Menu

Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą

Nazywam się Paweł Fornalski. Jestem założycielem i prezesem IAI S.A., dostawcy rozwiązań e-commerce dla sklepów internetowych i rezerwacji noclegów dla właścicieli apartamentów i hoteli. Na tym blogu piszę, w oderwaniu od oficjalnych poglądów innych właścicieli i pracowników IAI o tym co mnie prywatnie porusza. Gdybyś chciał się skontaktować pisz na pawel(a)fornalski.pl

E-Człowiek

Popieram obowiązek rejestracji kart SIM prepaidów

pfornalski

Ostatnio szeroko dyskutuje się założenia do nowej ustawy antyterrorystycznej. Większość „cywilów” zajęła się tematem rejestracji kart prepaid do telefonów jako najstraszniejszą rzeczą tej usawy. W skrócie, chodzi o to, aby kupienie karty anonimowo nie było możliwe, tylko wymagało to wylegitymowania się dowodem osobistym, dokładnie tak samo jak to się odbywa przy podpisaniu umowy na numer postpaid (płatność na po skończeniu miesiąca). Nie podoba mi się wiele z założeń tej ustawy i jestem jej przeciwnikiem wbrew większości. Ale popieram właśnie rejestrację numerów prepaid, uważam za bardzo potrzebny i proponuję go wprowadzić niezależnie tak aby nie uzależniać go od pozostałych, również wbrew większości. Poniżej wyjaśniam dlaczego.

Przy obecnym stanie rozwoju techniki większość spraw załatwiamy przez komputer/smartfon podpięty do Internetu, pieniądze trzymamy w banku z obsługą przez Internet. A nawet gdy Ty ich nie załatwiasz, ktoś może je załatwić za Ciebie, na Twoje konto. Przez Internet załatwiamy sprawy urzędowe, a nawet poznajemy swoich przyszłych małżonków czy możemy zerwać z dziewczyną. Możemy nawet zniszczyć jej karierę publikując jakiś kompromitujący materiał.

Cały ten misterny system zwany internetem opiera się na tym, że policja jest w stanie w razie potrzeby ustalić, kto wykonał daną czynność. Aby było to możliwe, różne urządzenia i serwery zapisują w tzw. „logach” wszystkie połączenia. W IAI zapisujemy codziennie gigabajty logów, nie mając pojęcia czyj jest np. w tym momencie adres IP 4.55.66.77. Zapisujemy go jednak podczas połączenia wraz z czasem z dokładnością do sekundy. Adresy IP przydzielane są w różnych momentach różnym użytkownikom. Dlatego operatorzy telekomunikacyjni muszą zapisywać kto w danym momencie używał w danym momencie danego adresu IP.

Jeżeli więc ktoś np. z adresu 4.55.66.77 dokładnie 2016-03-27 15:18:10 zalogował się do sklepu internetowego i dokonał płatności za zakupy Twoją kartą kredytową, to Policja może taką osobę relatywnie prosto namierzyć:

  1. IAI w logach ma zapisany adres IP danego połączenia i logowania w sklepie internetowym. Policja występuje z wnioskiem np. Do IAI o zwolnienie z tajemnicy służbowej i ujawnienie tego adresu IP i logów tego połączenia.
  2. Na podstawie adresu IP policjant ustala do jakiej klasy adresowej należy dany adres IP i na podstawie ogólnie-dostępnych rejestrów tzw. RIPE występuje do operatora telekomunikacyjnego o udostępnienie informacji kto korzystał z danego adresu IP dokładnie w tym momencie. Na podstawie umów z klientami i logów, operator mówi, że była to np. Linia DSL z ul. Wojska Polskiego 1/1 w Szczecinie, a umowa zawarta została na Janusza Kowalskiego. Identycznie wygląda to w przypadku telefonów komórkowych i operatorów zagranicznych.
  3. Na przesłuchanie wzywa się Janusza Kowalskiego, sprawa rozwiązana.

Niestety w/w schemat nie działa w przypadku telefonu prepaid. W tym przypadku schemat sprawy wygląda tak:

  1. IAI w logach ma zapisany adres IP danego połączenia i logowania w sklepie internetowym. Policja występuje z wnioskiem np. Do IAI o zwolnienie z tajemnicy służbowej i ujawnienie tego adresu IP i logów tego połączenia.
  2. Na podstawie adresu IP policjant ustala do jakiej klasy adresowej należy dany adres IP i na podstawie ogólnie-dostępnych rejestrów tzw. RIPE występuje do operatora telekomunikacyjnego o udostępnienie informacji kto korzystał z danego adresu IP dokładnie w tym momencie. W odpowiedzi otrzymuje odpowiedź, że adres IP był używany przez kartę SIM typu prepaid, przez nieznaną osobę.
  3. Sprawa zostaje umorzona, bez wykrycia sprawcy.

Od lat zajmuje się z racji mojej funkcji tj. prezes spółki giełdowej obsługującej ponad 3000 sklepów internetowych w Polsce, o obrocie ponad 3 mld złotych rocznie, bezpieczeństwem konsumentów. Jestem nim bardzo zainteresowany, bo bezpieczeństwo sprawia że ludzie wykorzystują internet jeszcze mocniej. Nie mam problemu z anonimowością o czym pisałem w 2 postach które dotyczyły wprowadzenia ACTA (zarówno jako jej przeciwnik w sensie prawdziwym tj. Trolli patentowych z USA, jak i anonimowości z którą nie mam problemu; patrz „Internauci vs. reszta świata” oraz „Czy bracia Wright rzeczywiście wymyślili samolot? O trollach patentowych i ACTA słów kilka”). Mało kto zdaje sobie sprawę, że na 100 incydentów typu próby włamania na serwer, spam itp. 98 spraw jest umorzonych z uwagi na to, że po ustaleniu adresu IP, okazuje się, że sprawca korzysta z telefonu typu prepaid. 2 na 100 to zazwyczaj nieszkodliwe dzieciaki, które żadnej realnej krzywdy i tak by nie wyrządziły. Dochodzi do tego, że policjanci z jakimi rozmawiamy w IAI przy okazji różnych spraw, w których prosi się nas o dane, sami nie wierzą że sprawy mają większy sens, czując się zupełnie zdemotywowanym do ich prowadzenia. Taki stan rzeczy rozzuchwala przestępców komputerowych a na prowadzenie spraw, które nie są możliwe do rozwiązania podatnicy, którzy padają ofiarą tych ataków wydaje olbrzymie pieniądze. A najprostszym sposobem zmiany tych statystyk o kilkadziesiąt procent jest rejestracja kart prepaid do telefonów komórkowych.

Jako argument żeby zachować anonimowość podaje się to, że przecież anonimowo można korzystać z sieci TOR. Jest jednak różnica pomiędzy anonimowym IP a korzystaniem z TOR. Jak można przeczytać tutaj, bank czy operator usługi może zablokować ruch przychodzący z sieci TOR. Zwracam przy tym uwagę na ciekawy fragment tego posta „W praktyce mało kto, przynajmniej w naszym kraju, udostępnia węzeł wychodzący. Przyczyna jest prosta - dość szybko może skończyć się to (i kończy, nie mówię z własnego doświadczenia, ale słyszałem z pierwszej ręki o takich przypadkach) wizytą policji z powodu nadużyć z danego IP.” Nie można jednak wyciąć ruchu np. z Orange czy T-Mobile, ponieważ robiąc to wyrzucimy większość polskiego Internetu. W imię walki z potencjalnym włamywaczem bank internetowy musiałby zamknąć połączenia mobilne prawie każdemu swojemu klientowi. Dlatego tego nie robi, otwierając się na zagrożenia ze strony przestępców.

A więc jeżeli buntujesz się przeciwko rejestracji kart SIM bo boisz się, że ktoś namierzy Twoje pikantne SMSy wysyłane do koleżanki z pracy, to boisz się niewłaściwej rzeczy. Ale nie masz z tym problemu, że gdy wieziesz tę koleżankę z pracy do motelu swoim samochodem, to samochód ma przykręconą rejestrację. Wiesz bowiem, że sama rejestracja nie zawiera Twojego nazwiska, ale gdy ktoś potrąci Cię na pasach, wystarczy że ją podasz, a policjant ustali sprawcę. Dlatego napisałem tego posta, aby uświadomić ogółowi, że podobnie jak w pewnym momencie zabroniono poruszania się po drogach publicznych samochodom bez rejestracji, tak czas aby tak samo zrobić z Internetem. Inaczej nie ma takich pieniędzy, które wystarczyłyby do ochrony obywateli, którzy oczekują coraz większej informatyzacji. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, niech zastanowi się jak by wyglądała skuteczność pracy drogówki, gdyby samochody jeździły po drogach bez tablic rejestracyjnych.

Opis narzędzi jakich obecnie używam do pracy i jaki jest zestaw marzeń - wywiad dla usesthis.pl

pfornalski

Coraz częściej, ktoś twierdzi, że to co robię inspiruję innych. A to umieszcza mnie na liście "100 najbardziej inspirujących osób branży interaktywnej" a to czytam, że moja prezentacja z 2009 roku wygłoszona na Netcamp #11 pt. "Trudne czasy - szansą dla nowych projektów" pobiła rekordy oglądalności i znajduje się w Top5 SlideShare, bo ktoś go wygrzebał po 6 latach i odkrył, że normalnie przewidzieliśmy przyszłość. Więc chyba powoli dociera do mnie to, że moja praca nie tylko inspiruje efektami, ale również tym jak to robię.

Fragment wpisu o Paweł Fornalski na liście "100 najbardziej inspirujących osób polskiej branży interaktywnej"

Fragment wpisu o Paweł Fornalski na liście "100 najbardziej inspirujących osób polskiej branży interaktywnej"

W związku z tą całą inspiracją, przesyłacie do mnie pytania tj. "Co subskrybujesz w Feedly?", albo "Jaki komputer polecasz?", "Czemu wolę Apple?" itp. Odpisuję na nie wszystkie szczerze, więc jak najbardziej nie wstydźcie się pisać. Ale też pewnie przyda się ten, odrobinę techno-ekshibicjonistyczny wywiad jakiego udzieliłem do dosyć ciekawego bloga Usesthis.pl na temat narzędzi jakich używam w pracy. Zamieszczam ten wywiad w całości:

Kim jesteś i co robisz?

Jestem założycielem i prezesem IAI S.A. Spółka jest notowana od 2009 na NewConnect i z sukcesem oferuje rozwiązanie SaaS dla profesjonalnych sklepów i hurtowni internetowych o nazwie IAI-Shop.com, którą za granicą promujemy pod marką IdoSell Shop. Od roku 2012 oferujemy też system SaaS dla małych obiektów noclegowych typu agroturystyka, pensjonaty, apartamenty i hotele. Specjalizujemy się w budowaniu strony internetowej, zdobywaniu ruchu, obsłudze transakcji i procesach obsługi klienta, oferując kompleksowe narzędzia. Moja praca polega na wymyślaniu strategii produktowych, czyli mówiąc dobitniej w mojej głowie powstaje to z czego później korzysta 20% polskiego e-handlu, a uwzględniając inspirowanie się na liderze jakim jest IAI pewnie i więcej ;) Jest to spore przedsięwzięcie, jeżeli wspomni się, że wartość transakcji klientów IAI przekroczyła 2,5mld w roku 2014 a ilość osób tylko w Polsce korzystających ze sklepów naszych klientów, których obsługujemy z naszych serwerów przekracza 14mln UU co miesiąc.

Jaki sprzęt wykorzystujesz do pracy?

Od kilku lat jestem wiernym użytkownikiem sprzętu Apple. Zaczęło się od iPoda, a w 2009 kupiłem pierwszego MacBooka Pro i od tej pory pracuję tylko na nich. MacBook Pro jest moim podstawowym komputerem. Podłączam go w domu (moim zapasowym, weekendowym biurze) i biurze w siedzibie IAI S.A. do Apple Led Cinema Display 27”. Mam do tego 2 komplety myszek Apple Magic Mouse i klawiatur bezprzewodowych Apple. Do tego w podróży gdy nie chcę targać laptopa oraz w domu do przeglądania stron wykorzystuję iPada z podpiętą obudową ze sprzętową klawiaturą Logitecha Ultrathin. Mój telefon to aktualnie iPhone 6. iPhone służy mi też za internet mobilny w drodze. Gdy tylko nie patrzę w iPhone, który uważam za najgenialniejszy telefon i używam go nieprzerwanie od czasu gdy tylko pojawiła się wersja 3G. Zaliczyłem kolejno wersje 4, 5 i teraz 6. W biurze mam też Apple TV, który mam podłączony do rzutnika na suficie, którym na spotkaniach wyświetlam obraz pozostałym osobom. Zawsze stawiam na ergonomię pracy, także dla pracowników. Więc podstawą jest wygodny fotel i regulowanej wysokości biurko.

Z jakiego oprogramowania korzystasz?

Głównie korzystam z Apple Maila do obsługi e-maili, których dostaję nawet 200 dziennie. Ponad to przeglądarka WWW (aktualnie Chrome, chociaż coraz częściej z Safari i FireFox). Do tego pakiet Libre Office na którym pracuje całe IAI, bo lubimy otwarte standardy. Muzyki ostatnio intensywnie słucham przez Spotify. Notatki organizuję w Evernote, zadania organizuję w kalendarzu (spiętym CalDav) na urządzeniach Apple oraz Applowskim Reminder. Podobnie korzystam z książki adresowej Apple.

Podczas pracy nad projektami IT korzystam z oprogramowania IAI które wytworzyliśmy sami oraz szeregu narzędzi programistycznych tj. Eclipse, Source Tree, Stash. Grupowo pracujemy przez MediaWiki (wersja intranetowa). Pomysły na interfejsy wyrażam poprzez Balsamiq. Korzystam też możliwie dużo z narzędzi SaaS np. DropBox i Hubic.

Jaki byłby Twój zestaw marzeń?

Mój zestaw marzeń posiadam. Całości dopełnia samochód BMW, który świetnie integruje się z iPhone i umożliwia mi jeszcze wygodną pracę nawet gdy prowadzę. Jestem szczęśliwym i spełnionym kolekcjonerem gadgetów typu słuchawki bluetooth do biegania. Korzystam też ze wszystkich możliwych gadgetów spinanych z iPhone. Np. mam wagę iHealth która przesyła do iPhone wszystkie dane biometryczne, ciśnieniomerz iHealth i kupę innych bajerów, które z założenia muszą rozmawiać ze wszystkim innym. Jednym z wartych wymienienia jest system Fibaro, którym steruję inteligentnym domem również wprost z iPhone. Staram się jednak nie kupować zbędnych dupereli, starając się inwestować w mniejszą ilość, porządnych przedmiotów które służą mi przez lata.

Videokonferencje

pfornalski

Moje biura, dom i życie prowadzę w Szczecinie. To takie miasto w Polsce, z którego wszędzie jest daleko. Jak żartuję sobie „Szczecin jest w rogu”. O ile mamy blisko do Berlina, czy Poznania oraz dobre połączenia Warszawą, o tyle inne polskie miasta takie jak Kraków, Radom czy Lublin są poza normalnym zasięgiem podróży (w jeden dzień jestem w stanie pojechać w obie strony i jeszcze się spotkać). Więc w sposób naturalny proponuję zawsze spotkanie w postaci videokonferencji, nawet gdy ktoś sam deklaruje że do mnie przyjedzie. I co ciekawe, często w odpowiedzi słyszę, że ktoś przyjedzie do Szczecina bo tak jest prościej. Prościej?!

Pisząc ten post, oczywiście pomijam sytuacje gdy omawiamy kwestie wrażliwe lub negocjuję jakiś ważny kontakt. Nie twierdzę też, że każde spotkanie należy zastąpić videokonferencją. Ale w sprawach roboczych, zwyczajnych i niepoufnych naprawdę najczęściej spotkanie można odbyć wirtualnie. Mam nadzieję, że moje doświadczenia przydadzą się także klientom IAI, którzy coraz częściej korzystają z możliwości zdalnego szkolenia, dzięki czemu pracownicy firmy klienta mogą niskim kosztem (bez drogich kosztów delegacji trenera) przeszkolić swoich pracowników wprost w miejscu ich pracy.

Przez kilkanaście lat wyrobiłem sobie na ten temat zdanie takie, że ludzie nie lubią konferencji lub nie radzą sobie z nimi z kilku przyczyn:

  1. Pierwszą i najważniejszą są problemy techniczne: słabe łącze, słaby system audio, brak kamery, brak programu Skype czy inne trudności takie jak brak przestrzeni do wideo-rozmów.

  2. Ludzie częściej kojarzą z przyczyn technicznych spotkania wirtualne z telekonferencją. A przecież duży monitor i dobre audio to już coś zupełnie innego.

  3. Kolejnym problemem może być uruchamianie połączenia innego niż 1-1 czyli np. Zaprasza się 3 osoby tylko po to aby mogły się przysłuchiwać, ale każda z osób siedzi przy swoim biurku. W efekcie cierpi na tym interakcja, rosną wymagania odnośnie dźwięku. A przecież można wyznaczyć jedną przestrzeń do tego typu spotkań – idealnie sprawdzi się sala konferencyjna i wszystkie osoby z jednej firmy mogą się przysłuchiwać.

  4. Uczestnicy spotkań wirtualnych nie przygotowują ich wcześniej – w efekcie ktoś marnuje czas drugiej strony na żałosne ustawianie parametrów dźwięku, eksperymenty z kamerą czy słuchawkami. A przecież w Skype jest opcja podglądu co widać na kamerze i jak słychać dźwięk. Przed każdym spotkaniem należy je sprawdzić. Należy też od razu podczas umawiania się wymienić się np. Loginami Skype i na spokojnie zatwierdzić je sobie dodając do książki adresowej, aby w wyznaczonej godzinie połączenia być gotowym.

  5. Kolejnym problemem jest punktualność jako taka. Umawiając się na videokonferencję należy być punktualnym identycznie jak przy spotkaniach osobistych.

  6. Wielu rozmówców nie chce się łączyć via Skype, bo albo jest to program niedozwolony w ich firmie, bo kojarzy się z chatowaniem np. ze znajomymi. A przecież to jakiś absurd, bo taką usługę lepiej wykonuje Chat na Facebooku do którego dostęp jest przez WWW. Inni boją się tego, że jak będą mieli włączonego Skype to ludzie będą do nich dzwonili bez zaproszenia. Ja osobiście uruchamiam Skype tylko chwilę przed spotkaniem i chwilę po nim, go wyłączam. To nawet bardziej wygodne niż telefon, którego nie wyłączam. Do tego mogą do mnie dzwonić jedynie Ci, których dodam najpierw do książki adresowej.

Jak widać na powyższej liście, w zasadzie wszystko oscyluje wokół braku przygotowania się do videokonferencji. Dziwi mnie często z jak słabym sprzętem mam doczynienia gdy ktoś po drugiej stronie Skype ledwie mnie słyszy w słuchawkach a ja jego, bo firma zakupiła mu sprzęt za 15zł. A z drugiej strony bez problemu wysyła się tę osobę w podróż która kosztuje firmę 1000zł.

Jak sprawę videokonferencji rozwiązałem ja? Po latach różnych rozwiązań mam obecnie na biurku Apple LED Cinema Display 27” czyli monitor taki jak iMac 27” z tą różnicą że podpinam do niego laptopa. Jego wadą jest cena przekraczająca 4000zł brutto, ale to wydatek który się opłaca. Oprócz doskonałej jakości obrazu, zyskuje się świetnie rozwiązany system audio (genialne głośniki i mikrofon, które nigdy się nie sprzęgają) oraz doskonałej jakości kamerę i to wszystko w jednym. Oczywiście taki zestaw można sobie zmontować samodzielnie w postaci głośników, mikrofonu i kamery i do tego dobry monitor 27”. Cały zestaw nie przekroczy ceną 1600zł. Niektórzy powiedzą że to dużo. Ale ile kosztowała Twoja ostatnia delegacja 500zł na pewno? Z doświadczenia mogę napisać, że do videokonferencji świetnie sprawdza się wszelki sprzęt Apple, czyli iPady, MacBooki czy iMac. Warto to wziąć pod uwagę wybierając sprzęt osobom, które będą miały potencjał do spotkań. Jeżeli kupisz któreś z tych urządzeń, to już praktycznie problem video-konferencji masz rozwiązany. Oczywiście wszystko to należy zamontować tak, aby było zawsze gotowe do spotkania. Obecnie mam ten luksus że dysponuję własnym dużym gabinetem, więc gdy przychodzi godzina spotkania o której przypomina mi z wyprzedzeniem kalendarz, włączam Skype, sprawdzam wszystko raz jeszcze i czekam na połączenie. Nie muszę nigdzie iść.

Gabinet Paweł Fornalski w IAI

Mój gabinet w IAI - za okno na świat podczas videokonferencji robi mój Apple LED Cinema Display 27". Widok jest taki jak by moi rozmówcy siedzieli przy podłóżnym stole.

Jeżeli ktoś nie dysponuje aż tak komfortowymi warunkami, to koniecznie rekomenduję przystosowanie sali konferencyjnej lub jakiegoś kąta do spotkań wirtualnych, tak aby każdy pracownik który potrzebuje przeprowadzić spotkanie (np. Szkolenie dla klienta), mógł skorzystać z takiej sali i mieć pewność że wszystko przebiegnie bez problemu. Najlepiej jeżeli ten sprzęt będzie używany jedynie do tego.

Videokonferencja - szkolenie klienta w IAI

Jedno z wielu szkoleń dla klientów w IAI uchwycone na aparacie. Zestaw do szkolenia i video-konferencji jest stale dostępny i gotowy do wykorzystania. A to tylko 1 z 3 pokoi konferencyjnych.

Jest jeszcze jedna korzyść jaką widzę będąc poważnie zajętą osobą. Podczas videokonferencji pomija się etap chit-chat szybko przechodząc do sprawy. To taki etap w którym mówi się jakie to drogi się buduje, jak źle było w pociągu i ogólnie co słychać. To oczywiście fajne, żeby tak sobie porozmawiać, ale jeżeli zaczniesz być osobą poważnie zajętą, to będziesz się cieszyć z urwanych 15 minut na początku spotkania i 5-10 na koniec dzięki czemu to co załatwiasz w godzinę (pomijając dojazd) załatwisz w 30 minut.

p.s. Zadbaj też o jakieś w miarę profesjonalne tło za plecami. Niefajne są okna które powodują że nie widać rozmówcy, tablice z przywieszonymi kartkami itp. Jestem pewien, że masz takie ujęcie w którym wyjdziesz dobrze, a i twoje otoczenie będzie wyglądało korzystniej.

Fejsbukizacja społeczeństwa

pfornalski

Od kilku miesięcy zmniejsza mi się czas spędzany na Facebooku. Ba, od kilku tygodni mam wręcz do niego awersję. Nie chodzi tu bynajmniej o reklamy, timeline czy inne zabiegi twórców serwisu aby mnie zatrzymać na dłużej. Oczywiście na Facebook jestem obecny, nawet publikuję informacje. Nadal też uważam, że to świetny system komunikacyjny. Bynajmniej jest on dla mnie tym, czym jest oglądanie gazety Fakt – tanią i tępą beletrystyką.

Na początku sądziłem, że to ze mną jest coś nie tak, że jestem jakiś dziwny. Kiedyś byłem wielkim fanem Facebooka, a dzisiaj zaliczam go niczym osoba, która z obrzydzeniem ogląda polskie wiadomości polityczne w TVPaństwowej. Zacząłem obserwować sposób w jaki wielu moich znajomych przebywa na Facebooku i jak go używa. Większość z nich, po prostu się na niego gapi, bezmyślnie przeglądając każdą opublikowaną przez znajomych bzdurę. Taki system działa dosyć dobrze, pod warunkiem, że nie masz zbyt wielu znajomych. Wtedy jaskrawość bezmyślności większości postów staje się nader jaskrawa. Z moich obserwacji wynika, że mój News feed (po wielu latach trenowania go, że wszelkie informacje z gier mają być odfiltrowywane) składa się głównie z:

  • Zdjęć nic mi nie mówiących – np. mój bobas. Nie mówię tu o pojedynczym zdjęciu, że komuś urodziło się dziecko.

  • Zdjęć obiadów i innych posiłków – no fajnie, ale zrobiłeś tylko sałatkę grecką i to tandetnie. Po co umieszczać ją na moim news feed?

  • Nic nie mówiących wpisów - „Dzisiaj miałem ciekawe przemyślenia” - i co? Mam się zapytać w komentarzu dlaczego, abyś napisał?

  • Powielanych w kółko tych samych wirali, za to bez osobistego komentarza jak się na tą sprawę zapatrujesz

W efekcie, Facebook zamiast poszerzać moją wiedzę o świecie zaczął ją zawężać. Zresztą mam wrażenie, że sam Facebook to obserwuje i jego inteligentne algorytmy wyświetlają mi już niemal tylko to samo co moje RSSy. Mam obecnie 563 znajomych dodanych i to są rzeczywiście moi znajomi. Osoby zainteresowane tym co publikuję mogą mnie subskrybować i takich osób mam 207. A zatem 563 znajomych powinno opublikować coś ciekawego? Otóż wychodzi na to, że stosunek czasu spędzanego na czytanie bzdur do ilości znalezionych ciekawych rzeczy jest tak niewielki, że zwyczajnie inwestowanie mojego czasu w Facebooka się nie opłaca. Zresztą po co dzisiaj szukać samodzielnie informacji, czy nawet poszukać w przeszłości odpowiedzi. Facebookiem żyje się tu i teraz. Jeżeli nie mam czegoś na News feed to po prostu zapytam się znajomych i niech oni mi wskażą odpowiedź. Tylko, że już pod takimi prośbami coraz mniej jest odpowiedzi, bo przywykliśmy do gotowych odpowiedzi, powielania schematów. I przyznam, że nawet ja w to wpadałem systematycznie używając Facebooka.

Potem przeczytałem o czymś takim jak bańka poznawcza (Filter Bubble – patrz wystąpienie Eli Pariser na TED). Rysa na szkle została zrobiona i zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem Facebook mnie nie ogłupia, sprowadzając do czytania tego co już wszyscy wiedzą i przetworzonego do 1-10 wyrazowych tekstów? Zresztą nie obrażając nikogo, ale średnia inteligencja jest niższa od poziomu elity i wyższa od poziomu ogółu. Stąd zacząłem po prawie 2 letniej przerwie zamiast spędzać czas na Facebooku, znowu czytać książki. I wiesz co? Im więcej ich czytam, tym mniejszą ochotę mam na czytanie Facebooka. Czemu? Bo na przygotowanie książki autor poświęca co najmniej kilka lat swojego życia. Tekst jest wielokrotnie redagowany, upraszczany, badany itp. Dzięki temu wydając na książkę 30-50zł kupuję ogromną ilość wiedzy. Czytając Facebooka, nic za niego nie płacę, ale przemyślenia powstają krócej niż trwa ich czytanie. I oto cała różnica. Publikowanie na Facebooku, nic nie kosztuje. Każdy może pisać co chce, bez szanowania czasu innych. Średnia ilość czasu jaką spędza użytkownik Facebooka oglądając sałatki, dzieci i inne głupoty wynosi 8 godzin na tydzień. A ponieważ na oko połowa użytkowników prawie nic nie pisze i nie czyta, możemy przyjąć, że aktywny użytkownik Facebooka spędza 16 godzin tygodniowo na jego czytaniu, pardon oglądaniu. Oznacza to, że skracając czas do 2 godzin, byłby w stanie czytać około 1-2 książek na miesiąc. Oczywiście, nie samymi książkami człowiek żyje, bo wiedza w nich jest skondensowana, ale i zazwyczaj niezbyt aktualna. Dlatego moja dieta na tą chwilę wygląda mniej więcej tak:

  • Facebook – przeglądam go 1 raz dziennie w celach prywatnych i 2-3 razy dziennie w celach służbowych. Wchodzi w to publikowanie informacji o IAI, odpowiedzi na komentarze użytkowników, śledzenie paru grup – łącznie nie przekracza to 15 minut dziennie, przy czym w weekendy w ogóle nie zaglądam na Facebooka.

  • E-maile – to główne źródło informacji bieżących – na nie spędzam nawet 4 godziny dziennie, w weekendy głównie sprawdzam je na iPhone spędzając około 15 minut. Lubię takie podsumowania jak tygodniowe podsumowanie z Wykop.pl Dzięki niemu zamiast siedzieć w kółko w serwisie, dostaję zbiór kilku najlepszych materiałów, które mogę obejrzeć w wolnej chwili.

  • RSS – to dla mnie główne źródło wiadomości. Po co mam śledzić Facebook, aby wiedzieć czy moje ulubione blogi i serwisy coś opublikowały? Na czytanie RSS spędzam nawet 30 minut dziennie, a weekendy około godziny.

  • Strony WWW i Filmy np. z Youtube– materiały z książek staram się zawsze pogłębiać o czytanie stron producentów softu, hardware itp. Robię to zazwyczaj poza godzinami biurowymi, zamiast przysłowiowego „M jak miłość”. Pomaga mi w tym „Reading List” który synchronizuje mi się pomiędzy Safari na Mac i iPhone. Dzięki temu jak na coś natrafiam ciekawego, a nie mam czasu tego przeczytać, dodaję do Reading List i czytam w wolnej chwili. Ponieważ lista prawie nigdy nie jest pusta, po prostu otwieram ją i czytam lub oglądam coś pierwszego z listy. Zalecam przy tym czytanie serwisów tematycznych. Dlatego np. Webhosting.pl czy eKomercyjnie.pl zwiedzam przynajmniej raz w tygodniu.

  • Książki – czytam je przeciętnie około 6 godzin tygodniowo.

Dzięki tak urozmaiconej diecie mam pewność, że nie zostaję sprowadzony do średniej inteligencji ludzi, których spotkałem i mogę mieć zawsze odmienne spojrzenie. A przecież aby stworzyć dobry produkt, trzeba mieć odmienne spojrzenie. Mam też poczucie elitarności, w której Ci co piszą coś sami i mają coś więcej do powiedzenia niż „A widziałeś na fejsie zdjęcie Janka pod piramidami?”, są w coraz bardziej elitarnym klubie.

I na koniec może banał, ale również prośba do czytelników tego bloga – nie komentujcie postów na blogach, których nie przeczytaliście do końca plus nie przeczytaliście komentarzy. Rozumiem, że Facebook przyzwyczaja do tego, że szybciej jest coś napisać, niż przeczytać, ale komentarze zaczynające się od „nie wiem czy ktoś o tym już pisał, bo nie chce mi się czytać tych wszystkich komentarzy, ale ...” są żałosne i raczej świadczą o niskim intelekcie. Po co piszesz komentarze, skoro nie czytasz komentarzy innych? Nie jest niczym złym niedoczytanie artykułu do końca. Ja jednak nigdy nie komentuję artykułu, którego nie przeczytałem do końca.

Czy sklepy internetowe przyjmują się powoli?

pfornalski

Wzrost branży sklepów internetowych notuje dynamikę od kilkunastu do kilkudziesięciu procent rocznie. Wydawać by się mogło, że to niewiele, bo ciągle mniej ludzie kupują przez Internet niż poza nim. Warto jednak popatrzeć na to z nieco innej perspektywy. Gdy oceniamy tempo z perspektywy miesięcy czy nawet paru lat, tempo wydaje się być niewielkie. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę historię naszej cywilizacji, zakupy internetowe przyjmują się w zawrotnym tempie.

Na początek przyjrzyj się historii piśmiennictwa i Internetu, które nieodłącznie towarzyszy transakcjom handlowym. Pierwsze pióra (patyczki bambusowe) zaczęły być używane raptem 2500 lat temu. Najstarsze pióra tego typu były używane około 5000 lat temu. Na ptasie pióra do pisania ludzkość czekała około 400 lat (100 r. p.n.e.) i wynalazek ten był używany przez kolejnych 1900 lat! Nawet konstytucja stanów zjednoczonych (z roku 1787) była napisana ptasim piórem. Pod koniec 18 wieku wymyślono wieczne pióra (takie z metalową stalówką maczane w kałamarzach). Takie pióra ze szkół pamiętają jeszcze moi rodzice, którzy chodzili do szkoły w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Długopis wtedy był niesamowitym luksusem, podczas gdy ja w szkole pisałem już tylko długopisami. Niemniej w podstawówce siedziałem jeszcze w ławce, która miała okrągły otwór na kałamarz. Pierwszy patent na komercyjny długopis pochodzi z roku 1943 i wtedy powstały pierwsze seryjnie dostępne modele długopisów, czyli ludzkość czekała na nie 160 lat. Oczywiście były już wtedy na rynku maszyny do pisania (wynalezione w 1868), ale ich cena i możliwość przenoszenia wykluczała je z powszechnego użytkowania poza biurami i gabinetami.

W roku 1976 (27 lat później niż długopis) powstała pierwsza komercyjna drukarka laserowa które zaczęła wypierać maszyny do pisania, a dopiero w 1981 powstał pierwszy komputer z graficznym interfejsem (Xerox Star) kosztujący majątek (od 12000$ dolarów, czyli przeliczając na dzisiejszą wartość pieniądza około 80-100 tys. zł za komputer). A zatem dopiero w roku 1984, gdy trafił do sprzedaży Apple Macintosh w cenie i tak niemałej (na dzisiejsze pieniądze około 16 tys. zł). Nic dziwnego, że zatem dopiero w 1995 roku rewolucja dokonała się za pomocą Microsoft Windows 95, który wprowadził naprawdę tani komputer z interfejsem graficznym do niemal każdego domu. Windows 95 był pierwszym powszechnym dla przeciętnego użytkownika systemem operacyjnym z możliwością pracy w sieci (pomijam Linuxa który do tej pory nie jest powszechny w użyciu).

Samo WWW również ma dynamiczną historię. Pomijając sieć ARPA wynalezioną na początku lat 60-tych XX wieku, to WWW zaczęło się dopiero 30 lat później. W roku 1990 (22 lata temu) Tim Berners-Lee stworzył pierwszy serwer i przeglądarkę WWW dając możliwość tworzenia stron internetowych, ale aż rok później, w 1991r. trafiła ona do publicznego użytku. Czy komuś się to podoba, czy nie, ale to Microsoft z Windows 95 otworzył w ogóle możliwość powstania rynku e-commerce wprowadzając system z graficznym interfejsem, siecią, wielozadaniowością i nawet wbudowaną darmową przeglądarką WWW zdolną do prezentacji grafiki. To jemu osobiście zawdzięczamy stworzenie możliwości powstania odpowiedniego ekosystemu kupujących w Internecie. Zbieg okoliczności, ale dopiero 1995r. powstał Amazon, a w 1996r. Ebay. Pierwszy system sklepu internetowego powstał raptem w 1994r. W roku 2007 Apple wprowadziło na rynek pierwszy powszechny smartfon (iPhone) upowszechniając mobilne przeglądanie stron WWW, z którego dzisiaj jako jedynej formy używania internetu w USA korzysta nawet 30% ludzi.

 

Podsumujmy:

  • 200 tys. lat człowiek (Homo sapiens) potrzebował aby wymyślić, że można czymś pisać
  • 4900 lat człowiek potrzebował aby wymyślić, żeby pisać ptasim piórem
  • 1900 lat człowiek potrzebował aby wymyślić i używać wiecznego pióra
  • 160 lat człowiek potrzebował aby wymyślić i używać długopisu
  • 41 lat człowiek potrzebował aby zacząć redagować pisma na komputerze
  • 11 lat człowiek potrzebował aby upowszechnić Internet i strony WWW
  • 12 lat człowiek potrzebował aby zrobić porządną przeglądarkę mobilną i system umożliwiający mobilne zakupy w Internecie
  • 4 lata minęły i mamy rok 2012 w którym piszę ten artykuł

Patrząc na badania w których zakupy internetowe osiągają już imponujące obroty, liczone w miliardach i wpływają na jednocyfrowe procenty gospodarek, trudno nie odnieść wrażenia, że żyjemy w bardzo ciekawych czasach, w których postęp niesamowicie przyśpieszył. Jeżeli ktoś kto obserwuje e-commerce uważa, że wszystko rozwija się za wolno, niech spojrzy na moje podsumowanie. Czy rzeczywiście wszystko idzie za wolno? Czy społeczeństwo jest w stanie jeszcze szybciej zmieniać całkowicie swoje przyzwyczajenia?

Budowanie firmy trwa lata, gałęzi przemysłu dziesiątki lat. Tworzone dzisiaj sklepy internetowe mają szansę za kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat byś w takiej pozycji w jakiej dzisiaj są właściciele sieci hipermarketów, które notabene zostały również wymyślone 90 lat temu! Mam nadzieję, że ten post zmotywuje do patrzenia na swój biznes dalej niż rok do przodu i przekona sprzedawców internetowych do tego, że warto trwać i cieszyć się nawet 30% wzrostem sprzedaży mierzonej rok do roku. 30% wzrostu przez 10 lat rok do roku daje prawie 14-krotny wzrost w ciągu 10 lat!

Internauci vs. reszta świata

pfornalski

Wbrew pozorom nie będzie o ACTA. Dzisiaj będzie o nich, podstępnych szczurach kryjących się w kanałach, uciekających przed obywatelami normalnego społeczeństwa – o internautach. Kim oni są? Nie wiem, ale muszę ich spotkać. Nawet dziennikarze siedzący w radiu, których klikanie myszkami przy audycjach radiowych słychać na antenie nie wiedzą tego. Ja jednak postaram się ich kiedyś wytropić. Z badań polskiego internetu wynika, że z Internetu korzysta dzisiaj prawie 17 milionów Polaków. A więc czy internauci kryją się wśród pozostałych 21 milionów, czyli dzieci, emerytów i wykluczonych społecznie. A może internauci to kloszardzi kryjący się w kanałach, albo Pan, który podstępem wykrada mi z kosza aluminiowe puszki?

Dla Jarosława Kaczyńskiego Internauci to ludzie oglądający pornografię i pijący piwo przed komputerem. To dobrze, że dzisiaj większość czasu korzystając z Internetu spędzam używając iPhone, Kindle, telewizora, telewizji cyfrowej „n”, słuchając radia internetowego. Mimo iż na polityków z nazwiskiem Kaczyński reaguję nerwowym swędzeniem nogi co powoduje mimowolny skurcz do kopa, to chyba zaczynam się z tym zgadzać. Czas spojrzeć prawdzie w oczy – Internet stał się tym czym są drogi publiczne. Nie może być nieuregulowaną prawnie przestrzenią jak niegdyś dziki zachód. Czas skończyć z dyrdymałami w rodzaju prawa do anonimowości. Nikt takiego prawa nie daje żadnemu obywatelowi, w żadnym państwie. Każdy z nas ma swoją unikalną twarz, osobowość, PESEL, dowód osobisty itp. Nie jesteśmy anonimowi w rzeczywistości, więc czemu w sieci mamy być anonimowi, ściągać co nam się podoba płacąc za to tyle ile nam się podoba, czyli nic? Korzystam z Internetu średnio 10 godzin na dobę, taką mam pracę. Więc dlaczego przez 10 godzin dziennie mam być wyjęty spod prawa, by jadąc potem 10 minut do domu samochodem przestrzegać bardzo precyzyjnie uregulowanego kodeksu drogowego? A może ja chcę jeździć po lewej stronie i przejeżdżać na czerwonym, a stać na zielonym?

Ludzie od dawna umawiają się na jakieś normy, dzięki czemu nie muszą tracić energii na walkę z innymi, mogą być bezpieczniejsi a w efekcie korzystają na tym mogąc np. jechać 140km/h na autostradzie w nocy, będąc pewnym, że nie wpakuje się w nich czołowo ktoś kto postanowił jechać w inny sposób.

Im szybciej skończy się z anonimowością i brakiem konsekwencji za działania w Internecie tym lepiej dla wszystkich. Jeżeli tak jak ja, masz coś do powiedzenia, to krew Cię zalewa, gdy ważysz każde słowo, podpisujesz to na końcu swoim nazwiskiem a na koniec jakiś internauta przychodzi i z anonima jedzie Cię po całości. Dlaczego w małych miejscowościach ludzie są dla siebie mili, a w miastach już nie? Kwestią kluczową jest anonimowość. Internet to jeszcze większe miasto, w którym każdy chodzi w masce i czapce niewitce. Świetnie obserwowałem zmianę tonu komentarzy na eKomercyjnie.pl. Wcześniej były tam komentarze serwisu, bez rejestracji czy weryfikacji. W efekcie ilekroć udzielałem jakiegoś komentarza dla Krzyśka Bartnika czy napisałem jakiś artykuł, banda troli odkładała pornosa i piwko, tylko po to aby dokopać mi z ukrycia. Doszło do tego, że napisałem e-mail do Krzyśka Bartnika, że jeżeli nie wprowadzi komentarzy Facebook, nigdy więcej nic dla niego nie napiszę. Jakiś czas później takie komentarze się skończyły. Każdy wpis skojarzony jest przez Facebook z Twoją tożsamością i historią. Każdy widzi Twoje imię i nazwisko. Ilość komentarzy spadła drastycznie. Kiedyś pod każdym artykułem było po 20, obecnie średnio to 0-3. Czy to źle? Dla mnie absolutnie nie, bo wiem, że jeżeli ktoś coś pisze to pisze to z pełną odpowiedzialnością. Oczywiście komentarze Facebook też nie są idealne, bo każdy może założyć sobie konto fikcyjne, a możliwość ukrycia szczegółów profilu przed nieznajomymi powoduje, że konto bez historii jest nie do odróżnienia od osoby, która chce ukryć swoją tożsamość. Niemniej to już krok pokazujący jak wiele może zmienić to, gdyby pewnego dnia każdy z nas był np. podpisany unikalnym adresem IPv6 z którego się łączymy, a nadawanym obok PESELu. Internet zmieniłby się nie do poznania.

W Internecie zbyt wiele mają do powiedzenia ludzie, którzy nie mają nic do powiedzenia. Starają się zbudować lepsze ja, chwaląc się na swoim FB jedynie sukcesami, dokopując innym w ten sposób aby nie można było dokopać im. To zniechęca ludzi mających jakkolwiek rozpoznawalne nazwisko do aktywności. Podając przykład z własnego podwórka. Np. na grupie na Facebooku gdzie spotykają się nasi klienci jedną z najaktywniejszych osób jest Andrzej K. którego firma jest nam winna na dzień dzisiejszy 6057,90zł netto i ma zablokowany sklep od 413 dni. A zatem nie ma od 1,5 roku możliwości sprawdzenia o czym w ogóle pisze. Nie przeszkadza mu to jednak komentować bieżących wydarzeń i uchodzić za eksperta od naszego systemu. Czyż umieszczenie takiej informacji obok jego komentarzy nie zmienia o 180 stopni opinii na temat jego wiarygodności? Bez takiej informacji, wszyscy inni czytający go, uważają, że on nadal używa naszego systemu i wie co mówi. Na spotkaniach branży e-commerce wypowiadają się ludzie z korporacji mających znane marki, ale ich biznesy internetowe generują 10000zł przychodu miesięcznie. Jeszcze inni, którzy dają rady na temat SEO, nawet nie zmieniają domyślnych meta-title w swoim sklepie. Nie wierzysz, że ludzie mogą być tak zajęci gadaniem, że nie mają czasu na takie rzeczy? Wpisz w Google „MODERACJA \ SEO”.

Cały ten śmietnik anonimowości powoduje, że zamiast 3 wartościowych komentarzy, musimy przemieścić się przez 300, czego w praktyce nikt nie robi. Dochodzi do tego, że np. ludzie piszą w komentarzu „(...)Nie wiem czy ktoś to już poruszał, bo za dużo tu komentarzy, żeby wszystkie ogarnąć (...)” (przykład z mojego ostatniego wywiadu dla Antyweb.pl). A więc jest za dużo tego wszystkiego aby to przeczytać, więc napiszę jeszcze raz to samo. Ludzie traktują Internet jako miejsce do pisania, a nie czytania? Chętnie bym poczytał np. co mają do powiedzenia na temat ACTA ludzie z branży muzycznej. Jak takiej informacji poszukać? Dzisiejsze wyszukiwarki nie dostarczą Ci takiej informacji. W każdej sprawie chętnie bym przeczytał co myślą inni prezesi spółek giełdowych, ale również chętnie bym przeczytał zdanie pani, która żyje za 1000zł miesięcznie renty mając 4 dzieci na wychowaniu. Dzisiejszy Internet nie daje mi takiej możliwości. Anonimowość zniechęca mnie do poszukiwań. W efekcie siedzę na Facebooku i ograniczam się do bańki poznawczej moich własnych znajomych, którzy są ograniczeni do bańki poznawczej swoich własnych znajomych. Dochodzi do tego, że jak czegoś nie wrzucą ludzie na Facebook, to nie da rady się przebić.

W świecie rzeczywistym nauczyliśmy się wyciągać wiele wniosków ze sfery pozawerbalnej. Gdy widzimy, że sprzedawcę obraża się stara babińka trzymająca 10 reklamówek, w podartych i śmierdzących ciuchach raczej nie traktujemy jej jako eksperta. A jeżeli ta babińka stanie się internautą i zacznie rozpowiadać opinie o jakimś sklepie internetowym? Czy bez kontekstu i jej danych jesteśmy w stanie wychwycić psychopatę? Dotarliśmy do miejsca w rozwoju Internetu, z którego nie ruszymy dalej bez jasnej i czytelnej cyfrowej tożsamości, połączonej z tą rzeczywistą.

Czasami w audycjach radiowych, w których wskazuje się na onych Internautów, daje się słyszeć pytanie – czy można wymyślić coś większego niż Facebook? Tak, można – można wymyślić cyfrowy ślad i stworzyć nową generację wyszukiwarek. Będzie to milion razy ciekawsze niż śledzenie zdjęć dzieciaków i obiadów wrzucanych przez 400 znajomych na Facebooku. Wreszcie, czy anonimowość jest potrzebna aby obejrzeć film porno? Może im szybciej nie będziemy się kryli za kwefami nicków tym szybciej do ludzi dotrze, że obejrzenie filmu porno, czy zdjęcie stanika na plaży są tak samo naturalną potrzebą jak wypicie porannej kawy po której idziemy zrobić kupę. Czy boję się utraty anonimowości? Ani trochę. Bo najlepszą obroną przed wykradzeniem moich tajemnic jest ich brak.

Zmieniam zdanie i nie polecam już SaaS wszystkim

pfornalski

Zbliża się nieuchronnie koniec roku. A więc przychodzi czas refleksji i przemyśleń co chcę w kolejnym roku zmienić w swojej pracy. Zacząłem zastanawiać się dla kogo właściwie są systemy które tworzymy w IAI? Zastanawiając się nad tym głębiej, stwierdziłem, że chyba łatwiej mi stwierdzić dla kogo IAI nie jest.

W ostatnim czasie nasz konkurent I-Sklep (Ci sami którzy się wygłupili w reklamach – patrz post „Zanim zaczniesz się porównywać do konkurenta, upewnij się czy się nie ośmieszysz”) odgrzebał swoją reklamą znany sprzed kilku lat spór – czy tworzyć własny kod czy korzystać z platformy sklepowej w chmurze. Szczerze mówiąc myślałem, że nikt w roku 2011 nie znajdzie dobrych argumentów za własnym kodem utrzymywanym samodzielnie, podobnie jak dzisiaj nikt nie stara się udowodnić że ziemia jest płaska. Czy ludzie dalej są w stanie nabrać się na zaprzeczanie strategii S&S gdy nie ma abonamentu (S&S od Sprzedaj i Spieprzaj). Ale cóż. W całkiem zgrabnie przygotowanych reklamach straszą wadami posiadania systemu w chmurze. Same argumenty są mało sensowne i ja to widzę na odwrót np. w pierwszej scenie pojawiają się 2 samochody, ktoś kto ma abonament rzekomo ma gruchota, a ktoś kto ma własny ma super-nowy samochód. Jest jednak dokładnie na odwrót, ten kto ma system w chmurze, ma go codziennie aktualizowanego i jeździ najnowszym samochodem. W drugiej scenie pojawia się to, że ktoś podmienia mu samochód na który wydał pieniądze z powrotem na gruchota. To chyba jakiś absurd. To raczej ktoś kto ma system na własność jeździ tym samym samochodem przez lata, a ktoś kto korzysta z chmury ma codziennie najnowszą furę, w której elementy tuningu są codziennie instalowane do jego nowego auta. Całość możecie sprawdzić na www.znajdzroznice.pl

I docieramy powoli do puenty. Dla kogo IAI czy inne systemy w chmurze nie są? A no dla tych, którzy mają luźny garnitur dwurzędowy sprzed paru lat, bo stare było najlepsze. W swojej kieszeni mają starego Dancala zamiast iPhone 4S, bo przecież te stare telefony były najlepsze, najbardziej niezawodne itd. Co więcej, lepiej jeżeli mogą już mieć umowę z operatorem GSM na czas nieokreślony, bo nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie im zrezygnować. W drugiej kieszeni, mają kalkulator, taki analogowy, bo przecież to co stare i sprawdzone powinno być, a nie ma to jak kalkulator na własność a nie jakaś aplikacja w iPhone. Ci sami ludzie zaciągają kredyt aby zatrudnić na etat drugą księgową, gdy pierwsza udaje się na urlop macierzyński, bo po co zlecić swoją księgowość do biura rachunkowego. I nie jest mi przykro, jeżeli takie tezy wygłasza moja prawie 90-letnia babcia. Przykro mi, gdy tak myślą mentalni starcy mimo rzeczywistych 40 lat jakie minęły od ich urodzenia. Dla takich ludzi IAI czy inne systemy SaaS są nieodpowiednie.

Przed oczami mam już nawet ułożoną reklamówkę: siedzi w sklepie internetowym kupa ludzi i pieczołowicie przenosi dane pomiędzy skryptem sklepu a programem do fakturowania, a następnie przepisują to skrupulatnie do programu firmy kurierskiej z której drukują etykiety. Każdy się bardzo stara, a szef wymyśla nowe metody jak można usprawnić ich pracę np. rano wydaje polecenie, aby przychodzić jedynie w krótkim rękawku, bo długie zahaczają o brzegi kartonów. Liczy się przecież utrzymanie status quo, w którym można nagradzać tych którzy każdego dnia jeszcze lepiej robią to co robili przez ostatnich 5 lat. Najlepiej przenieść firmę na jakieś tereny gdzie do niedawna królowały PGRy. Tam ludzie nie podskoczą i nawet bezsensowną pracę będą wykonywali w kółko, bez zmian przez lata i nie podskoczą.

Nostalgia za przeszłością jest oczywista. Sam lubię, czasami powspominać, ale raczej nie stare narzędzia, ale np. dawnych znajomych, przerwy w podstawówce i strzelanie z procy, ale nie stary telefon czy komputer. Klienci którzy dają się łapać na hasła, że własne jest lepsze, nabierają się na to, że olbrzymi zestaw narzędzi, który zaoszczędza w stosunku do typowego programu 95% czasu to rzecz dana i objawiona raz na zawsze i we własnym kodzie pojawi się w przyszłości sama, bez problemów i kosztów tak jak ma to miejsce w SaaS. Dzisiejsze systemy SaaS oferują tyle funkcji ponieważ były tworzone w jednej wersji przez szereg lat. Nawet jeżeli jakaś firma skopiuje całą funkcjonalność IAI-Shop.com, za parę lat taki system będzie tak archaiczny jak ten, którego by nie wymienili od roku 2003 w porównaniu np. do IAI-Shop.com. Patrząc wstecz łatwo zobaczyć postęp. Patrząc w przyszłość trudno sobie wyobrazić co jeszcze można wymyślić, więc niektórym przychodzi do głowy, że pewnie nic nowego już się nie pojawi, więc warto porzucić ścieżkę rozwoju na rzecz kultywowania status quo. W IAI mamy pasję postępu, rozwijania i stałego udoskonalania. W firmach które kopiują to co widzą tego nie ma. Czemu nie jeździsz chińskim samochodem? Przecież wygląda tak samo jak niemieckie czy japońskie?

Telefon Dancal

To był mój pierwszy telefon GSM. Wszystkie jego funkcje opanowałem w 1 dzień. Dla mnie jest symbolem jak wiele zmieniło się przez 14 lat czyli dokładnie tyle ile tworzę już systemy internetowe. Wtedy wydawało się, że telefon ma już wszystko. Dzisiaj wiem, że nie miał prawie nic.

Mam dla wszystkich szukających stabilizacji złą wiadomość. Internet jest i jeszcze długo będzie najbardziej dynamicznym środowiskiem, w którym w zupełnie nieprzewidywalny sposób pojawiają się nowe trendy. Dla tych, którzy uważają inaczej, IAI rzeczywiście nie jest dobrą ofertą, bo pokusa utrzymania status quo, braku potrzeby adaptacji i uczenia się nowych funkcji jest duża dla pewnej grupy ludzi.

I każdy system jest odzwierciedleniem swojego założyciela, praktycznie ojca. Ja jestem osobą która nie znosi posiadania tysięcy niepotrzebnych rzeczy. Wolę mieć ich mniej a wysokiej jakości. Lubię mieć iPhone w kieszeni, który zastępuje mi GPS, MP4kę, kalkulator, aparat fotograficzny z kamerą i tysiąc innych rzeczy. Nie przeraża mnie możliwość zgubienia, bo robię regularny backup i potrafię zadbać o moje narzędzia. Lubię mobilność i dynamikę rozwoju. Nie znoszę stagnacji i robienia czegoś w kółko tak samo (patrz post „Innowacja to nie wynalazczość”). I tak postrzegam swoją pracę. Więc chyba czas przestać powtarzać, że SaaS i chmura jest dla każdego. Dla ludzi, którzy noszą w drugiej kieszeni kalkulator analogowy nie jest! Szukam klientów, którzy myślą podobnie, pozostałych chętnie oddam konkurencji, bo za kilka lat ja zostanę z klientami, których biznesy się rozwiną, a oni zginą razem z umierającymi dinozaurami biznesu jakich przyciągną.

Dwulicowość klienta na przykładzie świateł

pfornalski

Ostatnio mój znajomy dostał mandat, za niewłączone w dzień światła w samochodzie. Abstrahując od tego czemu w ogóle w Polsce mamy takie przepisy, chciałem uczynić to wydarzenie kanwą dzisiejszego posta. Otóż ten znajomy, wielce się zdziwił, kiedy pokazałem mu jak rozwiązana została kwestia świateł w moim Mercedesie. Nie powielając tu instrukcji obsługi, są trzy podstawowe tryby pracy:

  1. manualny - taki jak w każdym samochodzie

  2. auto - jeżeli ściemnia się na dworze, światła same się włączają

  3. stały – światła same zapalają się po włączeniu silnika i gasną po jego wyłączeniu

Te 3 tryby rozwiązują cały problem świateł. Jak tylko wprowadzili te idiotyczne przepisy o paleniu lamp cały czas, wszedłem w setup samochodu i włączyłem tryb stały. To wyeliminowało całkowicie ryzyko dostania mandatu.

Mecedes C-Klasse włącznik świateł

Tak wygląda włącznik świateł w moim Mercedesie C-klasse. Światła są cały czas w pozycji 0, czyli wyłączone. Mimo to komputer po każdym włączeniu silnika sam je włącza i przy wyłączaniu silnika wyłącza.

Nie chciałem się jednak chwalić tym jaki fajny samochód mam, który przecież jest dosyć drogi i nie każdy może sobie pozwolić na zakup takiego. Zastanawia mnie jednak, dlaczego takiego systemu nie ma każdy samochód? Nie jest to przecież jakiś szczególny super-bajer. Eliminując tryb auto, który dla mnie nigdy nie był przydatny, program na obsługę lamp mógłby napisać każdy bardzo początkujący programista. W czym zatem problem, żeby taki program dodać do komputera pokładowego każdego samochodu, który teraz jest sprzedawany i był sprzedawany w ostatnich latach?

Szczerze mówiąc nie wiem. Patrząc jednak na tempo rozwoju wszystkiego co wykracza poza komputery PC odnosi się wrażenie że konsumenci żyją w 2 światach. Z jednej strony są w stanie płacić po kilkanaście tysięcy złotych za proste bajery do swoich samochodów i wszystkiego off-lineowego. Z drugiej strony ci sami konsumenci, domagają się kolejnych opcji w programach na komputery PC lub w web-aplikacjach. Doświadczam tego sam, jako architekt IAI-Shop.com. W tym samym dniu w którym mojemu znajomemu pokazywałem jak rozwiązano światła w Mercedesie i stwierdził, że jest to genialne, jednemu z moich klientów musiałem tłumaczyć, że system wspomagający podejmowanie decyzji których produktów jest za dużo, których optymalnie, a których za mało nie jest trywialną sprawą i nie wprowadzimy go na za 2 miesiące za 200zł. Przy tym jeżeli taki system kosztowałby w samochodzie 1000zł, to jakoś nikogo by to nie zdziwiło. Jeżeli jednak na rynku funkcjonowałby system analizujący stany magazynowe i realizował tę 1 bardzo skomplikowaną funkcję, kosztując przy tym 1000zł to uznany byłby za zbyt drogi i prymitywny. Gdzie w tym wszystkim logika?

p.s. Od razu sobie przypomniałem argument lamerów, że systemy samochodowe nie psują się co chwila i nie trzeba co chwila wyłączać i włączać samochodu aby działały. Niby trudno się z takim argumentem zgodzić. Jednak co jakiś czas samochód w serwisie ląduje, podłącza się do niego komputer i coś przeprogramowuje. Po drugie raz na jakiś czas z samochodami coś dziwnego się dzieje np. w moim Mercedesie od czasu do czasu fabryczne radio się restartuje. Dzieją się też inne dziwne rzeczy, których potem nikt nie potrafi wytłumaczyć. Zupełnie jak w PCtach, w których za to wiele poprawiono w zakresie jakości w ostatnich latach.

Świat bez prądu? To możliwe.

pfornalski
Dzisiaj dane było mi przeżyć coś unikalnego. Czy wyobrażasz sobie to, że budzisz się pewnego dnia, nic nie działa, nie ma prądu, wody, gazu? Rano dostajesz od swojego wspólnika SMS, że nigdzie nie ma prądu, a za chwilę telefon komórkowy przestaje działać? Jeżeli miałbym mało paliwa w baku, jadąc do firmy, aby zobaczyć co się z nią dzieje, nie mógłbym nigdzie zatankować.

Podwojenie obrotów w 2008 - felieton o nieudolności poczty.

pfornalski

Z racji swojego zawodu, staram się wszystko co jest możliwe kupować przez Internet. Dzisiaj rano miałem do odebrania kolejną paczkę. Godzina 10:00, typowy urząd pocztowy. Widok zapewne znajomy dla wielu: kolejka na 15 osób, 4 okienka, czego tylko w 1 siedzi Pani i albo wydaje przesyłki z awizo, albo przyjmuje opłaty za rachunki. W tle przemykają jakieś postacie z kubkami kawy i słychać smiechy i rozmowy. Po 20 minutach czekania, widząc że kolejka przesunęła się o 3 osoby, nie wytrzymałem i wrzasnąłem "Czy ktoś jeszcze może obsługiwać klientów?! Jest tylko jedna osoba." Okazało się, że jeszcze jedna osoba się znalazła. Wręczyłem w końcu awizo, zniknęła na 5 minut na zapleczu, szukając mojej przesyłki.

Przed oczami stanęły mi przygotowywane do niedawnej audycji w Myszce zestawienia z których wynika, że obroty w e-handlu podwoją się w ciągu roku 2008. Widząc co się dzieje w moim urzędzie pocztowym, aż nie chce się wierzyć że to w ogóle możliwe. Z taką niewydolnością Urzędów Pocztowych zaczynam wątpić, że dalszy rozwój e-handlu jest w ogóle możliwe. Skoro zakupy przez Internet mają zaoszczędzać czas, to dlaczego muszę czekać 25 minut poza godzinami szczytu (w godzinach wieczornych murowane 50 minut stania) żeby odebrać przesyłkę? Po drugiej stronie ulicy mam centrum handlowe w którym jest Empik i mógłbym kupić książki drożej, ale szybciej...

Nie traktujcie tego posta zbyt serio. Jestem po prostu zły, że zmarnowałem 25 minut i taka to właśnie refleksja mi się nasunęła.

Amazon Kindle

pfornalski

Kiedy Jeff Bezos w 1994 otworzył Amazona otworzył wielu oczy na sprzedaż w Internecie. Zgodnie z moimi przewidywaniami dotyczącymi przyszłości prasy i książek , 13 lat później Amazon wyznaczył nowy standard usługi skonsolidowanej – AmazonKindle. Nie będę za dużo opisywał – zobacz sam na filmie. Dla mnie urządzenie jest absolutną rewolucją w sprzedaży internetowej. Rzadko coś wywołuje u mnie efekt WOW. AmazonKindle go wywołał i pewnie jak tylko wyprodukują nowe urządzenia (pierwsza partia sprzedała się na pniu) zaopatrzę się w nie. Sam jestem zdeklarowanym klientem Amazona. Amazon Kindle to połączenie znanych wszystkim technologii GPRS, ePaper, PDA, HTTP, PDF, sklepu internetowego w zupełnie nową jakość.

Więcej informacji i filmy na Amazon.com

Pożeracze czasu, czyli o organizacji pracy słów kilka

pfornalski

Właśnie wróciłem z nagrania 3 audycji dla Radia Olsztyn dotyczących sklepów internetowych, e-commerce i portali społecznościowych. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że aby nagrać te audycje nie musiałem jechać 8 godzin pociągiem ze Szczecina i Olsztyna, ale przejechałem 3km ze swojego biura do Radia Szczecin, gdzie nagraliśmy ayducję z Sebastianem. Studio w Szczecinie zostało połączone telemostem ze studiem w Olsztynie gdzie siedział redaktor prowadzący program. Studiem w Szczecinie sterował operator znajdujący się w studiu w Olsztynie. Audycja bardzo dobrze się udała a my zaoszczędziliśmy jakieś 16 godzin, czyli jesteśmy 2 dni robocze do przodu.

Jeszcze 5 lat temu przejeżdżałem pociągiem nawet parę tysięcy kilometrów miesięcznie. Dzisiaj Skype z kamerą, telefon czy e-mail załatwiają mi to, że samochodem którym miałem jeździć w trasy, jeżdżę praktycznie tylko po mieście. Nie odczuwam bynajmniej z tego powodu żadnej niedogodności, przeciwnie. Jestem w stanie „spotkać się" nawet z 3-4 klientami nawet na godzinę dziennie. Tak było dzisiaj, kiedy to rozmawiałem z kilkoma klientami z różnych miast w Polsce.

Niestety zdarzają się ludzie, którzy próbują zmusić mnie do wizyty. Wczoraj rozmawiałem telefonicznie z szefową dużej firmy alkoholowej, której wykonawca sklepu od roku nie może wywiązać się z zadania i bardzo podoba jej się nasza firma. Tylko jak to określiła „nie wyobraża sobie jak można się nie spotykać często w sprawie sklepu internetowego". Moja odpowiedź była krótka „Jeżeli potrzebuje Pani firmy do spotkań, mogę polecić kogoś innego, jeżeli potrzebuje Pani dobrego sklepu, mogę polecić siebie". Nie stać mnie na klienta, który pochłonie spory kawałek mojego życia. Taka jest bowiem prawda, nawet jeżeli mielibyśmy siedzibę w Warszawie przejechanie na drugi koniec miasta to była by nawet godzina, zaparkowanie, poczekanie w holu na wizytę, potem spotkanie i powrót. Oznaczało by to 3-4 godziny na jedno spotkanie. Dzięki temu, że mam biuro w Szczecinie i nie mam możliwości spotykania się z większością klientów, od razu wszystko tak skonstruowałem aby móc kontaktować i kierować się możliwie asynchronicznie z laptopa. I muszę przyznać, że świetnie to działa. „Firmy warszawskie" zazwyczaj kooperują tylko „klientami warszawskimi", „Firmy wrocławskie" zazwyczaj kooperują tylko z „klientami wrocławskimi". Ja natomiast kooperuję ze wszystkimi klientami, a ostatnio coraz częściej z zagranicy. Ostatnio ukończyliśmy sklep dla klienta z Fajsławic z którym żadna firma z Warszawy by się nie spotkała. W ciągu 8-10 godzin pracy mogę przemieszczać się z Izarela, do Francji, by potem odbyć rozmowę z Amerykaninem, prezesem spółki giełdowej z Krakowa, dyrektorem sklepu z Warszawy i pracownikiem klienta z Poznania, który chce zacząć zarabiać na programie partnerskim IAI-Shop.com. I podobnie jak bank internetowy zaoszczędza mi codziennych wizyt u Pani Jadzi z pytaniem „Czy jakieś przelewy dzisiaj przyszły?", tak Internet i telefon umożliwia mi podróżowanie po świecie bez straty czasu na przemieszczanie się.

I nie powiem, że nie lubię podróżować lub spotykać się z ciekawymi ludźmi. Mam jednak czas aby robić to wtedy kiedy jest to dogodne. Dzięki temu jestem również prawie zawsze dostępny dla swoich pracowników, a moje wydatki firmowe są niezwykle niskie.

I odnosi się to nie tylko do komunikowania się z klientami. Zacząłem również wybierać partnerów, którzy potrafią pracować zdalnie, unikając takich, którzy „muszą się spotykać bo inaczej się nie da". Na przykład 2 dni temu jakiś cwaniak zbił mi szybę w samochodzie. Ponieważ wybrałem firmę Link4, która załatwia wszystko przez telefon, zadzwoniłem i opisałem sprawę. Godzinę później zadzwoniła do mnie firma ze Szczecina współpracująca z Link4 przy wstawianiu szyb. 2 godziny później firma zamówiła dla mnie szybę i umówiła się na jej wstawienie. Dzisiaj pojechałem ją wstawić. Wszystko to załatwiłem przy okazji, spotykając się z klientami, a więc pracując. Komunikowanie się przy pomocy telefonu jest niezwykle pomocne. Kiedy mojemu tacie przydarzyła się podobna historia w Warcie zanim załatwił wszystkie formalności musiał odstać kilka godzin w różnych kolejkach, pokojach, przejechać kilkadziesiąt kilometrów i wypełnić dziesiątki wniosków. Kiedy namawiałem go na Link4 odpowiedział, że nie ma zaufania do firmy do której nie może się udać i postać. Fakt jest taki, że wypróbowałem ich drugi raz, pierwszy kiedy zamawiałem holowanie przy awarii pompy paliwa. Wtedy również wystarczył jeden telefon z komórki i po pół godziny miałem holownik. Taka firma jest dla mnie idealna i nie tylko będę się w niej ubezpieczał, ale polecam ją znajomym.

Wybieranie firm z którymi mogę pracować zdalnie stało się moim sposobem prowadzenia firmy. Nie mówię, że nie sprawdzam mojego partnera, przeciwnie. Unikam pożeraczy czasu i dzięki temu mogę pracować taniej, szybciej i wydajniej. Przy okazji mogę grać w hokeja i robić wiele innych rzeczy. Zaraz idę do dziewczyny i spędzę miły wieczór. A przecież mógłbym właśnie gapić się bezmyślnie w okno PKPca wracającego z Olsztyna.

Pouczająca historia klawiatury QWERTY

pfornalski

Czy wiesz, że klawiatura na której teraz piszesz jest mocno nieoptymalna? W roku 1873 firma E. Remington & Sons wprowadziła do swojej maszyny do pisania tzw. układ klawiatury QWERTY od pierwszych 6 liter w lewej, górnej części klawiatury. Dlaczego wprowadzono taki właśnie układ? Okazuje się, że nie dlatego, że w tym układzie maszynistka pisze szybciej - przeciwnie, pisze wolniej i o to właśnie w tym wynalazku chodziło. Okazało się, że spowolnienie pisania maszynistki przyśpiesza pisanie dokumentów, ponieważ największy problem w tym czasie stanowiło zacinanie się rozety, w momencie gdy dwa znaki były wystukane zbyt szybko. W związku z tym zgrupowano najczęściej używane znaki (w języku angielskim) po jednej stronie, dla lewej ręki która jest zazwyczaj wolniejsza. To spowodowało, że maszynistki pisały wolniej, a ilość zatrzaśnięć się rozety drastycznie spadła, przyśpieszając tworzenie dokumentu.

Jakie ma to znaczenie dzisiaj, kiedy piszemy na klawiaturze? Absolutnie żadne. W latach 60-tych podejmowano próby wprowadzenia bardziej optymalnego ułożenia klawiatury, tak aby proces pisania był szybszy. Niestety siła przyzwyczajenia okazała się być silniejsza i w klawiaturach komputerowych, w których coś takiego jak zatrzaśnięcie rozety nie ma miejsca, również prymat wiedzie mający prawie 150 lat standard QWERTY. Wszystkie firmy które próbowały je wprowadzić poniosły fiasko, ponieważ ktoś kto nie był maszynistką nie potrafił i tak szybko pisać, a maszynistki były przyzwyczajone do układu QWERTY.

A teraz zastanów się, czy dookoła nas nie ma więcej rzeczy, które mogły by być zmienione, a siła przyzwyczajenia jest silniejsza od potencjalnych korzyści? Jeżeli nie zaoferujesz swoim klientom czegoś naprawdę lepszego i w momencie gdy tego rzeczywiście potrzebują, prawdopodobnie próba wprowadzenia produktu lub usługi skończy się fiaskiem. Jeżeli Twój produkt nie jest rewolucyjny pamiętaj o zgodności ze standardami , szczególnie tzw. „defacto standard", czyli tymi które ustanowili klienci.

Nie możesz patrzeć na stertę papierów? Zeskanuj ją

pfornalski
Monitory LCD zmieniły oblicze naszych biurek, bo pozwoliły zostawić więcej miejsca .... na piętrzące się papiery. Mało kto korzysta z innego wynalazku, znanego od jeszcze dłuższego czasu, pozwalającego zlikwidować sterty niepotrzebnych papierów. Wystarczy, że zaczniesz skanować dokumenty, a już znacząco poprawisz przepływ informacji w twojej firmie.

Podstawowym elementem w wielu firmach jest kserokopiarka. Jeżeli ktoś chce przesłać komuś kopię dokumentów, robi ksero i wysyła mu to kurierem, pocztą lub zanosi kopię dokumentów na biurko. W ten sposób bardzo szybko zaczynasz tonąć w dokumentach. A jeżeli już w nich utoniesz, znalezienie czegokolwiek graniczy z cudem.

Oto kilka prostych porad związanych ze skanowaniem dokumentów

  • Skanuj je w rozdzielczości 150-200dpi. Skanowanie w rozdzielczości 300 czy 600 dpi często powoduje tylko wydłużenie czasu skanowania i szybsze zapełnianie dysku twardego. Nawet 200 dpi da Ci lepszą jakość niż kserokopiarka.
  • Często wystarczy zeskanowanie dokumentu w odcieniach szarości. Zmniejsza to jego rozmiar i zwiększa czytelność.
  • Przechowuj dokumenty obrobione. Jeżeli zeskanowałeś coś w rozdzielczości 600dpi, pomniejsz to do rozmiaru pożądanego, dobierz kontrast i wykadruj. Jeżeli tego nie zrobisz, za każdym razem kiedy będziesz chciał wydrukować lub przesłać dokument, będziesz to robił od nowa.
  • Dokumenty zeskanowane trzymaj w osobnych folderach na dysku. Nazwa folder (dawniej katalog) wzięła się właśnie od teczki, w której trzyma się dokumenty. Wystarczy zaplanować sobie wielopoziomową strukturę katalogów, w której będziesz trzymał dokumenty. Pozwoli to Ci znajdować dużo szybciej odpowiednie obrazy.
  • Nazywaj pliki tak, aby później łatwo je znaleźć, dodając do nich daty. Untitled-001.jpg nie jest dobrą nazwą, na żaden rodzaj dokumentu. Natomiast nazwa "Reklamacja Jana Kowalskiego 2006-11-09.jpg" powie już bardzo wiele.
  • Wiele obrazów, można połączyć w jedną całość drukując je do PDF. Wystarczy do tego darmowe narzędzie np. PDF Creator i narzędzie drukowania wielu obrazów w Windows XP.

Bardziej zaawansowani...
użytkownicy, szczególnie pracujący w większych firmach mogą poczuć potrzebę sprawniejszej wymiany danych. Najprostszym sposobem jest stworzenie jednego miejsca w sieci, gdzie będą trzymane dokumenty wszystkich. Bardziej wyrafinowanym sposobem jest wykorzystanie tzw. DMS. Istnieje wiele darmowych narzędzi, które umożliwiają katalogowanie, opisywanie, wyszukiwanie i udostępnianie dokumentów. Bardzo fajnym jest np. darmowy OWL. Takich narzędzi jest jednak bardzo dużo. Wystarczy wpisać w Google „Document Management System" i pojawi się wiele ciekawych propozycji. Zapewniam, że takie narzędzie nawet już przy 3-4 osobach korzystających z jednego repozytorium może szalenie usprawnić wyszukiwanie dokumentów i ich archiwizację. A papier? Cóż, jeżeli zajdzie uzasadniona potrzeba, zawsze dokument można wydrukować, pamiętając by po przeczytaniu wrzucić go do niszczarki.

Proponuję polubić się znowu ze skanerem, również w domu. Każdy ma stosy jakiś starych gazet, artykułów i innych materiałów, których wyrzucić szkoda, bo mogą się kiedyś przydać, a zalegają na wielkiej, nieestetycznej kupie. Ci, którzy cenią sobie sterylne warunki i echo odpowiadające po kontach, powinni właśnie poskanować sobie stare gazety. Na jednej płycie DVD zmieści się wszystko co normalnie zajęło by cały kosz na papiery. Zawsze przecież można wypożyczyć skaner z firmy na jakiś weekend podczas którego w ramach świątecznych porządków zlikwidujesz papierzyska. Skanowanie dla mnie ma jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Dokumentów tak naprawdę nie pożyczasz komuś, ale je kopiujesz. Nie zdarzy się zatem sytuacja, że np. straciłeś cenny artykuł z wywiadem do gazety, którego udzieliłeś, bo znajomy nie oddał Ci gazety. Zawsze możesz mu go przemailować lub wydrukować. Skaner jest dla mnie podstawowym narzędziem geeka. Ostatnio skanuję niektóre książki, z których często korzystam. Jest to szybsze niż wertowanie kartek lub noszenie ich ze sobą w torbie.

 

Każdy odwiedzający jest szpiegiem, czyli o gazetkach biurowych słów kilka

pfornalski
Ilekroć jestem w siedzibie jakiejś dużej firmy np. spółki notowanej na giełdzie, idąc pomiędzy boksami popatrzę na korkowe tablice. Wiem, że systemy informatyczne tych firm chronią polityką polisy dostępu, firewalle i inne zabezpieczenia sprzętowe i programy. To jednak na nic, skoro poufne dane są drukowane i wstawiane na widok każdego. Wystarczy fizycznie zjawić się w firmie, aby wiedzieć np.:
  • jakie oferty otrzymała firma

  • jakie sprawy oczekują na rozpatrzenie

  • jakie faktury oczekują na akceptację

  • jakie są telefony do kluczowych dostawców

  • jak wygląda projekt umowy

  • jak będą wyglądały produkty w przyszłym roku.

Ilekroć jestem w firmach rozglądam się po „gazetkach" ściennych i chichoczę, bo gdybym był konkurentem firmy zdobyte informacje mogły by jej bardzo zaszkodzić. Dlatego w IAI-System.com nie ma czegoś takiego jak naklejanie żółtych karteczek, czy przypinanie ważnych dokumentów na ścianę - od tego są segregatory i programy. Jeżeli chodzi o żółte karteczki to ich posiadanie jest oznaką słabej informatyzacji systemu. Odpowiedni system zarządzania projektami lub aplikacje biurowe w pełni zastępują wynalazki z lat osiemdziesiątych. Istnieje szereg programów, które zastępują żółte karteczki ich wirtualnymi odpowiednikami, „przyklejanymi" na pulpit systemu operacyjnego. O ile bowiem dostęp do systemu informatycznego może być poddawany kontroli, o tyle nigdy nie sprawdzisz kto przeczytał kartkę wiszącą na ścianie. Tym, którzy nie wierzą polecam książki Kevina Mitnicka lub film „Obława" (ang. Takedown). Po obejrzeniu Ci, którzy nie mają ciągle niszczarki pobiegną do Makro i zakupią ją zastanawiając się czemu dopiero teraz to zrobili. Na prawdę niesłychaną głupotą jest to, jak szefowie e-firm patrzą na to jak kopie specyfikacji sprzedaży faktur, kwitów, ofert, WZ itd. lądują bezmyślnie w koszu, zamiast w porządnej niszczarce. Wrzucając coś do śmieci zawsze wyobrażam sobie, że będzie w nim grzebał mój największy wróg i konkurent. Teoretycznie taka sytuacja jest możliwa, więc wolę być przygotowany na najgorsze. Nie trzymam też niepotrzebnych dokumentów. Wszystkie niezwłocznie niszczę.

Zarządzanie relacjami z klientami (CRM) przy użyciu Thunderbird

pfornalski

Mozilla Foundation chyba postawi mi pomnik. Dostałem od wielu osób informację, że po moim poprzednim artykule (patrz Wybór programu pocztowego do helpdesku w sklepie internetowym ) wiele osób postanowiło zainstalować na swoich komputerach Thunderbird'. W takim razie w nagrodę za przejście na słuszną stronę mocy pokażę Ci dzisiaj coś bardzo praktycznego do wykonania w tym programie.

Często jest tak, że prowadzisz równocześnie kilkanaście projektów, korespondujesz z różnymi osobami i czasami ciężko nad tym zapanować. Ja w tej chwili koresponduję z osobami z około 150 firm. Proponuję na początek coś prostszego do zrealizowania:

  1. Wszystkie przychodzące wiadomości wpadają mi do jednej skrzynki odbiorczej (głównej). Następnie to co wymaga odpowiedzi oznaczam etykietą „do zrobienia" (klawisz 4) lub „później" (klawisz 5). W ten sposób widzę co wymaga udzielenia odpowiedzi. Stosowałem wcześniej reguły automatycznego przenoszenia, ale z nich zrezygnowałem i sortuję pocztę ręcznie.

  2. Jeżeli udzieliłem odpowiedzi lub nie zamierzam odpowiadać na jakiś list przenoszę go do przygotowanego folderu. Tutaj bardzo ważna sprawa - każda firma ma osobny folder. Aby ułatwić odnajdywanie folderów przygotowałem sobie wielopoziomowe drzewo. Np. klienci od sklepów znajdują się w gałęzi IAI \ Clients. Jeżeli koresponduję z jakimiś firmami w sprawie sprzedaży IAI-Shop.com wtedy każdy klient posiada folder w gałęzi IAI \ Oportunities \ Current. Klientów, którzy nie chcą IAI-Shop.com przenoszę do gałęzi IAI \ Oportunities \ Lost.
    Przykład: Otrzymuję zamówienie na demo IAI-Shop.com od firmy XYZ, zakładam jej folder w IAI \ Oportunities \ Current \ XYZ i umieszczam tam list odebrany. Jeżeli firma kupi IAI-Shop.com przenoszę ją do IAI \ Clients, jeżeli zrezygnuje przenoszę cały folder do IAI \ Oportunities \ Lost. Dzięki temu widzę, którzy klienci ciągle są w fazie zastanawiania się, albo mogę przejrzeć klientów do których miałem zgłosić się np. za pół roku IAI \ Oportunities \ Future

  3. Jeżeli wysyłam jakąś wiadomość znajduje się ona w folderze Wysłane. W związku z tym raz na dzień, dwa umieszczam wysłane wiadomości również w folderach odpowiadających firmom. Duże i nieistotne wiadomości usuwam. W wyszukiwaniu wiadomości pomaga sortowanie po odbiorcy lub dacie. Na tym polega główna innowacyjność mojej metody - nie rozdzielam wiadomości wysłanych i odebranych na dwa osobne foldery. Pomysł zaczerpnąłem właśnie z systemów CRM, gdzie wiadomości są posortowane według czasu, a nie według tego czy są przychodzące czy wychodzące. Zazwyczaj programy pocztowe sugerują, że powinno się dzielić osobno pocztę wychodzącą i przychodzącą.

Skoro masz już posortowane wiadomości według mojej metody, czyli według firm, mogę praktycznie dowolnie sortować i wyszukiwać wiadomości. Mogę sortować je po nadawcy lub odbiorcy aby uzyskać podział na wiadomości wysłane lub odebrane. Mogę też sortować według daty wiadomości. Mam też w górnym menu szybką wyszukiwarkę, więc wystarczy wpisać fragment tekstu aby przefiltrować znajdujące się w folderze wiadomości. Wreszcie mogę bardzo wygodnie prześledzić przebieg korespondencji klikając w pasku sortowania na ikonkę znajdującą się pomiędzy spinaczem i okularami (patrz rysunek), czyli coś co wg. mnie wygląda jak dymek komiksu. Jest to sortowanie według wątków. Po kliknięciu na tą ikonę wiadomości posortują się jak by były w usenet. Jest to genialna rzecz, której nie ma w innych programach pocztowych. Ułatwia to niesamowicie przeglądanie korespondencji np. kiedy z pracownikami jednej firmy korespondujesz w 2 różnych sprawach.

Teraz wystarczy tylko raz na jakiś czas przejrzeć foldery i zobaczyć na czym ostatnio stanęła korespondencja w projektach. Staram się też zaglądać do folderów Lost (z ang. stracone), jednak robię to nie częściej niż raz na miesiąc. Staram się np. raz na rok napisać coś do tych klientów w nadziei, że zmienili zdanie. Dodatkowo można sprawy niezakończone oznaczać sobie flagami.

Napisałem o pisaniu słów kilka

pfornalski

Pytając Cię o to jakie cechy powinien mieć idealny informatyk odpowiesz, że powinien umieć programować, tworzyć grafikę, biegle posługiwać się językiem angielskim i tutaj było by jeszcze kilka komputerowych przymiotów. Założę się, że nie wymienił byś umiejętność pisania. Mam tu zarówno na myśli aspekt techniczny, czyli szybkość klepania w klawisze, jak i ten szkolno-wypracowaniowy. Wiem, że to co napiszę może się wydać początkowo dosyć dziwne, jednak umiejętność pisania jest dla mnie bardzo ważna.

Pewnie ciężko będzie Ci w to uwierzyć, ale jeszcze parę lat temu ludzie pisali do siebie listy na papierze. Zgrzebnie stawiali kolejne literki na papierze w kratkę, pakowali kartę do koperty i dreptali do najbliższej skrzynki na listy. List, który zajmował ponad 4 strony A5 uznawany był za bardzo obszerny i oczywiście wypadało w kolejnym liście odpowiedzieć grzecznościowo, że bardzo dziękuję za obszerny list. Gdyby przepisać taki list w edytorze tekstu, okazało by się, że taki tekst zajmuje nie więcej niż 1 stronę maszynopisu nawet z czcionką wielkości 12 punktów. Gdybym zebrał wszystkie teksty, jakie codziennie wprowadzam do komputera, zebrał by się zeszyt 80 kartkowy, co najmniej. Piszę dziennie około 10-20 stron tekstów litych, czyli np. dokumentacji, instrukcji, specyfikacji itp. Są to teksty o wielkości powyżej jednej strony maszynopisu. Dodatkowo odpisuję codziennie na około 100 e-maili (łącznie dostaję ich około 500 dziennie), z czego około 10-20 to odpowiedzi obszerne, pozostała część to odpowiedzi o objętości od jednego do kilku zdań. Pomijam teksty pisane w komunikatorach i swoje własne notatki. Gdyby to wszystko zebrać, powstało by tego bardzo dużo. Skoro tak dużo czasu spędzam na pisaniu tekstu, chcę traktować to jak rzemiosło, doskonaląc stopniowo swój kunszt. Dzięki temu moja produktywność rośnie.

Kiedy proszę dzwoniącego klienta o zadanie tego samego pytania w postaci e-maila lub komunikatu (specjalny mechanizm komunikacji dla klientów IAI-Shop.com), wtedy słyszę, że nie da się tego zrobić, bo to sprawa tylko na telefon. Myślę sobie wtedy, że jedyna rzecz, której nie można zrobić pisząc e-mail, a można zrobić przez telefon to zaśpiewanie czegoś, bo jeżeli chodzi o słowa, to mogą być one równie dobrze mówione albo pisane. Awersja do pisania tekstu bierze się z braku odpowiednich umiejętności. Wiele osób pracujących przy komputerze ciągle pisze wolniej niż mówi. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale w moim przypadku piszę szybciej niż mówię. Dodatkową zaletą tekstów pisanych jest możliwość ich zmiany np. przed wysłaniem.

Umiejętność pisania tekstów w języku polskim, a jeżeli ktoś pracuje w innym języku to również w innym języku, powinna być doskonalona tak samo jak programowanie czy tworzenie interfejsów.

Oto kilka rad, które zebrałem jako garść porad dla osób, które chciałyby doskonalić umiejętności pisarskie:

  1. Nie poddawaj się. Jeżeli jakiś tekst wybitnie Ci nie wychodzi, skasuj wszystko i zacznij od nowa. Jeżeli dalej Ci nie wychodzi, zacznij jutro od początku.

  2. Jeżeli mam napisać coś większego, chodząc po mieście, siedząc u fryzjera, goląc się, obmyślam kluczowe elementy tekstu. Jeżeli mam coś do pisania np. program do zarządzania mapami myśli (napiszę o tym kiedyś więcej), wtedy spisuję kluczowe elementy aby zebrać je w większą całość.

  3. Zanim zacznę pisać obmyślam strukturę tekstu. Pisanie tekstu nie jest wyprawą do dżungli. Pamiętaj, że chcesz przekazać swoje myśli. Skoro one dały się zamknąć w twojej czaszce, dadzą się zamknąć i na kartkach papieru.

  4. Staram się nie robić skoków w moich myślach. Podobnie jak instrukcja skoku w programie jest dowodem na kiepski warsztat programisty (z wyjątkiem Assemblera), podobnie skakanie po myślach jest dowodem, że Twój tekst został źle zaplanowany.

  5. Ustalam wcześniej ile stron ma mieć opracowany tekst. Jeżeli ma zająć 3 strony, koniecznie postaram się na nich zmieścić. Wyobrażam sobie treść tekstu jako drzewo. Każde pojęci, stanowiące węzeł drzewa, może być opisane przy pomocy fragmentu zdania. Jeżeli mogę się rozpisać poświęcam mu zdanie. Jeżeli mogę się bardzo rozpisać poświęcam mu np. 3 zdania. W ten sposób mogę ten sam tekst opowiedzieć na 1 stronie albo na 10. Utrzymywanie w głowie siatki pojęć powoduje również, że tekst staje się logiczny i spójny.

  6. Staram się być naturalny. Jeżeli rozmawiam z ludźmi i przy tym żartuję, staram się robić dokładnie to samo w pisanym tekście. Jest na prawdę niewiele tekstów w który trzeba być śmiertelnie poważnym. Jedyne co mi przychodzi w tej chwili do głowy to umowy. Głupio by było, gdyby potem w sądzie trzeba było świecić oczami za jakiś żart wpleciony w umowę.

  7. Używam przykładów. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą że uwielbiam to robić. Trafnie dobrany przykład potrafi dużo lepiej wytłumaczyć to co chcesz przekazać niż tysiące słów. Dodaję przynajmniej jeden przykład do każdego kluczowego pojęcia, jeżeli jest to pomocne w wytłumaczeniu idei. Pomoże to również czytającemu zweryfikować to, czy dobrze zrozumiał o co mi chodzi. Najlepiej jeżeli dodatkowo wzbogacisz przykłady czymś humorystycznym. Zwróć na przykład uwagę ile takich przykładów udało mi się przemycić do tego tekstu.

  8. Warto doskonalić warsztat techniczny. Nie ma nic bardziej frustrującego, niż godzina spędzona na ustawianiu słowa tam gdzie chce się aby się znalazło. Opanowanie edytora tekstu w stopniu eksperta bardzo pomaga w późniejszej pracy. Dla przykładu przesunięcie jednej pozycji z listy w edytorze OpenOffice (ja go używam) uzyskuje się klawiszami Ctrl+Up lub w dół Ctrl+Down (Up, Down - kursor w górę i w dół). Ta sama operacja przy użyciu myszki zajmie około 20 sekund. Jeżeli chcesz stworzyć element na liście zagnieżdżony w innej pozycji naciskasz klawisz Tab, jeden poziom w górę Shift+Tab. Warto również nauczyć się stosowania styli. Trików i skrótów klawiaturowych istnieją dziesiątki. Dzięki temu pisanie tekstów staje się przyjemnością.

  9. Zawsze sprawdzam swoją ortografię i używam polskich liter. Niestety Polacy skomplikowali sobie życie wymyślając tak skomplikowaną ortografię, interpunkcję i w ogóle cały ten alfabet, który nie pasuje do komputerów. Jednak mogło być gorzej i mogłem urodzić się w Chinach. Skoro jednak żyję w Polsce i piszę polskie teksty, robię to zgodnie z polską pisownią. Ponieważ nie jestem i nie byłem asem ortografii, sprawdzam przynajmniej podstawową pisownię w edytorze tekstu. Polecam OpenOffice (www.openoffice.pl ), bo za darmo można do niego pobrać z Internetu dowolną ilość słowników ortograficznych tezaurusy i słowniki dzielenia w dziesiątkach różnych języków. Dodatkowo polecam program Thunderbird (www.thunderbird.pl) do wysyłania poczty, gdyż on również posiada wbudowany słownik języka polskiego. Strasznie mnie mierzwi, jeżeli muszę czytać czyjś tekst bez polskich znaków. W komunikatorach jest to sprawą normalną, więc chyba rozumiem czemu ludzie wolą napisać coś w komunikatorze, niż wysłać to e-mailem. Uważam brak polskich znaków w tekście za wyraz lekceważenia. Jeżeli nie masz polskiej klawiatury w systemie lub nie potrafisz stawiać polskich znaków, napisz do mnie tekst po angielsku. Poza tym pisanie tekstu bez polskich znaków, powoduje, że kiedy masz napisać coś z polskimi znakami (jakiś obszerniejszy tekst), staje się to udręką, bo brak Ci odpowiednich nawyków.

  10. Nie piszę wtedy, kiedy nie mam warunków do pracy. Jeżeli jakiś tekst wymaga koncentracji przez godzinę, nie piszę go w 4 kawałkach po 15 minut. Takie przerwy powodują, że tekst jest niespójny a praca, którą wykonałbym w godzinę przeciąga się łącznie na dwie. Jeżeli mam 15 minut, odpisują na krótkie e-maile. Ważne oczywiście jest pozostawienie sobie w ciągu dnia rezerw czasowych na pisanie długich tekstów.

  11. Nie staram się pisać niczym maszynistka. Istnieje wiele programów doskonalących pisownię. Pamiętam, że kiedyś kilkanaście razy przy ich pomocy starałem się udoskonalić pisownię. Obecnie piszę bez patrzenia na klawiaturę jednak nie jest to idealne technicznie pisanie. Piszę po prostu tak jak jest mi wygodnie, stopniowo podkręcając tempo. Jeżeli dużo piszesz, szybkie pisanie przychodzi samo. Staram się pamiętać podstawowe lekcje prawidłowego pisania i wprowadzać z czasem jego elementy, jednak nie uważam, żeby ich stosowanie było niezbędne do szybkiego pisania. Co więcej męczenie się przy tych kursach może wkurzyć i zniechęcić. Bardzo ważne jest jednak to, abyś nauczył się pisać na klawiaturze bez patrzenia. Jeżeli jeszcze nie umiesz, postaw sobie za cel nauczyć się tego do końca roku.

  12. Kupuję wyłącznie wysokiej jakości klawiatury. Paradoksalnie klawiatura jest najtańszym elementem komputera, a często klawiatury przy komputerach są w opłakanym stanie. Jej koszt to 10 złotych. Oczywiście jakość nie idzie w parze z ceną. Dlatego zawsze sprawdzam dokładnie klawiaturę zanim ją kupię. Można kupić świetną klawiaturę za 25zł jak i fatalną za 100zł. Wymieniam klawiatury często. Jeżeli tylko jakaś zaczyna się zacinać, co jest normalne, bo często jem kanapki nad klawiaturą w biurze, to po prostu kupuję drugą. Zresztą w biurze mam zawsze zapas klawiatur, gdyby przy którymś komputerze klawiatura zaczęła się zacinać. Mieliśmy kiedyś w firmie taką sytuację, że jeden programista robił bardzo dużo błędów w swoich programach PHP. Po miesiącu, kiedy miałem tego dosyć zrobiłem małe dochodzenie. Okazało się, że zacina mu się klawisz „4/$" a „$" jest podstawowym znakiem w programach PHP. Po wymianie klawiatury jego niezawodność drastycznie wzrosła. Pamiętaj, że klawiatura to podstawowy element z którym codziennie pracujesz, więc podobnie jak myszka i monitor, musi być najwyższej jakości.

  13. Stosuj się do zasady „Kiss M" czyli „Keep It Simple Stupid Man". Im krótsze zdania tym lepiej Im prościej coś opowiesz, tym lepiej. Czasami jedno zdanie więcej potrafi więcej skomplikować niż objaśnić. Sprawdź czy zdania „płyną" prowadząc czytającego przez kolejne pojęcia.

  14. Przed wysłaniem tekstu przeczytaj go przynajmniej raz, w całości. Wiem, że chciałbyś już po długim pisaniu nacisnąć przycisk „wyślij" i mieć to z głowy, jednak wykorzystaj przewagę tekstu pisanego nad mówionym i popraw wszystko to co wydaje się nieociosane lub nielogiczne.

Synu czemu piszesz do mnie e-mail?

pfornalski

Ostatnio zostałem wyśmiany przez moich rodziców. Powodem było to, że nowy numer telefonu do biura, wysłałem im e-mailem. Byli wręcz oburzeni i wszystkim znajomym opowiadają, jakim to zboczeńcem jestem, że widząc się z nimi codziennie, wysyłam im e-mail zawierający tak prostą informację. Kiedy usłyszałem, że od tygodnia nabijają się ze swoimi rodzicami ze mnie, dla odmiany to ja się oburzyłem. O co im właściwie chodzi, kto tu jest dziwny? Jeżeli jako definicję dziwności przyjmiemy odmienność, to rzeczywiście kultura pracy w mojej firmie jest dziwna. Jeżeli natomiast przyjmiemy skuteczność, wtedy to wszyscy inni są dziwni. Rzeczą, która jest przedmiotem wydziwaczenia jest kultura pisania e-maili.

W skrócie metoda polega na tym, że kiedy mamy sobie coś do zakomunikowania, wtedy nie chodzimy do siebie, mimo że nasze biura to tylko 140 metrów kwadratowych plus toalety i korytarz. Po raz pierwszy o czymś podobny przeczytałem w książce jednego z moich idoli biznesowych Billa Gatesa pt. Business @ The Speed of Light. Oczywiście to przyszło z czasem (po około 2 latach), jednak dopiero ten incydent z rodzicami uświadomił mi, że to się właśnie stało i z nami.

Skąd pomysł że to działa?
Podpatrz jak pracują serwery. Otóż maksymalną wydajność uzyskuje się wtedy, kiedy nie ma uprzywilejowanych pakietów, tylko wszystkie są równe, stopniowo przychodząc do serwera. Czy wyobrażasz sobie serwer internetowy, który obsługując ruch różnych osób, w momencie otrzymania zapytania o stronę, rzuca wszystko np. backup na DVD, obsługę plików i drukarek i odpowiada szefowi, tylko dlatego, że w strukturze organizacyjnej ma trochę wyższe miejsce? Było by to niedorzeczne. Obsługa takiego protokołu komunikacji była by wręcz niewykonalna lub jej implementacja bardzo droga i mogła by powodować wiele błędów.

Jak to działa?
To proste, jeżeli mam sprawę do swojego pracownika lub on ma sprawę do mnie, wysyłamy sobie e-mail. Konto e-mail jest pierwszą rzeczą, jaką otrzymują pracownicy i doprawdy jestem potężnie zdziwiony, kiedy słyszę od przedstawiciela dużej firmy, że nie ma konta e-mail, bo pracuje dopiero pół roku w swojej firmie. Oczywiście pokusa pójścia i powiedzenia komuś czegoś jest prawie tak ogromna jak to, że owczarek niemiecki pogoni kota, którego zobaczy. Podobnie jednak jak owczarek przeszkolony do prowadzania niewidomego tak i każdy człowiek może nauczyć się zwalczyć taką pokusę. Wysyłamy sobie mnóstwo e-maili, nawet do mojego wspólnika który siedzi za plecami często wysyłam e-mail. Czemu nie komunikator? To proste, on powoduje, że przez jakiś czas zostajesz „standby”. Ponad to wiele osób ma wstrętną tendencję do pisania czegoś takiego:

On: Cześć
Ja: Cześć
On: Jesteś
Ja: Tak
On: Masz chwilę?
Ja: Nie wiem, jestem trochę zajęty.
On: Aha, to napiszę za chwilę.

Znasz to prawda? W przypadku e-maila, każdy od razu pisze co ma do napisania, ponieważ wie, że odpowiedź nadejdzie za jakiś czas. Oczywiście równie ważne jest wyrobienie nawyku, który spowoduje, że pracownicy w pewnym przewidywalnym i skończonym czasie odbiorą wiadomość. Kwestią wyczucia jest wyrobienie odpowiedniego rytmu i wiary, że w pewnej chwili nadejdzie długo wyczekiwana odpowiedź. Po pewnym czasie zresztą sam wpadasz w ...

Rytm pracy
Na czym polega fenomen tej metody? To proste. Każdy z nas ma rytm pracy. Postaram się jeszcze o tym kiedyś napisać, jednak tłumacząc to w skrócie, kiedy czymś się zajmiesz np. pisaniem programu, dokumentacji albo robieniem grafiki, pozostajesz wyłączony ze świata żywych przez jakąś godzinę do dwóch. Potem odruchowo szukasz odmiany (przerzucenia się na drugi bok) np. w postaci pójścia i zrobienia sobie kawy. W związku z tym warto wykorzystać ten rytm do odpowiadania na e-maile, które nadejdą w międzyczasie. W związku z tym należy przystosować trochę swój program do pracy w takim trybie. Po pierwsze wyłącz otrzymywanie wiadomości co minutę. Co 10 lub 15 minut w pełni wystarczy. Po drugie wyłącz wszelkie objawy otrzymania wiadomości, czyli wyskakujące ikonki, dźwięki i inne gadżety. Jeżeli przyjdzie czas w którym się wybudzisz, zajrzysz do skrzynki odbiorczej i voila – są maile. Odpowiadasz na nie wtedy, kiedy masz na to ochotę, więc piszesz je lepiej i z większym optymizmem.

Zazwyczaj szereguję swoje e-maile na te które wymagają przemyślenia lub przygotowania odpowiedzi, oraz te które nie wymagają przemyślenia. Te, które nie wymagają przemyślenia są natychmiast odsyłane. Te, które wymagają odpowiedzi w ciągu paru godzin oznaczam na kolor niebieski w Thunderbirdzie (klawisz 4). Te na które odpowiem w trakcie 24h oznaczam na kolor fioletowy (klawisz 5). W ten sposób kiedy pracowałem dopiero godzinę i nie znudziłem się moim obecnym zadaniem, nie odpowiadam na e-maile, które wymagają np. pół godziny myślenia. Na te listy odpowiadam na początku, w połowie i pod koniec dnia pracy.


Co się dzieje, kiedy ktoś zakłóca Twój spokój?
Wyobraź sobie, że ucinasz sobie drzemkę przy biurku. Pracujesz nad tym, żeby się wyłączyć z całej wrzawy biura i przysnąć. Załóżmy, że udało Ci się to wreszcie, gdy .... drrrryyyń dzwoni telefon. Próbujesz zasnąć znowu, a tam człap, człap przy Twoim biurku stoi współpracownik, który zadaje idiotyczne pytanie w stylu czy jutro ma też robić to co robi. Silisz się dalej na spanie i historia się powtarza. Po paru godzinach dajesz sobie spokój i stwierdzasz, że dzisiaj już nie pośpisz i lepiej coś sobie zrobisz porządek w biurku. Jeżeli chcesz na prawdę wydajnie pracować musisz się skoncentrować na tym co robisz. Musisz wyeliminować wszelkie dryńdryny i człapczłapaki. Czasami jestem wręcz niegrzeczny i daję do zrozumienia pracownikom, którzy mogli wysłać e-mail, że właśnie zakłócili mój stan Alfa. Czasami potrafię być w tym bardzo zdecydowany a nawet niegrzeczny. Cel jednak uświęca środki, o spokój trzeba walczyć – zdecydowanie! Oczywiście kiedy zbliża się koniec dnia lub mamy coś do omówienia rozmawiamy ze sobą. W trakcie dnia wszyscy staramy się sobie nie przeszkadzać przynajmniej 2 razy po 3-4 godziny. Nie oszukujmy się. Większość spraw to prozaiczne pytania w stylu tak lub nie, na które odpowiedź możesz otrzymać za 30 minut, a teraz zajmij się czymś innym. Oczywiście są sprawy krytyczne, które wymagają natychmiastowej interwencji, jednak jest ich mniejszość i oczywiście trzeba się nimi zająć.


Czy to działa?
Sprawdź sam. Po paru dniach pracy w ten sposób odkryjesz, że efektywność pracy w firmie wzrosła około dwukrotnie. Każdy będzie bardziej zrelaksowany i skoncentrowany odkryjesz pomysły, do których normalnie nie dochodziłeś. Będziesz w stanie pracować bardziej bezbłędnie, szybciej. Przede wszystkim dla mnie oznacza to możliwość zaprojektowania bardzo szczegółowo czegoś bardzo rozbudowanego. Kuszącą perspektywą jest również zapis ustaleń. Bywają jednostki, które ciągle Ci coś wmawiają? Zacznij tym bardziej wymieniać z nimi maile.

Zyski są zatem kuszące. Metoda prosta i nic nie kosztująca. Kto zatem jest dziwny? Mój tata, który od tygodnia zapomina powiedzieć mi czegoś istotnego, ale ilekroć mnie widzi akurat o tym nie pamięta czy ja, który wysyłam telefon do biura e-mailem?

© Polski e-commerce i zarządzanie e-firmą
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci