, że zrozumieją.  Ja sam tego kilka lat temu nie ogarniałem. A może jednak, gdyby tylko ktoś mi to to odpowiednio powiedział ... A szkoda.

Owszem, ludzie mówili mi „Po co tyle pracujesz”, „Do grobu tego nie zabierzesz”, „Odpocznij sobie, po co się tak zapracowujesz”. Z drugiej strony rodzice, znajomi, kolejne fantastyczne historie przeczytane na blogach nakręcają do pracy. Sukces to bowiem straszna rzecz, jeżeli przytrafi się innemu facetowi. To nie jest tylko mój problem. To się dzieje jak świat szeroki. Przeczytaj sobie o milionerach w dolinie krzemowej, którzy czują się biedni. W imię czego tyramy w naszych start-upach? A no spójrzmy prawdzie w oczy - w imię odwiecznego wyścigu pt. „kto ma większego ...”.

Czy kolejne zarobione 100 tys. czy milion na czysto zmieni aż tak styl twojego życia? Bzdura! Zanim rozpocząłem budowę mojego domu w który włożyłem górę pieniędzy, do ukończenia brakowało mi mniej niż teraz, kiedy dom jest prawie gotowy. Absurd? Ani trochę. Im więcej zarabiam, tym więcej wydaję. Na początku szukałem oszczędności, gdzie popadnie, teraz szukam jakości, a jeszcze ciągle przede mną kupowanie luksusu typu drogie obrazy. Jest więc przestrzeń do dalszego tyrania.

I faceci na całym świecie, styrani po pracy przychodzą do domu niczym Viking wracający z łupieży, zalany krwią ofiar i wycieńczony z trofeami. Wszyscy dookoła mają to zauważyć i dać mu order. I owszem, na początku wszystko idzie świetnie, dostaje złote kalesony i ordery z ziemniaka, ale wkrótce trofea przestają już cieszyć. Czas ruszyć po większe. A na nie trzeba jeszcze ciężej pracować, zamordować jeszcze więcej ofiar. A co dzieje się w chatce owego Vikinga? Jego kobieta obwieszona złotem przestaje zwracać uwagę na kolejne wisiorki. I tutaj zaczyna się ten kluczowy moment, kiedy powinieneś walnąć się Twoim toporem w łeb i zastanowić co dalej robisz? Dalsze zdobycze nie mają żadnego sensu. Nikogo już nie ucieszą, a frustracja z braku pochwał i z drugiej strony z braku zrozumienia do tego, że nie potrzeba kolejnego wisiorka, ale męża i ojca zaczyna przybierać na sile. Koniec końców, pary się rozwodzą, rozchodzą lub co gorsza są ze sobą i powoli nienawidzą, zdradzają i żyją obok, ale osobno. Trudno nazwać coś takiego sukcesem.

Dlatego zawsze warto się zastanowić, czy rzeczywiście trzeba mieć nowy samochód co 2 lata, czy może wystarczy co 4? A może zamiast budować dom na 300m, wystarczy 200? Czy rzeczywiście potrzebujesz kolejnego iGadżetu, który teraz zamiast LCD ma OLED, kolejnego drogiego krawata, czy super-drogich gaci? Przecież dzięki zaoszczędzonym pieniądzom można dostanie żyć ze swoją rodziną i nadal cieszyć się tak jak na początku. A jeżeli zabraknie pieniędzy, bo pojawią się realne potrzeby to przynajmniej będziesz czuł, że pracujesz w imię czegoś i po coś. Kolejne tysiące gromadzone na koncie nie mają żadnego użytecznego sensu. Jeżeli tego nie zrozumiesz, to pewnego dnia znajdziesz się sam w swoim wielkim pałacu, ze wszystkimi trofeami i w ogóle nie będą Cię one cieszyły.

Ważny w tym wszystkim jest też czas. Kiedy poznałem parę lat temu pewnego faceta, który miał wypasionego Mercedesa E-Klasse, ja miałem C-Klasse, która wcześniej napawała mnie dumą. Od kiedy pojeździłem 2 dni jego samochodem, mój wydał mi się tylko tandetą. I pamiętam jego komentarz. Powiedział „W twoim wieku nie miałem nawet takiego jak ty masz”. I facet życiowo był na pewno mądrzejszy, bo był po 60-tce, a ja miałem 20-parę lat. Czy warto gonić za gadżetami już teraz, tutaj, natychmiast?! Zakupy internetowe, zupki w proszku i magiczne telewizyjne przemiany domu i kur domowych w modelki, przyzwyczaiły nas do tego, że musimy wszystko dostać tu i teraz, maksymalnie w 10 odcinków. Dzisiaj w Twoim garażu ląduje C-Klasse, a już po miesiącu nie cieszy cię, tak jak Twój poprzedni Fiat i chcesz E-Klasse. Jak ją już kupisz, to chcesz S-Klasse itd. Ani się obejrzysz, jak zarobiony milion też nie będzie cię cieszył, podobnie jak następnych 100, a Twoja frustracja narośnie do tego stopnia, że staniesz się aroganckim dupkiem, którego nic już nie będzie cieszyło, a brak cieszenia się u innych będzie odbierał jako potwarz i powód do obwiniania ich za brak realizacji kolejnych wydumanych celów.

Same sukcesy to nie jest zajebista sprawa

pfornalski

Dzisiejszy tekst będzie znacząco odbiegał od tego do czego przyzwyczaiłem ostatnio czytelników mojego bloga. Ponieważ to jednak mój blog, pozwolę sobie na taką noworoczną moralizatorską opowieść.  Będzie o sukcesie. Wiem, że kochacie sukces, chcecie go osiągnąć, być piękni, zdrowi i idealni. Jeżeli jesteś ambitny, głodny sukcesu myślisz sobie – to musi być zajebiste, mieć sukces na każdym polu. Otóż napiszę Ci, że to wcale nie jest to takie zajebiste.

Problem w tym, że odnosząc same sukcesy, ludzie bliscy dookoła Ciebie zaczynają postrzegać to jako coś całkowicie naturalnego, a siebie samych jako ludzi porażki. Mimo iż odnoszą znaczące sukcesy i na tle ogółu mają wielki sukces, to i tak uważają że im nic się w porównaniu z Tobą nie udaje. W efekcie zaczynasz tracić kontakt z rodziną, przyjaciółmi, drugą połową. Takie „Tobie to łatwo mówić, masz same sukcesy”, albo „Ja nie jestem taki jak ty, mi się wszystko nie udaje” może napawać dumą. I to było dla mnie nawet zabawne. Pewnego dnia jednak, jak słyszysz to od osoby na której Ci bardzo zależy i widzisz że nieuzasadnienie, ale realnie cierpi. Wtedy zaczynasz sobie zdawać sprawę z tego, że same sukcesy nie są wcale takie zajebiste. Przypomina to taką bajkę, którą oglądałem w różnych wersjach w dzieciństwie, w której bohater czegokolwiek nie dotknie, zamienia się w złoto. W pewnym momencie ta postać traci najbliższych, którzy też stają się ze złota.

I nie chodzi mi o wyświechtane slogany, pisane w kolorowych gazetach przez dziennikarzy, którzy zarabiają 1200zł na miesiąc i nie mają pojęcia o tym o czym teraz piszę. Po prostu same sukcesy mogą dać ostro po dupie, co samo w sobie jest przewrotne, bo taki stanu rzeczy nie można nazwać sukcesem.

Pomyślcie o tym kiedyś, chcąc być za wszelką cenę idealnymi. Chcąc koniecznie odnosić same sukcesy, poświęcajcie dużo uwagi najbliższym i sprawdzajcie jak oni na to patrzą. Jeżeli o tym zapomnicie, to pomyślcie czy jesteście gotowi na samotność i banalne znajomości z następnymi ludźmi którzy będą już patrzyli na to co osiągnęliście, nie wiedząc przez co przeszliście aby to osiągnąć.

Kryzys jest jak wojna

pfornalski

O kryzysie napisano bardzo wiele. Nie lubię się powtarzać, więc napiszę coś czego nikt inny o nim nie napisał. Otóż kryzys jest jak wojna, długotrwała bitwa z niewidzialnym wrogiem. Nieodzownym elementem każdej wojny staje się jednak gotowość do walki. Ci, którzy jej nie mają, przegrywali wojny od tysięcy lat. Czasami jest tak, że wojna kogoś zastanie nieprzygotowanego, tak było z Polską 1939. Kluczowym elementem strategii przetrwania zaatakowanego państwa i zwycięstwa staje się wtedy koncentracja na walce, czyli np. przestawienie całej produkcji przemysłowej kraju na produkcję wojenną.

Żaden strateg wojskowy nie powie Ci, że jeżeli zaatakował Cię wróg należy zmniejszyć wydatki kraju, przeciwnie. Historia ekonomii uczy, że każdy kraj w okresie wojen zaciągał najwyższe długi, osiągał najwyższy deficyt. Tak samo jest z kryzysem. Jeżeli chcesz wygrać walkę, wcale nie oznacza to, że należy zwolnić połowę pracowników i wegetować. Zmniejszając swój potencjał, stajesz się jeszcze słabszy i w momencie powrotu koniunktury odzyskanie dawnej sprawności staje się nieosiągalne w krótkim czasie. Dlatego podstawą do zwycięstwa staje się szybkie przestawienie myślenia, eliminacja niepotrzebnych wydatków i skierowanie środków na takie rozwiązania, które oszczędzają i są tańsze w długiej, a nie krótkiej perspektywie. Kluczem do sprawnego radzenia sobie z kryzysami są zdrowe finanse, przeprowadzanie reform w kraju i firmie na bieżąco, bez zbytniego odkładnia. Historia, chociażby II Wojny Światowej pokazała, że wojnę wygrali Ci, którzy szybciej rozwijali technologię. Jeżeli przyjrzysz się sprzętowi wojskowemu z roku 1939 i 1945 zobaczysz kolosalną przepaść technologiczną i będziesz wiedział co mam na myśli.

Każdy strateg powie Ci też, że najlepszą zdolność bojową mają kraje, które stale myślą o wojnie. Tak było zawsze ze mną i Sebastianem. Tworząc IAI od 2000 roku, zawsze mieliśmy z tyłu głowy bańkę internetową z roku 2000 i to co dzieje się z firmami, które nie mają dobrego modelu biznesowego. Dlatego kiedy wróciła koniunktura i gwałtowny rozwój, wiedzieliśmy, że fortuna na pstrym koniu jeździ i zawsze byliśmy gotowi na bessę. Zawsze mieliśmy pozytywny cashflow, zawsze mieliśmy zdrową strukturę przychodu i zysk. Zawsze też dywersyfikowaliśmy źródła przychodu, staraliśmy się do tego osiągać wystarczającą specjalizację, aby inne firmy nie mogły nas łatwo wysadzić z miejsca w którym się znajdowaliśmy. Wreszcie zawsze nasza firma była gotowa do dalszego rozwoju, mając przeprowadzone wszystkie reformy, inwestycje, wydatki. Jeżeli mieliśmy większe inwestycje, jako właściciele zaciskaliśmy pasa. Często też skutkowało to pracą po 250 godzin w miesiącu i więcej.

Czy ten wysiłek się opłaca? Pewnie. Kiedy ktoś się mnie pyta, czy odczuwamy kryzys, odpowiadam, tak – odczuwamy, ale w kategoriach Chińskich. Kiedy widzę, że mój rozmówca wytrzeszcza oczy w zdziwieniu o co mi chodzi, dodaję – mieliśmy na przestrzeni ostatniego roku wzrost 2-krotny, a nie 2,5 krotny (patrz post „Jak szybko może rosnąć firma?”). Zapewniam, że ten wysiłek się opłaca, bo nie ma nic przykrzejszego niż upadłość i start od zera.

Cejrowski o pracy

pfornalski

Jeden z czytelników podesłał mi e-mailem fajny link w odpowiedzi na wczorajszego posta dotyczącego pracy. Publikuję tu jednego z moich idoli, imć Pana Cejrowskiego, który komentuje fajnie sens istnienia Urzędów Pracy. Enjoy.

 

 

Przysłowia a praca

pfornalski

Hasłem - rozwiązaniem w krzyżówce panoramicznej, którą sobie ostatnio rozwiązałem było „Jaka płaca taka praca". Ponieważ w poście na temat Lyreco padł komentarz „Tej Pani chyba nie zależało bo pewnie nie ma żadnej dodatkowej prowizji od sprzedaży.", sprawdziłem jak właściwie polskie przysłowia odnoszą się do pracy. Zgodnie z przypuszczeniami nie ma tam wcale takiego przysłowia. Jest za to „Jaka praca taka płaca". I to drugie przysłowie ma dla mnie i tego jak zostałem wychowany sens. Oczywiście już widzę komentarze pod postem, że tak nie jest, że jak praca jest niegodziwa to się komuś nie opłaca pracować. Sprawdziłem też jakie inne mądre przysłowia powstały w Polsce, kraju w którym przez wiele wieków panowało ubóstwo?

  • Bez pracy nie ma kołaczy
  • Oszczędnością i pracą, ludzie się bogacą
  • Kto chce nieba, cierpieć trzeba, a kto chce chleba, pracować trzeba
  • Praca z ochotą przerabia ziemię/słomę w złoto
  • Żadna praca nie hańbi

To są przysłowia, które powstawały przez wieki, znamy je my, znają je nasi dziadkowie. Jeżeli chcesz sprawdzić inne sprawdź listę aforyzmów i cytatów dotyczących pracy. Tymczasem wierzcie mi lub nie, ale na mojego bloga mnóstwo ludzi wchodzi na hasło „informatyk zarobki". Nie jest to przypadek jednostkowy. Gdyby nie było zainteresowania ciągłym oglądaniem się na innych, nie powstawałyby kolejne serwisy porównujące zarobki. Czy rzeczywiście obecnie w Polsce ludzie ciężką pracą i oszczędnością się bogacą? Wielu z nich myśl, że przysłowia wyglądają tak:

  • Jaka płaca taka praca
  • Bez kołaczy nie ma pracy
  • Kredytami, ludzie sie bogacą
  • Kto chce nieba musi wyjechać do Anglii, a kto chce chleba to mu się to i tak w Polsce należy
  • Praca za złoto rodzi ochotę
  • Żadne szwindle nie hańbią

Naprawdę cieszę się, że zapanowało spowolnienie gospodarcze. Możliwe, że stare wartości znowu wrócą do łask.

Klasyczny mit sprzedawcy Cadillaców

pfornalski

Otoczeni kolejnymi gadżetami i programami zapominamy dlaczego człowiek zaczął tworzyć w ogóle jakiekolwiek narzędzia. Wartościowe, biznesowe wynalazki i technologie służą ułatwieniu pracy, wykonywaniu jej łatwiej, lepiej, szybciej i taniej. Narzędzi nie wymyślano po to, aby zastępowały ludzi, tylko po to aby wykonywać pracę łatwiej i taniej. W pogoni za gadżetami, które widzimy w reklamach, postach czy u naszych konkurentów łatwo zapomnieć, że wszystkie one powinny czemuś służyć. Czyż fundamentalnym pytaniem nie powinno stać się pytanie, czy kolejna forma rabatu, animacji czy licznika lub forum służy polepszeniu relacji z klientem?

Może to co napisałem brzmi zbyt idealistycznie, ale wychowałem się na książkach tjnp. „Jednominutowy sprzedawca”, które chyba już dzisiaj stały się zapomnianymi reliktami. Może to oznaka starzenia się, ale będąc klientem nie lubię, kiedy sprzedawca próbuje zastosować na mnie kolejny trik. Sprzedaż nie polega na wpisywaniu kolejnych cheat-code i wykonywaniu na klientach sklepu internetowego fatality. Sklep internetowy to nie symulacja giełdy czy Simsy. Kolejne frenszyzy, wirtualni sprzedawcy, którzy nie zaspokajają żadnych potrzeb klienta poza pobieraniem procentu od procentu nie mają prawa przetrwania. Wszystkim tym, którzy chcą za 20 lat nadal żyć z e-handlu polecam skupienie się na zaspokajaniu potrzeb klientów. Pamiętajcie, że handel istnieje od tysięcy lat, znacznie dłużej niż magiczne techniki sprzedaży. Technologia ma jedynie i aż ułatwiać kontakt z klientami. Każdemu, kogo tych kilka zdań ujęło, polecam sprawdzenie paru starych jak świat parametrów:

  1. Średni czas pomiędzy wpłynięciem zamówienia a jego wysłaniem

  2. Procent klientów, którzy wykonali przynajmniej 2 zakupy

  3. Średni czas odpowiedzi na e-mail

  4. Średnia ilość produktów w zamówieniu

  5. Procentowy udział odwiedzin organicznych, czyli np. nie pochodzącego z Google

  6. Procent zamówień reklamowanych lub zwracanych

  7. Procent zamówień w sprawie których klienci jako pierwsi kontaktowali się np. z pytaniem o stan realizacji zamówienia

  8. Ilość listów z podziękowaniami za świetną obsługę i świetne produkty

Zacznij mierzyć te parametry i wprowadź kilka własnych. Jeżeli nie będziesz mógł już nic poprawić w obszarze parametrów jakości obsługi, pomyślimy razem nad gadżetami.

Prokrastynacja - wróg publiczny numer 1

pfornalski

W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia.

Prokrastynator, czyli "ciągły zwlekacz" ma problemy z zabraniem się do pracy, zwłaszcza wtedy, gdy nie widzi natychmiastowych efektów.

Termin pochodzi od łacińskiego słowa "procrastinatio" – odroczenie, zwłoka, odkładanie na jutro lub "procrastino" – odroczyć, zwlekać, odkładać na jutro, które nie mają nic wspólnego z omawianą tendencją. Z drugiej strony, to nowe słowo, mimo swojego pierwotnego znaczenia w języku łacińskim, nie oznacza tego, co polskie: zwłoka, odroczenie, odkładanie.

Źródło: Wikipedia


Przez całe studia pracowałem, najpierw społecznie, potem dla innych, pod koniec zacząłem pracować dla siebie. Mimo to co roku brałem najwyższe stypendium naukowe i studia (informatyka, magisterskie dzienne) ukończyłem z wyróżnieniem i średnią 4,73. Niektórzy moi znajomi zazdrościli mi stypendium, inni zazdrościli zawsze ponad 3 miesięcznych wakacji. Jak udało mi się zmusić samego siebie do systematycznej i cięższej pracy? Przy pomocy pewnej techniki, którą wymyśliłem dawno temu.

Technika jest genialnie prosta i skuteczna. Ilekroć nie chce mi się czegoś zrobić, mimo iż czuję, że powinienem nie przeciwstawiam sobie zrobienia czegoś teraz z nierobieniem, bo z oczywistych względów nie zrobienie czegoś w strategii krótkoterminowej jest korzystniejsze. Np. „nie chce mi się napisać tej oferty teraz, napiszę ją jutro, przecież jeden dzień klienta nie zbawi”, albo „po co mam teraz nastawić przelew do ZUS, zrobię to jutro kiedy będzie ostatni dzień”. Tak postawione tezy, naturalnie same się bronią i w efekcie przekładasz działanie, popadając w magię prokrastynacji.

Jeżeli złapałeś się na tym i doświadczyłeś konsekwencji, wystarczy że zaczniesz inaczej formułować myśli. Ilekroć czujesz że podejmujesz decyzję przy przełożeniu działania inną niż podpowiada Ci rozsądek sformułuj mniej więcej takie pytanie:

Jakie mogą być najgorsze konsekwencje tego, że zrobię to za późno?

Np. kiedy nie chciało mi się uczyć na egzamin danego dnia i w myślach odkładałem rozpoczęcie uczenia się o kolejny dzień, mimo że egzamin zbliżał się nieubłaganie, zadawałem sobie pytanie „A co będzie jeżeli zacznę uczyć się jutro albo pojutrze, wiedza nie utrwali mi się wystarczająco i nie zdam egzaminu lub dostanę zbyt niską ocenę?”. W tym momencie starałem sobie zwizualizować kolejny tydzień nauki we wrześniu, kiedy będę miał inne, ważniejsze rzeczy do roboty, bieganie za prowadzącym zajęcia aby uzgodnić termin poprawki, bieganie za nim kolejny raz w wakacje, aby dostać wpis. Na koniec wyobrażałem sobie, że przez to nie dostaję stypendium i będę musiał pracować dużo więcej aby zarobić te pieniądze i móc nadal uczyć się dobrze, aby zdobyć stypendium w kolejnym roku. Starałem sobie wyobrazić tę sytuację zanim jeszcze wystąpiła i przeciwstawiłem to ze zdanym egzaminem, wolnym wrześniem, stypendium naukowym i wszystkim tym co wiąże się z dobrymi wynikami Kiedy przebrnąłem przez wszystkie konsekwencje, nagle nabierałem dziwnej ochoty na zrobienie czegoś natychmiast. Nawet dwie godziny poświęcone na naukę tego samego dnia wydawały się super przyjemne w porównaniu z tym wszystkim co mnie czekało kiedy przełożę coś o jeden dzień za daleko.

Ten sam mechanizm można stosować również do dbania o:

  • porządek np. zadając sobie pytanie „Ile czasu spędzę na zbieranie rzeczy po tym jak ułożę je niedbale w szafce i przy nieostrożnym otwarciu, np. kiedy w moim biurze będzie gość, wysypią się wszystkie na podłogę? Czy nie lepiej mieć porządek w szafce i poukładać rzeczy teraz?”

  • zdrowie np. zadając sobie pytanie „Jeżeli nie pójdę tego zęba zaplombować jutro tylko za jakiś czas, to dziura będzie większa, borowanie będzie bardziej bolało, a jeżeli będę zwlekał zbyt długo, może będą musieli mi go wyrwać, potem może będę biegał do protetyka, czyścił protezę.... Czy nie lepiej iść do dentysty natychmiast i mieć to z głowy póki dziura jest malutka?”

  • punktualność np. zadając pytanie „Jeżeli wyjdę 5 minut za późno, będę potem pędził przez całe miasto aby je nadrobić. Może spowoduje wypadek i spędzę czas na czekaniu na policję i dziesiątki godzin a likwidację szkody, co będzie mnie kosztowało wiele tysięcy na udział własny, utratę zniżki, a mój samochód straci na wartości. A nawet jeżeli zdążę wpadnę całkowicie zbiegany, spocony i spowoduję negatywne wrażenie, a w efekcie całe spotkanie będzie katastrofą i równie dobrze w ogóle mógłbym na nie nie jechać. Czy nie lepiej wyjść teraz i być zrelaksowanym?”

Właśnie tak jak baset wyglądają ludzie, którzy przegrali z prokrastynacją. Leżą na kanapie i myślą, czemu znowu mieli pecha? Zdjęcie własne.

Ilekroć korci mnie, aby czegoś nie zrobić właśnie teraz, myślę o konsekwencjach i natychmiast dostaję kopa do roboty. Bo najlepszy czas na działanie jest właśnie teraz. Postanowiłem się podzielić moją własną metodą na prokrastynację, bo wiem, że każdy z nas ma czasami z nią problem. A jeżeli zaczniecie ją stosować, dajcie znać abym wiedział czy ta metoda może działać również dla innych.

Myśl jak milioner

pfornalski

Osoby, które stale odwiedzają mojego bloga pewnie zastanawiają się co się ze mną dzieje. Czy zniknąłem, czy przeszła mi ochota na pisanie? Ostatnio w moim życiu nastąpiło bardzo dużo zmian. Można powiedzieć że jestem w trakcie hiper-przyśpieszenia. Pracowałem przez ostatnich parę lat na rezultaty i chyba „to" właśnie przyszło. Pracuję jeszcze więcej więcej niż w ostatnich miesiącach. To co jednak dostaję od życia w zamian za konsekwentną pracę przechodzi moje wyobrażenia.

Nie wiem jak właściwie „to" wszystko się stało, ale chyba się stało. Rozwijałem firmę i myślałem że pewnego dnia wszystko będzie się rozwijało tak, że stracę nad tym kontrolę. Kiedy przekonywałem pierwszych klientów do IAI-Shop.com marzyłem o tym, że pewnego dnia zamówienia będą napływały tak, że nie będę mógł spamiętać nazw wszystkich sklepów. Marzyłem również o wielu innych rzeczach i ciężko pracowałem, każdego tygodnia od paru lat pracując kilkadziesiąt godzin tygodniowo. Nie potrafię teraz zrekonstruować wszystkich faktów, niemniej wszystko diametralnie się zmieniło. Nie potrafię również wytłumaczyć, czemu wszystko na raz. Czemu nie zmieniła się jedna dziedzina, potem druga, potem kolejne. Wszystko zmieniło się na raz, jak bym pewnego dnia rano obudził się w skórze innego człowieka. Przyznam, że to fantastyczne uczucie, kiedy wszystko o czym marzysz pewnego dnia zaczyna się spełniać. Na pewno to czego teraz się uczę i odpowiednia perspektywa pozwolą mi napisać zupełnie nowe jakościowo posty.

Możecie bardzo często przeczytać na różnych stronach o poradach „Jak zostać milionerem". Odbywa się teraz nawet cykl szkoleń „Myśl jak milioner". Problem w tym, że patrząc na listę prelegentów nie mogę pozbyć się wrażenia, że 95% osób na pewno milionerami nie jest i pewnie nie będzie. O zarabianiu milionów mówią i piszą tylko Ci, którzy dopiero je mają zamiar zarobić, albo zarobili na pisaniu jak zostać milionerem. Przypomina mi piramidę finansową, w której jedne osoby zarabiają na tym, że kolejne wpłacą pieniądze. Nie chcę kontestować wspaniałej pracy jaką wykonują Ci młodzi ludzie, ale myślę, że przyda się więcej konkretów dla tych którzy milionerami na opowiadaniu jak zostać milionerami zostać nie chcą, a wolą zrobić coś potrzebnego.

Ja wierzę w zupełnie inną ekonomię. Wszystko zaczęło się od przeczytania jeszcze w liceum książki Paul Zane Pilzer „Nasz dobrobyt bez granic" wydana przez Medium. Uważam tę książkę za pozycję obowiązkową w biblioteczce każdego przyszłego milionera. Olśniło mnie to co napisał autor. Zaprzeczył wszystkiemu czego uczyli mnie w kościele, szkole, domu. Autor wyjaśnia dlaczego ekonomia nie jest tortem w którym jeżeli wykroisz większy kawałek, dla pozostałych zostaje mniej. Ekonomia wolnego rynku to kuchnia, w której możesz upiec tak wiele tortów, jak tylko Ci się podoba. Książkę absolutnie polecam każdemu, mimo tego że została wydana dawno temu, ciągle jest aktualna.

Wierzę właśnie w solidną i uczciwą pracę, popartą planem i wiedzą, bez magicznych sztuczek czy amuletów. Wierzę, że wprowadzając zupełnie nieznaną wcześniej usługę lub produkt piekę własny tort, a nie podkradam kawałek z cudzego. Robiąc to, nie czuję wyrzutów sumienia, bo nikomu nic nie zabieram, a ilość tortów które mogę upiec zależy tylko ode mnie. O tym wszystkim obiecuję napisać, za jakiś czas. Pozwolę sobie w najbliższych postach napisać trochę o tym jak właściwie zaczęła się historia IAI-System.com. Myślę, że wiele osób, w tym moi pracownicy znajdą w tych opowieściach siebie i czytając będziesz widział w jaki sposób z dosłownie niczego powstałą moja firma. Fakt jest bowiem taki, że zacząłem budować ją będąc studentem informatyki, mając tylko chęci i walcząc o dostęp do wspólnego z bratem komputera, licząc impulsy telefoniczne kiedy nagrywałem pierwsze programy na serwer. A kiedy zostaną już miliarderem, opowiem Wam jak na pewno można zarobić milion. Myślę, że takie posty najlepiej pisze się po fakcie, kiedy można wpleść wnioski i spostrzeżenia.

Ciągle długa droga przede mną, jeżeli chcę cokolwiek znaczyć.
Zdjęcie zrobione w Warszawie, 7 sierpnia 2007

Mądre zdanie zasłyszane z radia

pfornalski

To nie bogactwo daje szczęście, ale szczęście daje bogactwo. Usłyszałem to jakże mądre zdanie dzisiaj w TOK FM i powiem, że prostota tego zdania powala. Czyż nie jest tak, że kiedy jesteśmy szczęśliwi myślimy o rzeczach wielkich, eksperymentujemy, zastanawiamy się jak twórczo rozwiązywać problemy? A kiedy jesteśmy nieszczęśliwi, zastanawiamy się tylko jak odwalić robotę, często wykonując ją bez sensu, tracąc wiarę w lepsze jutro. Wyczuwają to też klienci, nawet jeżeli piszemy do nich tylko przez IM lub e-mail. Na kilometr widać człowieka przygnębionego i przybitego. Skoro każdy może wyczuć człowieka nieszczęśliwego, również potrafi go wyczuć klient, a skoro potrafi wyczuć to i pewnie będzie nas omijał. Jak to rymował Łona w jednym z rapowych kawałków „bo fruzie wolą optymistów".

Dlatego jeżeli jesteś nieszczęśliwy i mówisz sobie codziennie, że pracujesz tak ciężko żeby zarobić i aby twoja rodzina, albo ty byli szczęśliwi to tak na prawdę oszukujesz się. Życie ma się tylko jedno i trzeba być szczęśliwym tu i teraz. A kiedy będziesz szczęśliwy będziesz bogaty w sensie materialnym, bo praca sama będzie wychodziła.

Crime story

pfornalski

W marcu pisałem o tym, że ktoś stłukł mi szybę w samochodzie. Chciałem opowiedzieć co działo się w tej sprawie przez 2 następne miesiące. Historia ma wątek kryminalny więc dzisiaj coś lekkiego dla odmiany, ale jak zwykle u mnie - z morałem na końcu.

Po tym zdarzeniu, uczucie, że wstanę rano i znajdę jeszcze bardziej zniszczony samochód po prostu rozwalała mnie emocjonalnie. Wiedziałem jak mniej więcej ten wandal wygląda, bo nagrał się na monitoring. Na filmie było widać, że ten człowiek nie wybił tej szyby, żeby coś ukraść, tym bardziej, że nigdy nie trzymam w samochodzie nawet papierka, tylko rzucił cegłą w szybę i spokojnie sobie odszedł. Jego zuchwałość była olbrzymia, bo zanim rzucił cegłą spojrzał w kamerę monitoringu i nie przeszkadzało mu to jednak rzucić, czuł się bezkarnie. Zupełnie jak by samo zniszczenie było już celem samym w sobie.

Napiszę jeszcze, że przez ostatnich kilka lat jak tu mieszkam, ciągle coś działo się na mojej ulicy. Regularnie tydzień w tydzień były powywalane kosze na śmieci, powyrywane znaki, poniszczone drzea albo w okolicy powybijane szyby na przystankach. Jednak jakoś specjalnie nie zwracałem na to uwagi, uznając że to normalne, że jacyś debile niszczą to wszystko. Jednak pewnie tak jak i ty teraz, czytając tego posta, stwierdziłem że za wiele nie da się z tym zrobić.

Pięć dni po wybiciu szyby, w piątek wieczorem, słyszę na ulicy głuche uderzenie. Mógłbym to zignorować tak jak każdy inny sąsiad na ulicy, jednak widzę 2 osoby przy samochodzie sąsiada więc wychodzę przed dom sprawdzić o co chodzi. Widzę dwóch młodych chłopaków, a lusterko samochodu sąsiada, zaparkowanego na przeciwko mojego okna leży sobie na ziemi. Chłopacy w tym czasie idą sobie dalej spokojnie ulicą. Ponieważ byłem już pidżamie szybko się ubrałem i wybiegam z bokenem za nimi. Do pomocy zawołałem ojca i biegnę. Nawet nie musiałem daleko biec, bo tuż za rogiem obaj zatrzymali się, aby zdemolować jeszcze ogrodzenie robót drogowych. A ponieważ byli bardzo sumienni w swoim niszczeniu spędzili na tym tyle czasu, że zdążyłem ich dopaść. Zaczęli uciekać w ciemną uliczkę, która jest równoległa do tej na której mieszkam. Biegłem ostrożnie bo wiedziałem, że uliczka jest ślepa, więc prędzej czy później muszę się na nich natknąć. Oczywiście krzyczałem przy tym „Policja! Niech ktoś wezwie policję!". Jakieś było moje zdziwienie, kiedy zauważyłem że są w tej uliczce tajne przejścia o których nie wiedziałem mieszkając tam 7 lat. Zauważyłem chłopaka przechodzącego już przez płot sąsiada, z drugiej strony. Przeszedłem przez podwórko sąsiada i już ich nie widziałem. Nie słyszałem też ucieczki, więc nie wiedziałem w którą stronę dalej biec. Chłopak musiał być przyczajony tuż za rogiem, ale w tym momencie o tym nie wiedziałem. Zauważyłem jednak dalsze zniszczenia. W tej części ulicy powyrywali i rzucili na jezdnię wszystkie znaki drogowe jakie napotkali.

Wracam zatem do domu sąsiada, była około pierwsza w nocy. Dzwonię do niego ale nikt nie otwiera. Dzwonię i dzwonię i w tym momencie zauważam ledwie widoczną postać skradającą się ciemną uliczką, która była na tyłach domu sąsiada. Znowu biegnę przez podwórko sąsiada i wbiegam w tę samą ciemną uliczkę. Gonię go do końca uliczki i widzę że chłopak nerwowo otwiera drzwi kluczem. Wszystko stało się jasne, on tu mieszka, więc musiał wrócić, bo nie miał dokąd uciec. A ponieważ mieszka, zna przejścia. Do tej pory nie rozumiem tylko po co niszczył ogrodzenie robót drogowych pod swoim własnym oknem. Przecież trzeba być ostrym czubem aby niszczyć to na co się codziennie patrzy. Mojemu ojcu, który obstawiał moją ulicę udało się wreszcie wezwać policję. Czekamy pod domem, żeby nigdzie nie uciekł. Po kilku minutach wraca druga postać i wchodzi jak gdyby nic do domu.

Po kilku minutach przyjeżdżają policjanci. Mówimy im co zaszło i idą do tego domu. Dzwonią do drzwi, otwiera jakaś staruszka. Pytają się „Syn jest w domu?". A ona „Tak, ale śpi już dawno". Przepychają więc panią na bok i pakują się do domu. Znikają mi na 5 minut z oczu i wychodzą, prowadząc 2 chłopaków w kajdankach. Byłem mocno zdziwiony, bo myślałem że będzie jakaś jeszcze pyskówka w której zaprzeczą, a tu od razu kajdanki i do radiowozu. Policjanci znaleźli w domu więcej skradzionych lusterek i części samochodowe, więc nie musieli się szczypać i od razu ich zatrzymali. Wszystko to pewnie przygotowali sobie na giełdę samochodową, która w Szczecinie odbywa się w niedzielę.

Wracamy w tym momencie do domu sąsiada i budzę go. Po dłuższej chwili udaje się wreszcie sąsiada obudzić, policjanci tłumaczą mu co zaszło i pytają się czy będzie składał skargę. Chwilę myśli i mówi, że tak. Chłopacy byli pełnoletni i wcześniej notowani, któryś miał nawet wyrok w zawieszeniu. Siedzą teraz pewnie w ciupie.

O samych sąsiadach dowiedziałem się następnego dnia, kiedy właściciel samochodu przyszedł przynosząc w podziękowaniu flaszkę Absoluta. Wyznał, że wszyscy sąsiedzi wiedzieli, że ci 2 chłopacy niszczą wszystko w okolicy. Jemu samemu kilka razy wybili szybę albo ukradli lusterka. Inny sąsiad kiedyś wyjechał i zostawił samochód na podjeździe. Zaprosili kolegów i skakali po dachu tak, że się wbił do poziomu drzwi. Jednym słowem, totalni wandale. Sąsiad przez te wszystkie lata miał nadzieję, że wyrosną, potem że się wyprowadzą, albo że im przejdzie. Ponieważ ja ich złapałem, stwierdził że w takim razie się przełamie i złożył obszerne zeznania pogrążające ich. Składając moje zeznania na policji przypomniałem im o nagraniu z monitoringu, na którym widać jak chłopak wybija mi szybę. Tym razem potraktowali to serio i zabezpieczyli go mimo niedzieli. Moje wcześniejszego zawiadomienia widocznie nie potraktowali zbyt poważnie. Kilkanaście dni później otrzymałem pismo z prokuratury, że rozpoczęto formalne postępowanie przeciwko osobie podejrzanej o wybicie szyby. Nie otrzymałem personaliów, ale jako osoba poszkodowana mam prawo bycia informowanym. Będę zatem wiedział jaki jest finał tej sprawy.

To co nastąpiło jednak później zdumiało mnie bardziej. Przez dwa ostatnie miesiące nie została wybita ani jedna szyba na przystanku, ani jeden znak nie został wyrwany. Nie znajduję już swojego kosza na śmieci dla dowcipu wywalonego na środek jezdni. Jednym zdaniem, ktoś kto by przyjechał z daleka, powiedziałby że w okolicy panuje ład i porządek, zero wandali. Zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać i doszedłem do wniosku, że jedna czy dwie takie osoby, niszczące powiedzmy 5 rzeczy co tydzień, wracając z imprezy, powodują około 300 zniszczeń. To może spowodować przekonanie, że żyje dookoła nas 300 wandali. Żaden normalny człowiek nie zniszczy przystanku na którym stoi, czy nie wyrwie znaku drogowego. Trzeba być zdrowym osłem aby to zrobić. Prawdopodobnie większość zniszczeń przez lata było powodowanych tylko przez tych chłopaków. Następnej nocy na szlaku z miasta do mojej dzielnicy widziałem powybijane szyby na przystankach, tylko na tych które były na kursie. Wtedy pomyślałem, że przecież to też mogli być ci chłopacy. Żeby było śmieszniej, ten przystanek, który jest 2 kilometry dalej, od tej pory nie był już niszczony

 

Jaki stąd morał? Często zakładamy, że coś jest złe i przyzwyczajamy się do tego. Wmawiamy sobie, że żyjemy w złym kraju, że ludzie w Polsce są bezmyślni, skorumpowani, leniwi, głupi, że są wandalami. Prawda jest jednak inna. 99% ludzi jest normalnych, może większość z nich jest nisko umotywowanych i wyedukowanych, ale to nie są źli ludzie. Tylko mała część jest zła i szkodzi innym. Obowiązkiem młodych mężczyzn żyjących w dawnych czasach była ochrona kobiet, dzieci, starców przed bandytami. Nie było wtedy policji i telefonów. Za szybko zapomnieliśmy o czymś co było podstawowym prawem przez tysiące lat. System funkcjonował lepiej niż teraz. Każdy młody facet powinien czuć się w obowiązku dbać o porządek na swojej ulicy, albo nie powinien mówić o sobie facet. Sąsiad, który przyniósł mi flaszkę jest młodym mężczyzną, któremu niszczyliby samochód jeszcze przez 10 następnych lat. Jakież to musiało być destruktywne dla jego psychiki wiedząc że za tydzień będzie musiał naprawiać lusterko za 600zł tylko po to, aby jego sąsiad mógł sprzedać wkład do lusterka za 30zł.

A żeby było jasne, to nie była pierwsza taka akcja. Parę lat temu otrzymałem zegarek od prezydenta miasta z gratulacjami, po tym jak złapałem bandytę, który napadł na 20 kobiet w okolicy. Jak to zrobiłem? Nie jestem Rutkowskim, po prostu napadł na kobietę pod moim domem. Usłyszałem jej krzyk, wybiegłem na ulicę, widzę pełno ludzi idzie ulicą od tramwaju, nikt nie reaguje. Pytam co się dzieje, a ta mówi, że tamten facet zabrał jej torebkę. Zapamiętałem wygląd, wsiadłem do samochodu i razem z bratem ruszyliśmy w pościg. Po kilku minutach spotkaliśmy go. Historii takich mam bez liku. Każda z nich kończy się tak samo. Zły element z lokalnego społeczeństwa zostaje wyeliminowany. Myślę, że taki jest porządek rzeczy - młodzi faceci powinni brać sprawy w swoje ręce. Tak jak w moim przypadku należy wykonać część pracy samemu, a policja niech dokończy sprawę zatrzymując. Jeżeli ktoś się boi, wystarczy często zadzwonić tylko na policję, albo na anonimową infolinię. Nie mówię, że trzeba od razu biegać bokenem, bo nie każdy lubi takie ryzyko bezpośredniej konfrontacji. Nic nie usprawiedliwia jednak sąsiadów, którzy nie zawołali policji, kiedy ja ganiałem i odwalałem za nich brudną robotę. Mieli szczęście, że ja im pomogłem, inaczej przez 20 następnych lat mówili by, że w Polsce wszyscy niszczą, kradną a policja nic z nimi nie robi.

@edit 2007-06-29: Właśnie przyszedl listonosz z poleconym z prokuratury. Jako poszkodowany zostałem poinformowany, ze przeciwko wszystkim osobom które złapałem do sądu akrt oskarżenia (Art. 278 par. 1 K.K.). A więc chyba będzie z nimi porządek na długo.

Nie bronię mojego doktoratu

pfornalski
W piątek zdecydowałem ostatecznie - nie piszę i nie bronię pracy doktorskiej. Tym samym zamierzam zakończyć studia doktoranckie, bez kończenia pracy doktorskiej. Oznacza to po:
  • 7 latach podstawówki (przeskoczyłem w połowie klasy 3 do 4 ze względu na to że byłem zbyt dobry),

  • 4 latach liceum - ukończonych świadectwem maturalnym z czerwonym paskiem i średnią z matury 5,0

  • 5 latach studiów na Wydziale Informatyki Politechnik Szczecińskiej - ukończonych listem gratulacyjnym od rektora i średnią 4,73

  • 4 latach studiów doktoranckich na Wydziale Informatyki Politechniki Szczecińskiej, z otwartym przewodem doktorskim z tematem doktoratu „Opracowanie modelu systemu DSS do zarządzania zasobami ludzkimi w projektach informatycznych."

przerywam proces formalnej edukacji. Trochę dziwnie się z tym czuję, bo od 20 lat nie miałem ani roku przerwy. Od 20 lat moje życie toczyło się w rytmie kolejnych semestrów. Pewnie dla wielu osób, które mnie znają jest to szokująca informacja. Postaram się trochę objaśnić dlaczego tak się stało.

Po pierwsze - brak czasu
Przede wszystkim do podjęcia takiej decyzji zmusiło mnie to, że do ukończenia swojego doktoratu w ramach studiów doktoranckich potrzebowałbym 1000 roboczo godzin. Jest to tyle sam ile potrzeba mi aby wprowadzić IAI-System.com na giełdę papierów wartościowych. Zatem to kwestia wyboru co jest dla mnie w tym momencie ważniejsze. Aby móc wygospodarować 1000 godzi musiałoby to się odbyć kosztem moje firmy i wszystkich pracowników, których jest już bardzo dużo. Było by również nie fair względem moich klientów, gdybym nie był w stanie teraz należycie im służyć. W ostatnich miesiącach kiedy wszystko się zintensyfikowało, również na uczelni, nie byłem w stanie analizować potrzeb nowych klientów. Nie chcę również i tego.

Po drugie - zdrowie
Każdy stresor powoduje, że czujemy się coraz bardziej zmęczeni, a to powoduje że po pewnym czasie podupadamy na zdrowiu . Nienawidziłem tego głosu w mojej głowie „Idź i pisz pracę, a nie leżysz i czytasz Founders at work". Czułem się zatem jak tyran dla samego siebie. Nie mogłem robić tego co chcę, w imię wielkiego planu, co do którego straciłem przekonanie. Kolejny rok czy dwa na morderczą pracę nad doktoratem połączoną z budową domu i rozwijaniem firmy, mógłby poważnie nadszarpnąć moje zdrowie.

Po trzecie - dosyć wiedzy akademickiej
Studia doktoranckie to pewien proces przekształcenia inżyniera w naukowca. Pamiętam, że miałem z tym na początku ogromny problem, ale po 2 latach zrozumiałem tę subtelną różnicę i zaakceptowałem to, że inżynierowie są po to aby realizować idee doktorów. Problem z tym, że posiadając firmę technologiczną potrzebuję czasu na kwestie techniczne. Zresztą nie oszukujmy się, całe życie chciałem zajmować się komputerami. W związku z tym, że musiałem pochłonąć dziesiątki książek z rozważaniami teoretycznymi nie miałem tyle czasu ile chciałem aby śledzić wszystkie nowinki technologiczne. A to nowe języki programowania, biblioteki, serwery, systemy operacyjne są tym co lubię. Zamiast pobawić się Rubby on rails musiałem obowiązkowo przerobić książkę Czesława Smutnickiego „Algorytmy szeregowania" i dziesiątki innych. Zapewniam przy tym, że 90% polskich pozycji naukowych jest nudnych jak flaki z olejem. W związku z tym pytanie, czy rzeczywiście powinienem zmuszać się do czegoś co mi nie jest potrzebne w imię „dr inż." zamiast „mgr inż."?

Po czwarte - dla kogo jest doktorat?
Wreszcie zacząłem się zastanawiać dla kogo robię doktorat, skoro sam przestałem widzieć jego sens? Nie zamierzam pracować na posadzie w dużej firmie, która by to doceniła doktorat w jakiś formalny sposób. Zresztą szczerze mówiąc nie wynagradzam pracowników w mojej firmie tylko za to, że zdobyli magistra inżyniera zamiast inżyniera. Ostatnio zaczął u mnie pracować Grzegorz, który jest dopiero studentem i radzi sobie świetnie, lepiej od magistra inżyniera z mojego roku ze studiów, który u mnie pracował i teraz jest również doktorantem na WI. Prawdopodobnie doktorat byłby niezbędny abym pracował w laboratorium badawczym, a na to są bardzo małe szanse, bo lubię pracę z ludźmi i cały ten startup'owy klimat.

Tak więc po głębszej analizie doszedłem do wniosku, że doktorat piszę po to, aby moi rodzice i dziadkowie mogli być bardziej dumni przed swoimi znajomymi. Zacząłem go pisać dla samego siebie, a ciągnąłem po to aby nie zawieść innych osób.

Czego się nauczyłem?
Oczywiście nie jest tak, że nic mi te studia nie dały. Dały bardzo dużo i myślę, że zmieniły mój sposób postrzegania na skomplikowane problemy. Sporo zmieniły w moim sposobie formułowania myśli i postrzegania wiedzy i związanych z nią procesów. Na pewno zmienił się mój zasób słów i naukowa ogłada. Nie nauczyłem się niczego nowego technicznego.

Pisanie doktoratu to praca przez 4-5 lat nad jakimś postawionym i znalezionym przez siebie problemem. Trzeba najpierw udowodnić, że problem rzeczywiście istnieje. Dzięki temu rada wydziału pozwala dokonuje tzw. otwarcia przewodu doktorskiego, czyli formułuje coś w rodzaju kontraktu „Jeżeli napiszesz pracę na temat X, z tezą Y i zrealizujesz cel pracy otrzymasz tytuł doktora". W moim przypadku problem jest mi doskonale znany, bo zajmuję się zarządzaniem projektami informatycznymi od paru lat. Tak więc właściwie musiałbym w tej chwili sprzedać 1000-2000 swoich ultracennych godzin potrzebnych na opisanie i sformalizowanie metody „zdroworozsądkowej". A przecież okres życia w latach 20-tych życia to podobno najlepszy okres.

Morały dla innych?

  1. Nie zaczynaj studiów jeżeli nie jest to rzeczywiście niezbędne do tego aby osiągnąć awans w pracy lub rzeczywiście czegoś się nauczyć. Studia to nie są tylko zajęcia na uczelni, to dziesiątki godzin spędzonych pod drzwiami nauczycieli w oczekiwaniu na wpis, to tysiące przejazdów pędem na zajęcia, do dziekanatu, profesorów. Wreszcie studia to wieczne poczucie winy, że w danym momencie powinieneś się uczyć a tego nie robisz. Jeżeli nie jest to do niczego potrzebne, nie katuj się niepotrzebnie.

  2. Studia to inwestycja i to nie tylko finansowa. Spędzasz na nie wiele tysięcy godzin, w najlepszym okresie czasu. Czas ten możesz poświęcić na uruchomienie firmy, sklepu internetowego lub opanowanie pewnej porcji wiedzy samodzielnie. Studia potrafią inspirować do nowych poszukiwań, więc nie wybieraj kierunku tylko dlatego że na innym nie było miejsc. W przypadku informatyki, studia nie są niezbędne aby otworzyć firmę lub być specjalistą.

  3. W Polsce studiują prawie 2 miliony osób. Większość z nich nie będzie pracowała w swoim zawodzie. Znam setki ludzi sukcesu i przeczytałem o kolejnych setkach, które to osoby rzuciły studia. Tak więc same studia, ani ich brak nie determinują czy będziesz człowiekiem sukcesu. Jeżeli nie masz pomysłu na firmę zacznij studia, ale jeżeli masz pomysł na świetne przedsięwzięcie i studia w nim przeszkadzają zastanów się czy są Ci niezbędne.
    Weź zawsze pod uwagę, że Bill Gates i Steve Jobs również rzucili studia. A dzisiaj słuchają ich głowy państw i naukowcy. Gdyby studiowali dalej pracując wieczorami, prawdopodonie nie osiągnęli by tego co osiągnęli.

  4. Warto podzielić studia na mniejsze fragmenty np. zacząć od studiów inżynierskich lub licencjata i dopiero po skończeniu tego etapu rozpoczynać studia magisterskie uzupełniające. Mam nadzieję, że w Polsce będzie taki system studiowania jak w USA, gdzie można rozłożyć studia na fragmenty. Zanim to nastąpi lepiej podzielić wszystko na mniejsze kroki. Studia magisterskie na informatyce to 5 lat, inżynierskie to 3,5. Jeżeli zatem będziesz miał coś szczególnie ważnego do roboty po 3 latach studiów, Twoja dotychczasowa praca nie pójdzie na darmo.

  5. Nie studiuj zaocznie - i odnosi się to do punktu 1-go. Jeżeli idziesz na studia w kierunku który Cię interesuje, a uczelnia traktuje „zaocznych" jak frajerów do utrzymywania, nie studiuj zaocznie. To strata pieniędzy. Wiele osób tłumaczy, że studiuje tylko „dla papierka". W praktyce udają, że coś robią ze swoim życiem, bo po otrzymaniu „papierka" nic w ich życiu nie zmienia się. Jeżeli ktoś ubiega się u mnie o pracę jako grafik lub programista i zdobył tytuł na studiach zaocznych uważam, że tego tytułu w ogóle nie zdobył. Zresztą wiem o czym mówię, bo prowadziłem przez 4 lata zajęcia dla studentów i póki co nadal je prowadzę. Potwierdza to mój brat, który zrezygnował ze studiów zaocznych. Ma już tytuł magistra inżyniera zdobyty na Wydziale Elektrycznym P.S. i chciał dodatkowo zrobić dyplom w zakresie okrętowym, ponieważ pracuje w firmie zajmującej się instalacjami na statkach. Okazało się, że studia zaoczne to tylko strata czasu.

  6. Jeżeli już studiujesz rób to całym sercem. Moje studia magisterskie sprawiały mi ogromną radość i bardzo je lubiłem. Dzięki temu ten okres wspominam bardzo dobrze. Jeżeli nie masz ochoty na studiowanie - nie studiuj. Jeżeli już się na nie zdecydowałeś, ucz się, przecież w naukę inwestujesz swój cenny czas. Studiowanie „na tróję" z własnego wyboru to paranoja.

 

Myśl końcowa
Nie studiuj dla rodziny. Po uzyskaniu tytułu nic się nie zmienia, jeżeli w Tobie nic się nie zmieni. Jeżeli liczysz że samo zdobycie tytułu licencjata, magistra, inżyniera, doktora zagwarantuje Ci świetnie płatną pracę, grubo się mylisz. Większość moich kolegów po zdobyciu tytułu doktora zostanie na uczelni i będzie uczyła studentów. Wielu z moich kolegów ze studiów nie pracuje w zawodzie. Spotkałem jednego, który pracuje na stoisku komputerowym w Real'u, jednego który pracuje jako obsługa klientów w drukarni, jednego który sprzedaje telefony komórkowe. Czy nie mogli by robić tego samego bez tytułu magistra inżyniera informatyki? Pewnie że by mogli. Najlepszymi informatykami z mojego roku są Ci, którzy mało uczestniczyli w zajęciach i pracowali sami w swoich domach nad własnymi problemami.
Pracuje dla mnie Marcin, który jest jednym z najlepszych administratorów serwerów jakiego znam. Za to na studiach nie widziałem go prawie nigdy. Zawsze zaliczał zajęcia pisząc program w domu, dzięki czemu nie musiał „kwitnąć" na uczelni. Teraz jest niezmordowany w znajdowaniu rozwiązań na problemy z Archiwum X. A to właśnie ta cecha jest dla mnie ważniejsza niż to, że ma tytuł magistra i inżyniera. I nawet gdyby teraz poświęcił 4000 godzin swojego życia na zrobienie studiów doktoranckich, napisał i obronił rozprawę doktorską, zupełnie nie zwiększyłoby to mojego szacunku do niego, który zdobył rozwiązując te wszystkie trudne problemy. Za to gdyby przestał być dyspozycyjny przez 4 najbliższe lata, mogło by to poważnie zaszkodzić mi i jego roli w moim projekcie.

Dalsze plany
Nie zamierzam zamykać przewodu doktorskiego. Zamierzam należycie wywiązać się ze swoich obowiązków doktoranta do końca tego roku akademickiego, pracując tam tak długo jak będzie to potrzebne. Mam nadzieję na dyplom ukończenia studiów doktoranckich i na nieformalną współpracę z ludźmi z mojej katedry. Mam nadzieję, że będę ich napędzał świeżymi pomysłami praktycznymi. Obcowanie z inteligentnymi ludźmi to przyjemność sama w sobie.

Zapewne za parę lat, kiedy IAI-System.com stanie się międzynarodową korporacją, moja rola zostanie sprowadzona do tego co robił Bill Gates w Microsoft. Wtedy będzie właściwy czas na napisanie doktoratu. Przecież nauka to nie wyścigi.

Teleranek

pfornalski

Czasami przychodzi taki dzień, że telefony urywają się od rana. Nazywam to „teleranek”. Ciągle ktoś coś chce, ktoś ma z czymś problem, ktoś się zdenerwował na coś, serwer intranetowy, który miał uptime 200 dni akurat się zawiesił, a oprogramowanie do automatycznej synchronizacji kodu coś namieszało. Robi się naprawdę gorąco. „Uwielbiam” takie dni. Gdyby nie duże ilości kawy i pozytywne nastawienie wszystkich osób w biurze, byśmy się pozabijali. A tak po prostu śmiejemy się i jest ok. Nie ma nic gorszego niż nieplanowane kłopoty i w tym czasie kłótnie. 

Szlachetne zdrowie...

pfornalski

Przez ostatnie 3 dni męczyła mnie jakaś nieznana mi choroba żołądkowa. Prawdopodobnie przemęczenie połączone z jakąś infekcją bakteryjną lub wirusową. Przypomniałem sobie przy tej okazji przysłowie Jana Kochanowskiego „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się zepsujesz".

Zazwyczaj nie mamy czasu na to, aby znaleźć odpowiednią ilość czasu na odpoczynek, relaks, sport czy rozrywkę. Tyramy w swoich firmach całymi dniami, aż pewnego dnia zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze zdrowie jest w opłakanym stanie i więcej już tak nie możemy pracować. Rozważania te zbiegły się w czasie ze śmiercią, faceta, którego znałem. Arkadiusz Kawecki był prezesem znanej szczecińskiej agencji reklamowej DCS. Pracował do późna w nocy, wysyłał e-maile do pracowników, rano już nie żył. Miał 42 lat i zmarł na zawał serca.

Specyfika e-firmy powoduje, że jesteśmy nawet 16 godzin dziennie w pracy. Kiedy wychodzę z biura, z samochodu wykonuję telefony. Pierwsze co robię po przyjściu do do mu, to podłączam laptopa i często jedząc obiad jeszcze odpisuję na jakieś zaległe e-maile. Jedyne miejsce gdzie nie jestem on-line to dojo, gdzie trenuję aikido. Potem zajeżdżam do mojej dziewczyny, gdzie spędzamy razem wieczór. Zazwyczaj również i wtedy odbieram jakieś telefony lub sprawdzam że wszystko działa poprawnie. Po powrocie do domu, często siedzę jeszcze do 1 w nocy i sprawdzam coś w Internecie. Kiedy wstaję rano po nocy, pierwsze co robię to podchodzę do laptopa, który pracuje w nocy i ściąga jakieś filmy, muzykę i książki i sprawdzam czy ktoś nie ma do mnie jakieś super pilnej wiadomości lub coś się nie zepsuło. Nauczyłem się przy tym, aby wyłączać telefon komórkowy w nocy, bo zdarzało się, że ktoś dzwonił do mnie o 5 czy 6 nad ranem. I muszę powiedzieć, że ostatnio usłyszałem przytyk od jednego klienta, że chciał zadzwonić do mnie (pewnie 5 lub 6, bo od 8:00 mam włączony) a ja miałem wyłączony telefon.

Taki sposób życia wychodzi czasem bokiem. Obiad jem w pośpiechu, bo wpadam o 18:45 do domu, a o 19:15 wychodzę na aikido, czy niedosypiam nocy. To czasami wychodzi bokiem. Doszło do tego, że mój żołądek ścisnął się tak bardzo, że nie było w stanie przez niego przecisnąć się jedzenie. To chyba najlepszy dowód na to, że każda, najcięższa praca musi kiedyś się skończyć. Czas zacząć szanować przynajmniej jeden dzień w tygodniu, czas znaleźć czas na relaks czy spokojny posiłek. Rezygnacja parę godzin w tygodniu z pracy, nie powinna aż tak wpłynąć na efekty. Przecież zgodnie z zasadą Parreto 80/20 tych parę godzin niewiele przyczyna się do zwiększenia efektów. Za to brak tych paru godzin może spowodować, że w wieku 30 czy 35 lat nie będziemy mogli pracować w ogóle, a jeżeli i tego nie zauważymy to możemy podzielić los Pana Kaweckiego i w wieku 40 lat umrzeć przy komputerze wysyłając milionowego e-maila. Czy zatem nie lepiej wydzielić trochę więcej czasu na odpoczynek, a rozłożyć pracę na więcej lat? Każdy kto jeździ samochodem wie, że np. przy 200km/h silnik spala 2-3 razy więcej niż przy 140km/h. A przecież 140km/h czy 160km/h to również dużo. Filozoficznym niemal pytaniem staje się czy chcemy jechać szybciej czy dalej. Przychodzi taki wiek, że pora się zastanowić jaka prędkość jest optymalna. Większość ludzi biznesu zwalnia z wiekiem, kiedy kończy im się paliwo, a przecież można pracować od początku równo.

Nie zachęcam przy tym do jazdy z prędkością emeryta czyli 60km/h. Nasz wyścig i tak ma ograniczony czas. Ja należę do ludzi, którzy chcą coś po sobie zostawić, więc nie zamierzam żyć tylko po to, aby żyć maksymalnie długo. Czym jest życie nie zakończone wpisem do encyklopedii, przynajmniej tej dwudziesto-tomowej. Wydaje mi się, że jednak warto jednak przy okazji jesiennych katarów, gryp i innych dolegliwości, zastanowić się, że nasze organizmy nie są ze stali a choroba może nas wykluczyć chwilowo lub długotrwale z e-wyścigu. Każdy ma inną strategię, ale każda strategia powinna uwzględniać również czynnik zdrowotny.

Przypowieść o siewcy

pfornalski

Szef nowoczesnej firmy musi być niczym siewca z przypowieści Biblijnej. Mimo, że nie jestem jakiś wyjątkowo religijny utkwiła mi w dzieciństwie przypowieść o siewcy. Stałem kiedyś pod kościołem nudząc się cholernie i zaliczając z bratem przymusową mszę na polecenie rodziców. Przypomniałem sobie o niej ostatnio, odszukałem w sieci i chciałbym się nią podzielić przy okazji czwartkowego luźniejszego wieczora:

Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!".

Jeżeli masz nowatorski program, usługę lub prowadzisz sklep internetowy również musisz być siewcą. Musisz propagować swoje dzieło, ulepszać, reklamować, odpowiadać na pytania, przygotowywać oferty, katalogi, dopracowywać teksty na stronę internetową. Często siejesz i ziarna nie wschodzą. Np. klient nad którym pracujesz z wielką nadzieją przez 2 miesiące, w ostatniej chwili rozmyśla się i transakcja nie dochodzi do skutku, albo pracownik, którego traktujesz jak partnera, pracujecie razem bardzo długo porzuca Cię wyjeżdżając za granicę by zarobić trochę więcej w gorszych warunkach. To są smutne zdarzenia, potrafią zdołować, a jeżeli wystąpią w dużej ilości potrafią zachwiać wiarę w powodzenie projektu, nawet największych entuzjastów.

Najważniejsze jednak by się nie poddać i codziennie siać, ulepszać swój projekt, wysyłać kolejne oferty, odpisywać cierpliwie i uprzejmie na listy, jednym słowem pracować na 100%, zawsze, bez względu na to jak bardzo poprzedni dzień skopał Ci tyłek. Nie wiesz bowiem, które ziarno da plon, który klient okaże się być kluczowy dla twojego sukcesu (albo porażki). A po pewnym czasie przychodzi nagroda. Klient, którego należycie obsłużyłeś daje Ci dochód, a jeżeli będzie bardzo zadowolony da stokrotny plon, polecając Cię swoim znajomym. A jeżeli będziesz siał dalej, również i znajomi klienta mogą wydać stokrotny plon.

Tak się stało ostatnio z IAI-System.com. Od jakiegoś czasu nie wyrabiam się z odpowiadaniem na pytania, telefony i opracowywaniem specyfikacji dla programistów na nowe sklepy. Jednym słowem przeżywamy oblężenie. Niemal codziennie ktoś chce zamówić kopię IAI-Shop.com. Coraz częściej klienci trafiają do nas z polecenia znajomych, którzy mają już u nas sklep. Oczywiście nie bylibyśmy w stanie wdrażać tak dużej ilości sklepów, gdybyśmy w przeszłości nie zainwestowali czasu w nasze własne rozwiązania i skracanie czasu realizacji zamówienia, nawet jeżeli nie było to konieczne. Tak nawiasem mówiąc jest to przyczyną ostatniej absencji w pisaniu nowych artykułów na bloga.

W przeszłości popełniłem czasami błąd i uległem pokusie samozadowolenia. Wydawało mi się, że już nie muszę słać ofert, odpowiadać na e-maile i walczyć o nowych klientów, że samo jakoś już dalej pójdzie. W ten sposób firma wzrastała, ale tylko w tym samym tempie. Od kiedy nie odpuszczam sobie ciągłego zdobywania nowych klientów, nawet w okresie gdy jest dużo zamówień, wszystko nabiera coraz większego rozpędu. Dlatego zrezygnuję kolejny raz z zarobku i zwiększę jeszcze bardziej zatrudnienie. Poszukuję właśnie webmastera, którego zadaniem będzie tylko kodowanie masek sklepów. Wszystko po to, by nowi klienci nie czekali dłużej i przyśpieszyć jeszcze bardziej. Możesz nie wierzyć lub posłuchać rady, że nie warto się poddawać i ciągle należy siać dobre ziarno, mając nadzieję, że któreś wzejdzie.

Mam to gdzieś...

pfornalski

Wczoraj załapałem autentyczną deprechę. Zawsze starałem się nie oglądać wiadomości telewizyjnych. Nienawidzę papki, którą serwują nam redaktorzy wszelkiego rodzaju telewizyjnych wiadomości. Zawsze zastanawiam się, czemu pokazują wykolejony pociąg w Indiach, skoro nigdy tam nie byłem i Ty pewnie też, za to nikt nie mówi o tym, że we Wrocławiu powstanie najprawdopodobniej fajny wieżowiec, który będzie najwyższym w Polsce. Uważałem, że ignorowanie tv pozwoli mi zachować zdrowy rozsądek i pozytywne myślenie. Niestety ostatnie wydarzenia polityczne nie nastrajają optymistycznie. Na przykład od 3 dni po 22 w TOK FM toczy się dyskusja o tym, że w Polsce to już nic nie da się osiągnąć i trzeba wyjechać i w ogóle jak to źle jest. Dzwonią ludzie i nadają. Zawsze lubiłem słuchać radia i czytać gazety, ale od dzisiaj będę słuchał wyłącznie CD. Standardem stają się rozmowy „O! Nie wyjechałeś? Nie. Widzę, że ty też nie?". Faktem jest, że PiSuary i inne Leppery robią co chcą, przeginając codziennie coraz bardziej.

Ja jednak od dzisiaj przestałem słuchać radia, od jutra deklaruję koniec rozmów o polityce, a od pojutrza deklaruję koniec zastanawiania się nad tym co ci kretyni robią. Przecież moje życie jest zbyt krótkie, aby jakiś Roman edukator mógł je zatruwać. Tak apropos znalazłem fajny gadżet w sieci - „Zegar śmierci" (http://zegarsmierci.info/). Mimo, że takie zabawki to bzdura, jednak fajnie uzmysławia, że życie bezpowrotnie mija. Szczególne wrażenie robi licznik sekund do śmierci. Jeżeli wyobrazisz sobie, że rzeczywiście taki licznik tyka dla każdego z nas, odchodzi ochota na myślenie o kaczkach i złodziejach z SLD.

Moim celem było od zawsze prowadzenie firmy e-businessowej a ta może działać przecież z dowolnego kraju. Warunkiem jest to, że muszę być najlepszy. Nie dam sobie wbijać, że w Polsce jest jakiś stan zagrożenia, układ i łże elity. I wiesz co? Mam to gdzieś, kto jutro będzie ministrem, albo kto okaże się być agentem. Przecież to nie ma wpływu na dobór wielkości bufora indeksów w bazie danych albo temperaturę procesora w serwerze. Ja będę dalej rozwijał swój program, do tego nie potrzebuję kolejnej ustawy. Nie dam się zwariować. Tobie radzę to samo: pracuj dalej nad swoją usługą, sklepem, programem. Każdy moment spędzony na zastanawianiu się nad tym kto był agentem, pozwala Twojej konkurencji, również zagranicznej, zdobyć lekką przewagę nad Tobą. Dopóki jest w Polsce prąd i Internet, możemy prowadzić swoje e-firmy. A nawet, jeżeli nałożą na mnie 100% podatku i tak będę robił to co robię, ponieważ to lubię. A jeżeli nie będę mógł robić tego co robię, przesunę się 20km na zachód, czyli już do Niemiec i dalej będę pracował nad swoim systemem.

Miałem kiedyś wielkie marzenie

pfornalski

Miałem kiedyś wielkie marzenie: chciałem mieć komputer i całymi dniami przy nim pracować, czyli być „informatykiem". Nie miałem komputera, chodziłem do kolegów tylko po to aby popatrzeć jak oni grają albo coś robią na swoich. Może zabrzmi idiotycznie, ale tak właśnie było. Kiedy w podstawówce musiałem uczyć się dopływów Odry i Wisły na klasówkę marzyłem tylko o tym, aby pewnego dnia nie musieć zakuwać okresów prehistorycznych tylko całymi dniami studiować przerwania DOSa. Kiedy w liceum musiałem czytać nudną powieść z okresu romantyzmu, marzyłem o tym by móc przeczytać kolejny rozdział książki A. Marciniaka „Turbo Pascal 7.0". Kiedy pod koniec liceum zobaczyłem pierwszy program webowy i zdałem sobie sprawę jak to działa, oszalałem z zachwytu. Chciałem pisać programy, które będą mogły momentalnie docierać do ludzi, którzy nie muszą ich dostać ode mnie na dyskietce.

Miałem to szczęście, że wreszcie zrealizowałem swoje marzenie. Od 3 lat mogę zajmować się tym co zawsze chciałem robić, mogę pracować całymi dniami przy komputerze i właściwie nikt nie może mi tego zabronić. To właśnie powód dla którego spędzam przy nim po 14 godzin dziennie, a czasami cały dzień. Nie traktuję tego jak przykrego obowiązku. Przecież realizuję swoją życiową pasję. A jakie było Twoje marzenie w przeszłości? Czy to co robisz dzisiaj, nie jest jego spełnieniem? Przyszedłeś rano do swojego biura, włączyłeś komputer, sprawdziłeś pocztę, zajrzałeś na mojego bloga. Może nawet przeszło Ci przez myśl, że praca przy komputerze jest nudna. Ilekroć przyjdzie mi to na myśl, zamykam oczy i wspominam nudne lekcje muzyki i śpiewanie durnych piosenek, podczas których marzyłem o tym, że pewnego dnia siądę w swoim własnym biurze, przed swoim własnym komputerem i będę miał nieograniczone możliwości i całe dnie podczas których będę mógł tworzyć swoją własną muzykę, obrazy i programy. Wtedy dostaję takiego zapału do pracy, że dopiero zachodzące słońce i głód wygania mnie z biura na obiad, który jem około 19:30.

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci